Trzaskowski: Przyjęcie euro to konieczność, w przeciwnym razie czeka nas marginalizacja

Redakcja
- W trudnych czasach wpływ na to, co dzieje się w Unii, będą mieli tylko ci, którzy płyną w głównym nurcie integracji, a nie ci, którzy przyglądają się jej z zachowawczych pozycji - pisze Rafał Trzaskowski, eurodeputowany Platformy Obywatelskiej, ekspert ds. europejskich i wykładowca akademicki.

Niektórzy komentatorzy wieszczą, że strefa euro rozpadnie się za kilka dni, a mimo to wciąż uważam, że należy stopniowo wypełniać warunki konieczne do przyjęcia wspólnej waluty. Samobójstwo? Niekoniecznie. Raczej trzeźwa ocena sytuacji. Już w latach dziewięćdziesiątych wielu specjalistów przewidywało, że bez wzmocnienia koordynacji polityki gospodarczej, w momencie pierwszych poważnych zawirowań w światowej gospodarce, unia monetarna będzie zagrożona.

Czytaj też:Gronicki: Nie wchodźmy do strefy euro. Przed kryzysem brońmy się, oszczędzając

Wielu z nich pewnie nie może się powstrzymać od szeptania pod nosem: "A nie mówiłem". Uczucie swoistego Schadenfreude nie jest obce przeciwnikom ściślejszej integracji europejskiej, niezliczonym masom sceptyków i niejednemu analitykowi. Nikt jednak nie powinien się cieszyć z problemów wspólnej waluty. W wypadku zaistnienia poważnych problemów w strefie euro rewerberacje czuć wszędzie, nawet w USA, nie wspominając o Wielkiej Brytanii czy Polsce. Wystarczy spojrzeć na kurs euro w Warszawie. Wcale nie jest tak, jak wydaje się wielu laikom, że słabe euro oznacza umacniającą się złotówkę. Jest dokładnie na odwrót. Zła koniunktura powoduje spadek zainteresowania rynkami krajów rozwijających się i kapitał po prostu od nas odpływa. W ciężkich czasach inwestorzy wolą trzymać portfele głęboko w swoich kieszeniach. Na pewno natomiast nie chcą inwestować na niepewnych peryferiach.

Czytaj też:Zalewski: Polsce powinno zależeć na rozwoju strefy euro. Jedziemy na tym samym wózku

Oczywiście, doraźnie można skorzystać na zachowaniu własnej waluty. Poprzez dewaluację szybko możemy się dostosować do zmieniających się warunków oraz utrzymać konkurencyjność naszego eksportu. W perspektywie dalszej nie obędzie się jednak bez zmian strukturalnych wewnątrz kraju i współpracy z naszymi najbliższymi partnerami w Unii. Zatem, mimo że wspólna waluta stoi na skraju przepaści, paradoksalnie powinniśmy zrobić wszystko, aby Polska wypełniła warunki wymagane przy wejściu do strefy euro. Tylko jasna deklaracja, że będziemy wspierali wszystkie wysiłki zmierzające do uzdrowienia strefy euro, że chcemy wzmocnienia zarządzania gospodarczego oraz że naszą aspiracją jest przyjęcie euro - jeśli tylko ono przetrwa - pozwoli nam na zachowanie wpływu na nasz los.

Czytaj też:Belka: Polska pozostaje zdecydowana na przystąpienie do strefy euro

Wszystkie reformy, które są konieczne do wypełnienia kryteriów wejścia do strefy euro, są korzystne dla Polski i jej długofalowego rozwoju. Dlatego też program rządu ogłoszony przez premiera Donalda Tuska w jego exposé ma tak kluczowe dla Polski znaczenie. Ostatnio coraz częściej słyszę największy komplement wobec mojego kraju, na jaki może się zdobyć Niemiec: w dyskursie europejskim zdarza się już, że kwalifikuje się nas powoli jako Europę Północną, a nie Wschodnią czy Środkową. Nie jest to czcze zaklęcie. Oznacza to, że jesteśmy coraz bardziej stabilnym partnerem w oczach naszych sąsiadów. Zaledwie na przestrzeni dekady w Europie zmienia się stereotyp na nasz temat. Za sprawą ciężkiej pracy naszych rodaków za granicą, przedsiębiorczości tych, którzy zostali w domu oraz wysiłków obecnego rządu, który wie, jak w polityce europejskiej budować wartość nadrzędną, jaką jest wiarygodność, udaje się zmienić wizerunek przez dziesięciolecia budowany przez pruską czy bolszewicka propagandę.

Czytaj też:41 proc. Polaków uważa, że przyjęcie euro będzie niekorzystne
Kilka tygodni temu na jednej z konferencji w Brukseli, na cierpkie odwołanie się do starej, dobrej pruskiej szkoły "Polnische Wirtschaft", które padło z ust jednego z naszych europosłów, jeden z młodych niemieckich polityków CDU zapytał całkiem serio: "czy chodzi Panu o waszą, godną podziwu umiejętność radzenia sobie z kryzysem gospodarczym?". Ten sukces oczywiście tylko po części jest wynikiem działań rządu, wynika także z przedsiębiorczości Polaków, konkurencyjności naszych eksporterów czy ostrożności (złośliwi mówią zacofania) naszych banków. W warunkach pogarszającej się światowej koniunktury sukces ten jednak nie będzie trwał wiecznie. Naturalne jest, że mieliśmy pokusę, aby się nim chwalić, równie naturalne jest jednak to, że w warunkach pogłębiającego się kryzysu trzeba mówić o zagrożeniach.

Czytaj też:Gronicki: Nie wchodźmy do strefy euro. Przed kryzysem brońmy się, oszczędzając

Czy nam się to podoba, czy nie, prawda jest taka, że w tak trudnych czasach prawdziwy wpływ na to, co dzieje się w Unii Europejskiej, będą mieli tylko ci, którzy płyną w głównym nurcie integracji, a nie ci, którzy przyglądają się jej rozwojowi z zachowawczych pozycji. Przypomnijmy wpływy, jakie Brytyjczycy mieli we Wspólnotach, kiedy mimo swojego sceptycyzmu Margaret Thatcher w czasach pracy nad ustanowieniem jednolitego rynku w pełni zaangażowała się w tworzenie konstrukcji europejskiej.

Czytaj też:Zalewski: Polsce powinno zależeć na rozwoju strefy euro. Jedziemy na tym samym wózku

Cofnijmy się pamięcią do nie tak odległych czasów, kiedy nasi koledzy z brytyjskiej Partii Konserwatywnej zasiadali ramię w ramię z nami we frakcji chadeckiej w Parlamencie Europejskim, w dużej mierze współtworząc politykę całej izby. A teraz zobaczmy, jaką pozycję w Unii ma rząd Davida Camerona i jak bardzo sfrustrowani są brytyjscy posłowie w Parlamencie Europejskim, zasiadający w małej marginalnej frakcyjce, z trudem odnajdujący powagę w towarzystwie posłów z trzech kłócących się polskich partii prawicowych.

Czytaj też:Belka: Polska pozostaje zdecydowana na przystąpienie do strefy euro

Według starej maksymy integracja europejska rozwija się poprzez kryzysy. Najważniejsze traktatowe zmiany dokonywane były właśnie w momentach kryzysu, stagnacji czy też zmian o charakterze fundamentalnym, takich jak choćby koniec zimnej wojny. Nie byłoby wspólnego europejskiego nakazu aresztowania, gdyby nie ataki terrorystyczne na Nowy Jork, Londyn czy Madryt. Niemożliwe byłyby także daleko idące zmiany dotyczące koordynacji polityki gospodarczej, gdyby nie tarapaty, w które wpadła Unia.

Nie tak łatwo rozstać się z ułudnym poczuciem suwerenności, kiedy za oknem świeci słońce. Obecne problemy Unia Europejska musi wykorzystać po to, aby się wzmocnić. Zmusić wszystkich do prowadzenia rzetelnej i odpowiedzialnej polityki gospodarczej, a równolegle wzmacniać naszą wspólną konkurencyjność i rozwijać potencjał drzemiący w jednolitym rynku. Równolegle jednak do jakże potrzebnych wysiłków reformatorskich pojawia się niestety także pokusa pójścia na skróty i dokonania permanentnego podziału Unii na kilka ugrupowań. Bogaci i odpowiedzialni zamknęliby się we własnym klubie, odwracając się plecami do reszty. Podstawową polską racją stanu jest przeciwdziałanie takim tendencjom. Żeby to jednak skutecznie robić, musimy włączyć się w debatę nad przyszłością Unii Europejskiej.
Właśnie zdajemy egzamin dojrzałości przez bardzo umiejętne prowadzenie unijnego przewodnictwa. Nie tylko udaje nam się realizować swoje priorytety i rozwiązywać istotne spory (takie jak choćby przy okazji słynnego "sześciopaku"), ale co najważniejsze, w przeciwieństwie choćby do Słoweńców czy Czechów, prowadzimy prezydencję w dużej mierze samodzielnie. Aktywne włączenie się do debaty na temat przyszłości Unii ostatecznie potwierdziłoby możliwość partnerskiego rozgrywania przez nasz kraj najważniejszych kwestii europejskich w gronie najbardziej wpływowych państw członkowskich. Najważniejsze jednak, że nasze zdanie w tej kwestii, mimo pozostawania poza strefą euro, się liczy. Włosi i Hiszpanie mają poważne problemy, a Brytyjczycy wybrali "splendid isolation". Nasz wpływ na dzisiejszą debatę będzie jednak jeszcze większy, jeśli w jasny sposób wypowiemy się na temat reformowania Unii w jej wymiarze gospodarczym.

Czytaj też:Gronicki: Nie wchodźmy do strefy euro. Przed kryzysem brońmy się, oszczędzając

Nasze zdanie jest szczególnie istotne w związku z fundamentalnym sporem co do kształtu przyszłych rozwiązań dotyczących zarządzania unijną gospodarką, który toczą Francja (która najchętniej tworzyłaby nowe instytucje i wyprowadziła ściślejszą współpracę w dziedzinie gospodarczej na stałe poza ramy traktatowe) oraz Niemcy (które mimo wszystko gotowe są oprzeć pogłębioną współpracę o istniejące instytucje wspólnotowe i otworzyć ją na udział państw takich jak nasz kraj). Polska może odegrać w tym sporze istotną rolę tylko poprzez udzielenie wsparcia Berlinowi. Dlatego też tak bardzo fundamentalne znaczenie miało ostatnie przemówienie Radosława Sikorskiego, idealnie wpisujące się w tę logikę, przede wszystkim poprzez jasne nakreślenie naszych aspiracji, kierunku, z którego oczekujemy tak potrzebnego przywództwa, oraz szczerą rozmowę z głównymi hamulcowymi reformy - Brytyjczykami.

Czytaj też:Zalewski: Polsce powinno zależeć na rozwoju strefy euro. Jedziemy na tym samym wózku

Obecnie sporo się w Unii dzieje, zresztą z bardzo istotnym udziałem naszej prezydencji. W ostatnich miesiącach dla uspokojenia rynków finansowych podjętych zostało wiele działań, które wzmocnią zarządzanie gospodarcze w Unii, przede wszystkim poprzez wzmocnienie paktu na rzecz stabilności i wzrostu. Wystarczy nadmienić pakiet pięciu rozporządzeń i jednej dyrektywy, tzw. szcześciopak, który znacznie wzmacnia nadzór Unii Europejskiej nad finansami państw członkowskich. Nie chodzi już jedynie o realne, a nie jak do tej pory istniejące niemal wyłącznie na papierze, egzekwowanie znanych już nam wszystkim obostrzeń, jak utrzymanie długu publicznego na poziomie mniejszym niż 60 proc. PKB czy deficytu budżetowego, za co Komisja będzie mogła teraz nakładać na kraje członkowskie kary finansowe. Chodzi także o działanie prewencyjne, a więc zmuszenie krajów euro do działania na rzecz zrównoważonych budżetów już w perspektywie średniookresowej.

Czytaj też:Belka: Polska pozostaje zdecydowana na przystąpienie do strefy euro

Jakościowa zmiana polega na tym, że decyzja Komisji o ukaraniu niepokornego członka strefy euro będzie teraz przyjmowana niemal automatycznie. W ostatnich tygodniach Komisja Europejska poszła jeszcze dalej, proponując dalsze zaostrzenie nadzoru nad budżetami narodowymi państw euro, szczególnie tych, które znajdą się w tarapatach. Komisja chce, by rządy przedstawiały unijnym instytucjom projekty przyszłorocznych budżetów jeszcze przed głosowaniem w parlamencie narodowym. Komisja oraz państwa strefy euro będą mogły wówczas ocenić, czy założenia budżetowe danego kraju nie stoją w sprzeczności z jego zobowiązaniami w ramach unii walutowej. Komisja chce jeszcze bardziej rygorystycznemu nadzorowi poddać kraje objęte tzw. procedurą nadmiernego deficytu (ponad 3 proc. PKB), a już szczególnie te, którym przyznana zostanie ostatecznie pomoc finansowa. To jednak tylko początek. Obecnie w Unii trwają prace nad dalszym reformowaniem Unii Europejskiej.

Czytaj też:41 proc. Polaków uważa, że przyjęcie euro będzie niekorzystne
Część zmian można wprowadzić w życie poprzez doraźne uzgodnienia między państwami członkowskimi. W ten sposób można by choćby wiceprzewodniczącemu Komisji Europejskiej powierzyć przewodnictwo Eurogrupy, wzmocnić "sześciopak" czy też wprowadzić do unijnej polityki konkretne, niewiążące prawnie punkty odniesienia (benchmarks) dla polityk gospodarczej i podatkowej państw członkowskich w takich kwestiach jak m.in. wiek emerytalny, czas pracy czy poziom inwestycji rozwojowych. Do poważniejszych reform potrzebna będzie zmiana traktatowa. Nie da się bowiem w oparciu o obecne ramy prawne ani obowiązkowo wpisać unijnych progów oszczędnościowych w konstytucje państw członkowskich, ani wyrzucić kogoś ze strefy euro, ani nadać europejskiemu Trybunałowi Sprawiedliwości kompetencji w zakresie nadzorowania i sankcjonowania przestrzegania paktu stabilności, na czym szczególnie zależy Niemcom.

Czytaj też:Gronicki: Nie wchodźmy do strefy euro. Przed kryzysem brońmy się, oszczędzając

Niestety, prawdopodobnie państwa członkowskie nie zdecydują się na zwykłą procedurę zmian traktatowych, która nadałaby całemu procesowi większą legitymizację demokratyczną. Taka procedura jest zbyt czasochłonna, a agenda Konwentu, gdzie reprezentowane byłyby rządy, parlamenty narodowe i unijne instytucje, mogłaby się rozrosnąć w sposób całkowicie niekontrolowany (pojawiać by się zaczęło mnóstwo dodatkowych postulatów, łącznie z najbardziej niebezpiecznym o repatriacji niektórych kompetencji z powrotem w ręce państw członkowskich). Najbardziej prawdopodobna staje się więc próba reformowania traktatów poprzez szybkie porozumienie międzyrządowe. Dla Polski absolutnie fundamentalne znaczenie ma to, aby taka reforma nie przybrała formy pozatraktatowej współpracy w oparciu o nowe instytucje, która rozgrywałaby się równolegle do Unii Europejskiej.

Czytaj też:Zalewski: Polsce powinno zależeć na rozwoju strefy euro. Jedziemy na tym samym wózku

Jeśli już, powinna być to umowa międzynarodowa, która byłaby tak sformatowana, aby można ją było w dłuższej perspektywie włączyć do unijnego porządku instytucjonalnego. Tylko taka opcja mogłaby się przyczynić do uratowania spójności Unii Europejskiej. Co najważniejsze, przy współudziale Polski i w oparciu o unijne instytucje. Taki scenariusz będzie jednak tylko możliwy, jeśli wpierw jasno określimy nasze poparcie dla ściślejszej współpracy gospodarczej w ramach Unii i aspirację aktywnego uczestnictwa w toczącej się debacie. Dlatego tak ważne jest to, co minister Sikorski właśnie zapowiedział w Berlinie. Tylko aktywne włączenie się w obecną debatę i podjęcie pewnego ryzyka, którym byłaby deklaracja gotowości do przyjęcia wspólnej waluty lub wejścia do tworzącej się w Unii awangardy, pozwoli nam zażegnać najgorszy dla Polski scenariusz rozwoju wypadków. A byłby to taki scenariusz, w którym decyzje mające wpływ na rozwój naszego kraju przez następne dziesięciolecia zapadają bez nas.

Czytaj też:Belka: Polska pozostaje zdecydowana na przystąpienie do strefy euro

Wideo

Komentarze 9

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

r
robert

Kolejny dyspozycyjny dupek duby smalone bredzi - "tuskoid" to rzeczywiscie wszytko mowi...

s
ssak

prędko szybko naród z Tuskiem (który mości sobie posadkę w uni) ratuje zadłużoną bogatą europę zmniejszając pensje, emerytury i podnosząc podatki.

b
bicz

Co to za nowy prorok od siedmiu boleści? W PO jak zwykle szturm na kasę, kosztem innych.Niech jedzie do reichu tam ma już euro i przyjaciół Polski.

p
polo

Oni "na siłę" zamierzają wprowadzić w Polsce Euro nie licząc się z konsekwencjami
jakie poniesiemy MY Polacy.
Powolniak Rostowski już uruchomił kreatywną księgowość pod wprowadzenie euro.
Jak to się wszystko skończy?
Obawiam się, że nie będą nikogo pytali o zdanie. Któregoś niedzielnego ranka obudzimy się i usłyszymy
komunikat: "Od dnia dzisiejszego w Polsce obowiązuje nowa waluta Euro".
Przeliczą Euro w taki sposób, że oszczędności Polaków w złotówkach całkowicie stracą na wartości.
Ta mafia jest zdolna do wszystkiego, co już niejednokrotnie udowodniła.

W
Widukind

Albowiem , jak powszechnie wiadomo, o pozycji danego państwa decyduje jego potencjał gospodarczy. A państwo o mocnej gospodarce jest mało podatne na różne przekręty spekulantów np.giełdowych . I na tzw. ataki na walutę. Bo najważniejsza jest gospodarka, cymbale z Partii Obłąkanych.

f
falco

Po przyjęciu Euro czeka nas druga grecja.

c
cezar

co dało im przyjęcie euro.

l
lola

Ale bełkot. Slogany, pobozne zyczenia. Wczoraj Sarkozy powiedział NIE dla idei zdrady narodowej proponowanej przez Zdradka. A ten małolat europoseł wypisuje bzdury. Z naszą prezydencja małolacie nikt sie nie liczył i kryzys finansowy załawiają Niemcy i Francja ignorując Tuska i jego zakichaną bez znaczenia prezydencję. O!

G
Gość

Nie zgodzimy się na utratę niepodległości i suwerenności. Nie po to w 1939 roku powiedzieliśmy NIE, nie po to nasi ojcowie i dziadowie przelewali krew, aby teraz banda kosmopolitów zniszczyła to, za co nasi przodkowie umierali w bitwach, więzieniach i obozach koncentracyjnych. Szwajcaria nie wstąpiła do Unii i ma się świetnie. Jej waluta też. Pracujmy nad mocną złotówką, euro nam niepotrzebne.

Dodaj ogłoszenie