"Trybuna" zbankrutowała i przechodzi do historii

Redakcja
Prawie dwie dekady istnienia pisma nie zaowocowały triumfem socjalizmu w polskiej polityce. Może dlatego, że gazeta przypominała XIX-wieczny ideologiczny skansen

Na stronie internetowej "Trybuny" można było wczoraj przeczytać tylko jej sobotnie, bardzo okrojone wydanie. Głównym tekstem jest lakoniczny komunikat spółki Ad Novum, wydawcy "Trybuny", że gazeta zostaje zawieszona, oraz apel do czytelników, by w związku z zaistniałą sytuacją nie tracili ducha. Potrzebny, bo w to, że 1 lutego pismo, napompowane kasą nowych sponsorów, triumfalnie wróci na rynek prasowy, bez zastrzeżeń wierzy chyba tylko Arkadiusz Ostrowski, prezes Ad Novum.

- Prowadzimy rozmowy z inwestorami i jesteśmy otwarci na propozycje - tłumaczy Ostrowski.
Sęk w tym, że "Trybuna", nawet jeśli się reaktywuje, może zostać samotną starą panną, i to bez posagu. Trzeba bowiem naprawdę odważnego wizjonera, aby gazetę wywieść na ścieżkę poczytności.

Jej kłopoty finansowe ciągnęły się od lat (w sierpniu tego roku sąd odrzucił wniosek o upadłość wydawcy "Trybuny", złożony przez jego największego wierzyciela - drukarnię Domu Słowa Polskiego, uznając, że wydawca nie ma środków na zabezpieczenie likwidacji), nakład topniał coraz bardziej (spółka buńczucznie podawała, że średni nakład wynosi 50 tys.), a sprzedaż oscylowała wokół kilkunastu tysięcy egzemplarzy i opierała się głównie na wiernych prenumeratorach. Kryzys widać było też po okrojonym na maksa zespole "Trybuny" - składającym się z 30 pracowników redakcji, i administracji - wtłoczonym w pokoiki gmachu DSP przy ul. Miedzianej.

- Od dawna "Trybuna" była pismem robionym głównie ku uciesze przywódców lewicy - mówi Jerzy Urban, właściciel tygodnika "Nie". - Przez to była anachroniczna. Nie tylko ideowo, ale także wizualnie. To właśnie Urban w 1989 roku, na posiedzeniu prezydium KC PZPR, walczył o to, by z "Trybuny Ludu" nie wyrzucać "Ludu". - Potem bawiłem się na imprezie, na której "Trybuna" rozeszła się z ludem - dodaje. W latach 90. jeszcze raz poproszono Urbana o pomoc. Wówczas chciał przekształcić "Trybunę" w robotniczą bulwarówkę w stylu "Daily Mirror".

To jednak wymagałoby znalezienia zagranicznego inwestora, który miałby pieniądze i jednocześnie nie wtrącałby się ideowo. - Szansa na to była jeszcze do 2004 roku, gdy na lewicę chciało głosować 40 proc. wyborców. Od tamtego czasu sprawa była przesądzona. Wytworzyła się tradycja agonalna tej gazety - przyznaje naczelny "Nie".

Ale to już historia. Dziś można się raczej spodziewać, że oto kolejna gazeta, po 19 latach rynkowych perypetii, przeszła na naszych oczach w stan bezpowrotnego niebytu. A komentatorzy są zgodni, że ukute kilka temu hasło o końcu tzw. partyjnych gazet wciąż nie straciło na aktualności. Niektórzy nawet uronili łezkę, bo - czy to się komuś podoba, czy nie - "Trybuna", ze swym ideologicznym dziedzictwem, to naoczny świadek najnowszej polskiej historii. Nawet jeśli historię tę pisali z zaangażowaniem dziennikarze i publicyści najpierw spod znaku Socjaldemokracji RP, a potem Sojuszu Lewicy Demokratycznej.

Swoją historię "Trybuna" zaczęła z impetem, jako spadkobierczyni "Trybuny Ludu", prasowego organu Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. "Trybuna Ludu" zaczęła się ukazywać od 1948 roku, po tzw. kongresie zjednoczeniowym (komuniści wnieśli w wianie "Głos Ludu"). Każdy, kto pamięta PRL, pamięta też wielkie płachty zalegającej w kioskach "Trybuny", najlepiej dofinansowanej gazety demoludów (jej nakład w połowie lat 70., nim propagandowe pierwszeństwo przypadło telewizji, wynosił 1,5 mln sztuk redagowanych w wypasionym gmaszysku na pl. Starynkiewicza).
Po latach pożółkłe kolumny "Trybuny Ludu" czyta się z niedowierzaniem: komentarze na temat wydarzeń na świecie w świetle talmudycznych wypowiedzi KC, niekończące się partyjne przemówienia, gloryfikowanie planu 6-letniego i echa kampanii przeciw wrogom klasowym wyglądają jak przesłanie z innego świata. Jedynie kibice sportowi mogą wspominać pismo z sentymentem, bowiem "Trybuna Ludu" wraz z czechosłowacką gazetą "Rude Pravo" i niemiecką "Neues Deutschland" patronowała kolarskiemu Wyścigowi Pokoju.

Już z samych nazwisk naczelnych "Trybuny Ludu" można by zestawić imponującą hagiografię komunistycznych świętych. Począwszy od tow. Leona Kasmana (edukację zdobywał w Moskwie na kursach Kominternu), który dzierżył ster gazety w czasach stalinowskich, poprzez m.in. Władysława Matwina, Stanisława Mojkowskiego i Józefa Bareckiego, aż po Jerzego Majkę, który w 1990 roku, po rozwiązaniu PZPR, patronował pójściu gazety na dno.

"Trybuna" jako jej duchowa spadkobierczyni też miała szczęście do lewicowych tuzów. Przed ostatnim naczelnym - Wiesławem Dębskim - kierowali nią m.in. Marek Siwiec, Dariusz Szymczycha, Janusz Rolicki i Marek Barański. Temu ostatniemu (rządził gazetą od sierpnia 2004 roku do lutego roku 2005) warto poświęcić kilka słów. Właśnie on zasłynął jako prezenter "Dziennika Telewizyjnego" w stanie wojennym i późniejszym bezkrytycznym uwielbieniem dla Leszka Millera, którego polityczne meandry propagował na łamach gazety.

Ale na jego przykładzie widać, że nadmierna polityczna gorliwość nie zawsze popłaca. Nawet bowiem w czasach politycznej prosperity Sojuszu "Trybuna" przędła raczej cienko. I na pewno nie pomogła jej afera z należącą do Universalu Dariusza Przywieczerskiego firmą UnivComp. To przez nowo ustanowione feudalne porządki zamieszanego ongiś w aferę FOZZ sponsora gazeta borykała się z permanentnym brakiem pieniędzy. - W szybkim czasie odeszli najlepsi, a zostali ci, którzy dawali się traktować jak popychadła - wspomina były dziennikarz "Trybuny". Nie chce ujawniać nazwiska. Z kolei Janusz Rolicki, ówczesny szef pisma, wspomina, że właśnie wtedy sprzedaż skoczyła z 30 do 60 tys. egzemplarzy.

Spece od rynku prasowego są jednak zgodni: tego typu upartyjnioną gazetę - odciętą od rynku reklam, drukowaną na lichym papierze i z archaicznym layoutem - mogli czytać jedynie najwierniejsi.

Im nie przeszkadzała jednostronność poglądów, ograniczony dobór tematyki i "syndrom oblężonej twierdzy" nakazujący redaktorom potępiać wszystko, co niezgodne z linią pisma. - Sposób robienia "Trybuny" przypominał manufakturę przeniesioną żywcem z XIX wieku. Dziennikarze pracowali tam dla idei, a nie dla pieniędzy, przekonani, że jako ostatni ratują ideały lewicy - komentuje anonimowo inny były redaktor. - Ludzi w redakcji trzymała raczej przyjaźń z kolegami.

Faktycznie, gazeta nie robiła furory w salonach prasowych, a jej stały elektorat stanowili głównie, osieroceni dziś, emeryci z lewicowym życiorysem. Dla nich zniknięcie gazety z rynku to prawdziwy cios i dowód, że znienawidzony kapitalizm znów odniósł zwycięstwo.

Mariusz Staniszewski, Mariusz Grabowski

Koronawirus fake news. Oto największe absurdy.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 4

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Podaj powód zgłoszenia

n
nerwowy

Donat spadaj na szczaw…

[plp

dla przeciwników PO, ale zła dla słupków wyborczych głosujących na jedynie słuszną partię "obywatelską".
Na pocieszenie pozostał im jeszcze inny organ zwany Gazownią Wyborczą lub żydowską gazetą dla POlaczków.

r
rych

I ta "lekkosc" piora!

"Kryzys widać było też po okrojonym na maksa zespole..."

;)

p
pablo55

Chyba Kaczyński będzie musiał odstąpić swoim komuszym koalicjantom ze 3 strony w "Rzepie".

Dodaj ogłoszenie