"Trotyl we wraku tupolewa", czyli wszystkie pytania o Smoleńsk

Dorota Kowalska
Ostatnia publikacja "Rzeczpospolitej" i burza wokół niej pokazują, jak wielu Polaków wierzy w zamach dokonany 10 kwietnia 2010 roku. Jak bardzo do tej spiskowej teorii przyczyniło się to, w jaki sposób prowadzone jest śledztwo - pisze Dorota Kowalska

Już wczesnym rankiem było wiadomo, że ten temat będzie newsem dnia, ba, całego tygodnia. "Trotyl na wraku tupolewa" krzyczał tytuł na pierwszej stronie "Rzeczpospolitej", a obok zdjęcie prezydenckiego Tu-154, który rozbił się pod Smoleńskiem, żeby nikt nie miał najmniejszych wątpliwości, o jaki konkretnie samolot chodzi.

Rozpętała się burza, czemu trudno się zresztą dziwić, bo materiał wybuchowy na wraku maszyny mógłby świadczyć o tym, że na lotnisku Siewiernyj dokonano zamachu. O godz. 9.00 politycy w Sejmie odpowiadali na pytania podekscytowanych dziennikarzy, swoje posiedzenie zwołała komisja Antoniego Macierewicza, wypowiadali się eksperci. Padały mocne słowa: "zamach, morderstwo, zbrodnia". I wprawdzie o godz. 13.30 na specjalnie zwołanej konferencji prasowej pułkownik Ireneusz Szeląg, szef Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie, zaprzeczył rewelacjom gazety, tłumacząc, że na razie żadnego materiału wybuchowego na wraku Tu-154 nie wykryto, gazeta wydała też oświadczenie, że pośpieszyła się, pisząc o trotylu, ale ci, którzy w zamach wierzyli, tylko utwierdzili się w przekonaniu, że wierzyli słusznie. Bo gdyby chcieć wymienić wszystkie wątpliwości, jakie budzi smoleńskie śledztwo, a jest ich całkiem sporo, trzeba wyjść od kwestii zasadniczej. A mianowicie od tego, czym była katastrofa prezydenckiego tupolewa, czy wprawdzie tragiczną w skutkach, ale tylko katastrofą lotniczą, czy może zamachem na prezydenta RP i elity polskiego narodu.

Kiedyś podczas wywiadu Jerzy Miller, wówczas minister spraw wewnętrznych, powiedział mi, że jakiekolwiek wnioski płynęłyby z prac komisji, którą wtedy kierował, i tak znajdą się tacy, którzy je skrytykują, bo nie wierzą, że 10 kwietnia 2010 roku prezydencki tupolew rozbił się z powodu całego splotu nieszczęśliwych okoliczności i zdarzeń. Nie wierzą, bo uwierzyli w zamach. I sporo w tym stwierdzeniu prawdy. Sztuczna mgła, hel rozpylony w kabinie, wreszcie wybuch, a nawet trzy, które wstrząsnęły maszyną - teorie spiskowe dotyczące wydarzeń sprzed ponad dwóch lat mnożą się w nieskończoność od dnia katastrofy. Wiarę, że doszło do zamachu, podtrzymują w zwykłych obywatelach politycy, którzy sprawnie budują wokół niego polityczny kapitał.

Wszystkie wątpliwości, które narosły wokół śledztwa i samej katastrofy, są więc dla tych wszystkich ludzi jedynie potwierdzeniem słusznie dokonanych wyborów. Ale, powiedzmy sobie szczerze, te same wątpliwości wprawiają w konsternację także tych, którzy z teorii o zamachu się śmieją. I na nic tłumaczenia, że takiej tragedii historia nie widziała od stuleci, że ciała ofiar były zmasakrowane, że nikt na taką katastrofę nie mógł być przygotowany. Niby tak, ale właśnie w takich sytuacjach: trudnych, wręcz dramatycznych, państwo i działające w nim instytucje sprawdzają się lub nie, zdają egzamin życia lub go zawalają. Wrażenie chaosu od samego początku pogłębiała jeszcze polityka informacyjna prokuratury, niestety, bardzo kiepska. Wiadomo, że śledczy prowadzący sprawę nie mogą powiedzieć wszystkiego, nie wszystkie szczegóły zdradzać. Ale w takiej sytuacji jak ta, kiedy na terenie obcego kraju giną prezydent RP, parlamentarzyści, duchowni, a niektóre środowiska otwarcie mówią o zbrodni, społeczeństwu należał się jasny i klarowny przekaz. Prokuratorzy mogli konferencje prasowe organizować częściej, stanowczo zaprzeczać plotkom, przedstawiać kolejne ustalenia śledczych. Tak się jednak nie stało i może dlatego w społeczeństwie żyją obok siebie dwie zupełnie różne prawdy: ta oficjalna, oparta na faktach, i ta internetowa, bazująca na domysłach, spekulacjach, a czasami na zwykłym kłamstwie. Tyle tylko, że przez te dwa ostatnie lata obie prawdy całkowicie się ze sobą zmieszały, puzzle układanki mylą się Polakom, bo ci dzisiaj sami już nie wiedzą, co usłyszeli z ust prokuratora, a co przeczytali na takim czy innym portalu. Gdyby prokuratura słała jasny przekaz, takiego chaosu pewnie by nie było.
Pierwsza kwestia, która od samego początku budziła sporo emocji, to to, iż sprawę katastrofy badano na podstawie załącznika 13. konwencji chicagowskiej o międzynarodowym lotnictwie cywilnym. I choć wielu ekspertów uważało, że to jedyne wyjście z sytuacji, że nie ma innego aktu prawnego, na którym można by się oprzeć, inni fachowcy podnosili, że można było skorzystać z łączącego Polskę i Rosję porozumienia z lipca 1993 roku w sprawie ruchu samolotów wojskowych i wspólnego wyjaśniania katastrof, zawartego przez MON. Warto w tym miejscu zauważyć, że temu sporowi towarzyszy kolejny: jak oceniać lot prezydenckiego Tu-154? Jako cywilny czy może wojskowy? W każdym razie, w drugim przypadku, śledztwo byłoby wspólne, a polscy prokuratorzy mieliby zapewne więcej do powiedzenia podczas jego trwania. Poczucie, że jesteśmy na łasce Rosjan, pogłębiali sami śledczy, którzy co rusz przyznawali, że czekają na takie czy inne dowody, a czekali miesiącami, że ślą do Rosjan kolejne wnioski, że strona rosyjska, jak to mówili, wciąż zwleka z odesłaniem kolejnych dokumentów. Od razu zrodziły się więc wątpliwości, że może Rosjanie coś ukrywają, a nam przesyłają tylko te dowody, które są im na rękę, bo oczyszczają się z wszelkiej odpowiedzialności za tę katastrofę i potwierdzają jednocześnie raport Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego (MAK), który całą winą za katastrofę smoleńską obarczył polską stronę, a konkretnie polskich pilotów.

W społeczeństwie żyją dzisiaj dwie prawdy: ta oficjalna, oparta na faktach, i ta internetowa, bazująca na domysłach. Tyle że obie się ze sobą zmieszały i ludzie niespecjalnie już wiedzą, która jest którą

I tu trzeba wspomnieć o kolejnych wątpliwościach, które budzi smoleńskie śledztwo i które pewnie nigdy nie zostaną już wyjaśnione - mowa o odpowiedzialności za katastrofę strony rosyjskiej. Już kilka dni po dramacie wiadomo było, że atmosfera w wieży kontrolnej na lotnisku Siewiernyj była równie napięta jak ta w kabinie pilotów prezydenckiego Tu-154. Podpułkownik Paweł Plusnin (kierownik lotów) robił wszystko, aby skierować polski samolot na inne lotnisko. Kontrolerzy przeprowadzili 13 rozmów telefonicznych, m.in. z Moskwą i Twerem. Około godz. 10.30 czasu moskiewskiego (godz. 8.30 czasu polskiego) Plusnin rozmawiał o sytuacji pogodowej z Gieorgijem Połtawczenką, pełnomocnym przedstawicielem prezydenta Rosji w Centralnym Okręgu Federalnym i członkiem Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej, i z Siergiejem Antufjewem, gubernatorem obwodu smoleńskiego, którzy czekali na płycie lotniska na przylot polskiej delegacji. Wcześniej konsultował się z dyżurnym operacyjnym Sztabu Kierowania Lotnictwem Wojskowo-Transportowym Sił Powietrznych Federacji Rosyjskiej w Moskwie. Z dowództwem w Twerze i dowództwem wojsk lotniczych w Moskwie rozmawiał również pułkownik gwardii Nikołaj Krasnokutski. Plusnin podjął decyzję o skierowaniu samolotu na lotnisko zapasowe z powodu złych warunków atmosferycznych, ale płk Krasnokutski, wyższy rangą, kazał sprowadzać samolot do wysokości 100 metrów i wydał decyzję zezwalającą na próbne podejście do lądowania. Wcześniej zameldował komuś przez telefon: "Panie generale, wszystko włączone, wszystko przygotowane". Plusnin zareagował nerwowo. "No tak, cholera, na razie kazali nam sprowadzać" - rzucił do kolegów w wieży.
Jednak raport Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego słowem nie odnosi się do tego, co działo się w wieży, a działo się źle. Praca kontrolerów była przecież obserwowana i uzupełniania z zewnątrz. Tym większe oburzenie wywołał fakt, że zeznania rosyjskich wojskowych tuż po tragedii zostały wycofane z akt przez rosyjskich prokuratorów. "Rzeczywiście, taka decyzja przez prokuratorów rosyjskich została podjęta, bo stwierdzili, na podstawie prawa obowiązującego w Federacji Rosyjskiej, że w sytuacji, kiedy nakładają się na siebie daty przesłuchania świadków, trzeba uznać je za czynności niedopuszczalne" - mówił w rozmowie z "Polską" prokurator generalny Andrzej Seremet. Dodał jednak, że polscy prokuratorzy są w posiadaniu tych zeznań i jeśli ocenią, że te przedstawiają wartość dowodową, włączą je do śledztwa. W lutym przesłuchali zresztą kontrolerów lotów lotniska Siewiernyj i ponoć otrzymali odpowiedzi na wszystkie zadane pytania. Pytania o błędy rosyjskich wojskowych jednak pozostają, bo wszyscy polscy eksperci wypowiadający się w sprawie katastrofy smoleńskiej nie mają wątpliwości, że gdyby polscy piloci i rosyjscy kontrolerzy, którzy mieli bezpiecznie sprowadzić samolot na ziemię, robili to, co do nich należy, nigdy nie doszłoby do katastrofy. "Pamiętajmy, że na wieży sytuacja była równie złożona jak na pokładzie samolotu. (...) Jeśliby wydano komendę, która nie zezwala na podejście, z pewnością miałoby to wpływ na przebieg lotu. Po prostu nie byłoby katastrofy" - mówił w rozmowie z nami płk Edmund Klich, polski akredytowany przy komisji MAK.

Jednak wątek rosyjskich kontrolerów został przez Rosjan zupełnie pominięty, nie ponieśli żadnej, choćby symbolicznej kary, co u jednych wywołuje zdumienie, innych utwierdza w przekonaniu, że "Ruskie stoją za zamachem, a już na pewno mają coś do ukrycia".

Gdyby nie mieli, do Polski już dawno wróciłyby przecież czarne skrzynki i wrak prezydenckiego tupolewa, który miesiącami leżał pod gołym niebem i niszczał. To kolejna sprawa, która rodzi uzasadnione emocje. Rosjanie nie wydali nam czarnych skrzynek, które moglibyśmy osobiście zbadać, polscy eksperci mogli jedynie wykonać kopie. Oto kolejne źródło domysłów, niekończących się spiskowych teorii, podejrzeń.

Podobnie jak sekcje zwłok ofiar katastrofy, do których nie dopuszczono polskich prokuratorów, a dokumenty z ich przeprowadzenia przesyłano do Polski rok. Bałagan trwał także podczas identyfikacji, na dodatek rodziny miały ponoć zakaz otwierania trumien w kraju, do wydania którego nikt się dzisiaj nie przyznaje. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Dzisiaj wiadomo już, że kilka ciał zamieniono, rodziny występują o kolejne ekshumacje i, jak mówią nam prawnicy, mogą się one ciągnąć latami. Czy można było uniknąć tych, zwłaszcza dla najbliższych, dramatycznych sytuacji? Wydaje się, że tak. A nawet jeśli nie dałoby się zupełnie ustrzec błędów, na pewno sprawa byłaby dużo bardziej klarowna, gdyby na miejscu w sekcjach i identyfikacjach uczestniczyli polscy lekarze i śledczy. Inaczej wątpliwości pozostaną.

To, że Rosjanie wciąż nie oddali nam wraku tupolewa, drażni już wszystkich Polaków

Jest jeszcze wiele drobiazgów, które żywią wszystkich kochających sensacje i nieprzyjmujących słów chociażby płk. Piotra Łukaszewicza, który już dzień po katastrofie smoleńskiej powiedział mi, że przy takiej mgle taki samolot jak Tu-154 nie miał prawa szczęśliwie wylądować w Smoleńsku, a polscy piloci w ogóle nie powinni startować z warszawskiego Okęcia. Jakie to drobiazgi? Choćby pytanie o to, czy na pilotów wywierano presję, czy nie, jaką rolę podczas tego lotu odegrał gen. Andrzej Błasik, dowódca sił powietrznych. Takich pytań jest więcej i mało prawdopodobne, abyśmy kiedykolwiek uzyskali na nie odpowiedzi.

I nawet jeśli nie zakładać żadnej złej woli, partactwa czy braku profesjonalizmu, to świadczą one co najmniej o sporej bezradności tych, którzy powinni nam przybliżyć prawdę o Smoleńsku.

Dorota Kowalska

Wideo

Komentarze 36

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

b
bolo
i takie wlasnie oszolomy jak t5y fc"usiu przynosza wstyd polsce. pis to klamstwo oszustwo i obluda
g
gosc
niema mgly niema katastrofy i ot cala prawda a politycy to maja was gdzies
m
matt
Zamiast tego pieją o publikacji w Rzepie i innych nieistotnych duperelach. Zatem, czyżby Rosjanie nie potrafili pobrać tych prób sobie sami, jeśli są im tak potrzebne... Nadto, jeżeli Rosjanom dalej coś tam przeszkadza... bo to i owo... to wówczas owe próbki powinne być w ich obecności podzielone na połowy! Po czym jedna próba oplombowana przez Polaków pozostaje w Rosji. Druga oplombowana przez Rosjan zostaje natychmiast przywożona pod eskortą BOR do kraju. Natomiast w dalszym postępowaniu następuje badanie tych prób w dwóch zespołach. Czyli Polacy uczestniczą wespół z Rosjanami w badaniu prób pozostawionych w Rosji, i vice versa. Czy do takiej regulacji potrzeba nam specjalnego rodzaju dyplomaty, albo myśliciela na miarę Sokratesa...
t
todd
MAK'owo- millerowskimi POmyjami można karmić tylko "egzotyczny" lud POmoskiewski z Platformy Opóźnionych "im Lenina"..... Tusk PO spacerze PO molo siedzi w tej "katastrofie" PO uszy a jego bełkot o "bezgranicznym zaufaniu do strony rosyjskiej" POkazuje , że to putinowy POdnóżek
p
polo
Rosyjski Acron Group otrzymał zgodę Urzędu Ochrony Konkurencji
i Konsumentów PO, na kupno zakładów azotowych w Tarnowie.
Kolejny cel, to zakład Puławy.

Kto następny?
p
polo
A to widziałeś komuchu?

Wstępne wyniki pierwszego testu.
Pełny opis i dokumentacja, tu;
naszeblogi.pl/33530-trotyl-wyniki-pierwszego-testu
Lub;
Trotyl – wyniki pierwszego testu
p
polo
Oni często używają takich "straszaków".
Moderatorzy portalu wpolityce.pl odkryli, że wiele nieprzychylnych i obraźliwych
komentarzy wyszło z komputerów G..a Wyborczego.
Podobnie jest na innych portalach i tym również.
a
adam
Przypisujesz autorce intencje, których nie da się odczytać z jej artykułu. Nigdzie nie używa słów: oszołomy, wariaci, nienormalni ludzie. Nie ma żadnego skandalu z zamianą ciał, bo nikt ich nie zamieniał, tylko błędnie rozpoznał. To polscy prokuratorzy odkryli błędne rozpoznanie i to oni zlecili ekshumację. Chciałbyś żyć w świecie, w którym nie zdarzają się pomyłki, ale taki świat nie istnieje. Nie winię syna pani Walentynowicz o pomyłkę przy rozpoznaniu zwłok swojej matki, chociaż to właśnie on spowodował "zamianę" ciał. Chcę mu jedynie złożyć wyrazy szczerego współczucia i powiedzieć, że nigdy nie chciałbym się znaleźć na jego miejscu.
c
cezar
Dopiero po 3 latach od katastrofy, po przebadaniu próbek z miejsca katastrofy w laboratorium dowiemy się czy były w nich materiały wybuchowe, czy ich nie było.

Próbki jak wiemy z wypowiedzi prokuratury są zaplombowane i zabezpieczone w Moskwie i Rosjanie nie mają do nich dostępu. Dostępu do próbek to nie mamy my Polacy- tak samo jak do czarnych skrzynek, czy wraku Tupolewa, który nie został uznany za podstawowy dowód w sprawie badania przyczyn katastrofy. A co Rosjanie robiązrobili z materiałem do badań to się dowiemy albo nie.

Spocony i poruszający się jak kot w wannie pełnej wody Szeląg był bardzo przekonujący, gdy mówił, że nic nie wykryto w tym co wykryto, ale się jeszcze zbada.
k
krakauer
Jeśli to był wypadek, to dlaczego wrak leży do dzisiaj kompletnie nieprzebadany w Rosji? Czy ty wiesz jakie są międzynarodowe standardy postępowania przy badaniu przyczyn wypadków lotniczych? Trochę wiedzy o tym nawet tobie nie zaszkodzi. Ale ty potrafisz wydusić z siebie tylko obelgi wobec innych. Na to cię tylko stać.
C
Czytelnik
Spokojnie. Jest mnóstwo dowodów na wybuch na pokładzie Tu-154. Obecnym śledczym jednak dać ich nie można, bo je ukryją, zniszczą lub sfałszują. Mieli 30 miesięcy na poszukiwania, badania i analizy. Ocena dotychczasowej pracy śledczych i wspierających ich władz i mediów jest druzgocąco negatywna.Prawdę może ustalić tylko rzeczywiście niezależna komisja śledcza. Natomiast uspokójmy wszystkich, żadnej wojny z tego powodu nie będzie. Przecież nieraz już Rosja była oskarżana o zamachy na różne osobistości. Np. w Dubaju agenci rosyjscy zabili prezydenta Jandarbijewa ( tak twierdzą władze Dubaju ), w Pakistanie wysadzono samolot z prezydentem Zia ul-Haqiem i ambasadorem amerykańskim, zamachowcy strzelali do Ojca Świętego. Według ustaleń wywiadów zachodnich odbywało się to na zasadzie "werbunku pod fałszywą flagą". Tworzono więc legendy a to, że Jandarbijewa wahhabitę zabili ludzie innej sekty muzułmańskiej, Zia ul-Haqa skłóceni z nim generałowie a Ojca Świętego członek muzułmańskiej organizacji terrorystycznej. Ślady za każdym razem prowadziły w okolice wpływów rosyjskich i się urywały. Zarzutów procesowych nikomu nie dawało się postawić prócz zwykłych cyngli, zwerbowanych przez jakichś typów zupełnie znikąd.
Ale rządy państw demokratycznych zawsze wiedzą kto odnosi korzyści z jakiegoś zamachu na ważnego polityka. Jeśli zostają naruszone ich interesy albo czuja się zagrożone z innych powodów, działają poufnie.
Motywy dla normalnych ludzi mogą być bezsensowne lecz nie dla państw.
Np. w wyniku takich wyskoków rosyjskich służb, oczywiście musiały mieć zgodę swojego rządu,Zachód przycisnął Sowietów w latach osiemdziesiątych czego skutkiem, było narzucenie ówczesnej Rosji tak ostrych warunków gospodarczych, że w trzy lata po tym zamachu kraj pogrążył się w chaosie a gensek Gorbaczow nie mógł dłużej rządzić Rosją .
Przeciwnikom Polski został po Smoleńsku już tylko jeden argument przeciw pełnej prawdzie - że będzie to przyczyną wojny z Rosją. Nieprawda, nie będzie żadnej wojny. Skutki ujawnienia prawdy wykończą obecną ekipę rządzącą Rosją bez jakiegokolwiek aktu przemocy. Bo kto normalny chce robić interesy z oszustami i mordercami ? Każdy biznes cudzoziemców w Rosji może być w każdej chwili zagrabiony. Bez inwestycji obcych, Rosja albo będzie musiała wymordować iluś swoich ludzi, by wygospodarować środki na inwestycje albo wpuścić Chińczyków na Syberię albo spuścić z tonu i znormalnieć. Wojna teoretycznie też jest wyjściem dla aktualnych władz ale prezydent Putin się na nią nie zgodzi. Za dużo majątków on i jego ludzie mają ulokowanych na Zachodzie. Gdyby była wojna, straciliby je !
Tak bez przemocy Ojciec Święty Jan Paweł II pokonał komunizm. Dlatego mówienie o wojnie polsko-rosyjskiej to prowokacja rosyjskich agentów wpływu w Polsce. Ci agenci boją się o swoje stołki. Żadnej wojny nie będzie.
a
adam
Prokurator Szeląg nie wypowiedział słów, które zacytowałeś (Nie powiedziałem, że nie znaleźliśmy trotylu). Cała jego konferencja była właśnie jednym wielkim wyjaśnieniem, że nie znaleziono trotylu, ani żadnego innego materiału wybuchowego, co nie znaczy, że go tam nie było. To potwierdzą lub wykluczą dopiero szczegółowe badania. Zmyślasz, że było jakieś drugie urządzenie, reagujące tylko na materiały wybuchowe, i dało ono odczyt pozytywny. Takie urządzenie po prostu nie istnieje, chyba tylko w twojej bujnej wyobraźni. Obecność ewentualna śladów materiałów wybuchowych na pasach bezpieczeństwa jest oczywista dla każdego, kto wie, kogo ten samolot wcześniej przewoził.
p
polo
Dyskutujemy o śladach materiałów wybuchowych, gdy tymczasem o
wybuchu świadczą również inne ślady, głównie rozerwane poszycie, wyrwane nity,
ilość szczątków rozrzuconych na dużym obszarze.
Każde przyzwoita ekipa dochodzeniowa szuka najmniejszego elementu
tylko po to, by wykluczyć lub potwierdzić przyczynę katastrofy.
Tak robią to w cywilizowanych krajach.
W Polsce Tuska, Komorowskiego, Palikota zastosowano metody typowe dla
azjatyckiej części Rosji Putina.
A
A ty człowieku
powinieneś myśleć. Nawet jakby tak było. to samolot powinien być dokładnie sprawdzony i wyczyszczony.. Tak się robi na całym świecie.
P
Polecam
artykuł red. Stanisława Michalkiewicza na portalu nowyekran.pl. Bardzo wiele wyjaśnia. Także to, dlaczego śledztwo oddano Rosjanom i skąd się wzięła histeria po artykule red. Cezarego Gmyza.
Dodaj ogłoszenie