Trochę się boję tego Wimbledonu, czyli Agnieszki Radwańskiej kariera prawie idealna - wzloty i upadki najlepszej polskiej tenisistki

  • Sportowy24

Hubert Zdankiewicz

Koniec kariery to czas podsumowań, choć akurat w karierze Agnieszki Radwańskiej ważnych momentów było tyle, że można by napisać o nich książkę (jedna już notabene powstała), a nie artykuł. My wybraliśmy - subiektywnie - najciekawsze.

O wygranym juniorskim Wimbledonie w 2005 roku wie chyba każdy kibic tenisa w Polsce. Mało kto pamięta za to, że kilka tygodni przed tym historycznym zwycięstwem (przed nią dokonała tego tylko Aleksandra Olsza w 1995 r.) Agnieszka wygrała swój pierwszy w karierze zawodowy turniej. Na razie rangi ITF (z pulą nagród 10 tys. dol.), na warszawskim Ursynowie. 16-letnia krakowianka nie straciła w turnieju nawet seta, a w finale pokonała 6:1, 6:3 o cztery lata starszą Oksanę Tepljakową.

To również tam kibice i nieliczni jeszcze wtedy przedstawiciele mediów usłyszeli od przyszłej gwiazdy, że „trochę się boi tego Wimbledonu”, bo nigdy jeszcze nie grała na trawie. Nie ma nawet odpowiednich butów do gry na tej nawierzchni.

Buty na szczęście udało się kupić. A trawa stała się jej ulubionym miejscem do gry...

Z dziką kartą na salony

Rok później nazwisko Radwańskiej trafiło na czołówki serwisów sportowych na całym świecie. Młoda Polka dostała dziką kartę do rozgrywanego w Warszawie turnieju WTA i w pierwszej rundzie pokonała Anastazję Myskinę. Sensacja była przeogromna, bo Rosjanka dwa lata wcześniej wygrała Roland Garros. Radwańska poszła za ciosem i dotarła do ćwierćfinału, w którym przegrała z rodaczką Myskiny - Jeleną Dementiewą.

Nie był to pojedynczy wyskok, bo do końca sezonu krakowianka zdążyła jeszcze wygrać juniorski Roland Garros i zajść w debiucie do 1/8 finału seniorskiego Wimbledonu. Jesienią dotarła jeszcze do półfinału turnieju WTA w Luksemburgu. Po drodze pokonała Amerykankę Venus Williams i zrewanżowała się Dementiewej.

Tenisowa Bomba i szczury

„Tenisowa Bomba z Polski” - tak nazwała ją szwedzka prasa po tym, jak latem 2007 roku wygrała w Sztokholmie swój pierwszy w karierze turniej z cyklu WTA Tour (jako pierwsza Polka w historii). Znów nie straciła seta, a w finale pokonała 6:1, 6:1 Rosjankę Wierę Duszewinę. Radwańska poszła za ciosem, bo kilka tygodni później pokonała w trzeciej rundzie US Open Marię Szarapową. To była sensacja porównywalna niemal z trzęsieniem ziemi, bo słynna Rosjanka broniła w Nowym Jorku tytułu, a w poprzednich meczach robiła z rywalkami na korcie, co chciała. Do czasu.

Najbardziej zdumieni byli chyba szefowie firmy Nike, która tuż przed turniejem zaprezentowała na Manhattanie uszytą specjalnie dla Szarapowej sukienkę do gry, wysadzaną kryształkami Swarovskiego. Zamiast o niej, media rozpisywały się o hodowanych przez Polkę w domu szczurach i torebkach Louisa Vittona, które Agnieszka kupiła dla siebie i siostry w nagrodę.

Jezus i tiramisu, czyli alfabet polskiego tenisa

Jestem pijany albo gram

„Pogromczyni gigantów” - tak pisano o starszej z Radwańskich w styczniu 2008 r., podczas Australian Open. Nie bez powodu, bo w drodze do pierwszego w karierze wielkoszlemowego ćwierćfinału pokonała w Melbourne drugą wówczas tenisistkę świata Rosjankę Swietłanę Kuzniecową i jej rodaczkę Nadię Pietrową (była nr. 3). Sukces był przeogromny, media w Polsce oszalały, a ojciec i trener Agnieszki przestał odbierać telefony.

- Na byle mecz piłki nożnej jadą tłumy, a na tenis - nawet na największe turnieje - prawie nikt. Za to jak moja córka wygra z Szarapową, to dzwoni po sto osób na godzinę, a ja płacę potem po kilka tysięcy za roaming - tłumaczył, a dzwoniący żurnaliści mogli od tej pory co najwyżej usłyszeć jego słynne powitanie w poczcie głosowej: „Nie mogę teraz odebrać, bo albo jestem pijany, albo gram w tenisa”.

Nowy trener, nowe narodziny

2011 rok był przełomowy dla Radwańskiej. Po latach współpracy nasza rakieta numer jeden postanowiła zmienić trenera i zamiast ojca na turniejach zaczął towarzyszyć jej Tomasz Wiktorowski. Wydawało się, że to tylko chwilowe zastępstwo, bo w domu nadal trenowała z tatą. Początki nie były zresztą obiecujące (słabo wypadła m.in. podczas Wimbledonu). Później jednak z Wiktorowskim u boku Agnieszka wygrała pierwszy od czterech lat turniej WTA (w Carlsbadzie). Potem kolejny (w Tokio) i kolejny (w Pekinie). Wszystko w dodatku z dawno nieoglądanym u niej uśmiechem na twarzy. Do tamtej chwili niektórym wydawało się, że tenis to dla Polki tylko praca, w dodatku niezbyt lubiana. „Jak nowo narodzona” - pisały o Radwańskiej media.

Agnieszka Radwańska jak nowo narodzona

I znów Szarapowa

Później okazało się, że udane pół 2011 roku było tylko wstępem do tego, co czekało nas przez dwa kolejne sezony. W 2012 sukcesy zaczęły się w Miami, gdzie Radwańska wygrała prestiżowy turniej. Jej zwycięstwo miało dodatkowy smaczek, bo w finale pokonała Marię Szarapową. Nie było już wówczas tajemnicą, że Polka i Rosjanka niezbyt za sobą przepadają i trudno się nawet dziwić, bo ze świecą można szukać tenisistek, które lubią Szarapową. Radwańska po prostu mówiła głośno o tym, o czym inne wspominały tylko w prywatnych rozmowach. A po meczu to ona mogła triumfalnie się uśmiechnąć.

Londyńskie rozczarowania

Naprawdę niewiele brakowało, a uśmiechałaby się triumfalnie również kilka miesięcy później, po finale Wimbledonu. Po latach można się tylko zastanawiać, co by było, gdyby w tamtym meczu z Sereną Williams była w pełni sił, bo właśnie sił zabrakło jej w połowie trzeciego seta. Niestety, na korcie zmagała się wówczas nie tylko z utytułowaną rywalką, ale również sama ze sobą. Była przeziębiona, a jako zawodowy sportowiec nie mogła zażywać większości popularnych leków, bo zawierają zabronioną przez WADA efedrynę. Mimo to walczyła i zdołała postraszyć słynną Amerykankę. Niestety, to Williams cieszyła się po ostatniej piłce, a podczas wręczania nagród kibice po raz pierwszy zobaczyli płaczącą Radwańską. Do tej pory krakowianka słynęła z tego, że rzadko okazuje na korcie emocje. - To nie był mój dzień - przyznała.

Swojego dnia Radwańska nie miała również kilka tygodni później, gdy na tych samych kortach Wimbledonu przegrała w pierwszej rundzie turnieju olimpijskiego. Rozczarowanie było gigantyczne, bo wszyscy liczyli na medal. Skończyło się klęską i skandalem, bo dopytywana przez media krakowianka powiedziała coś (później twierdziła, że przekręcono jej słowa), co sugerowało, że - kolokwialnie mówiąc - ma w nosie igrzyska. Kibice przypomnieli jej o tym cztery lata później, gdy znów odpadła sensacyjnie w pierwszej rundzie, w Rio de Janeiro.

Rok później Agnieszka znów była o krok od wygrania Wimbledonu. A konkretnie o kilka piłek w przegranym półfinale z Niemką Sabine Lisicki. Gdyby wygrała, tytuł miałaby niemal pewny. W finale czekała Francuzka Marion Bartoli, która dosłownie robiła się zielona na widok Polki po drugiej stronie kortu. Bilans meczów 7:0 dla naszej tenisistki mówił sam za siebie.

Nie ma chwały bez cierpienia

- Nie ma chwały bez cierpienia - to właśnie tymi słowami motywował Radwańską Tomasz Wiktorowski podczas półfinału Mistrzostw WTA w 2015 roku. Zmagania w Singapurze Polka rozpoczęła od dwóch grupowych porażek i wydawało się, że nie ma szans na to, by z niej wyjść. Później pokonała jednak (po niesamowitym tie-breaku, w którym przegrywała 1:5) Rumunkę Simonę Halep, w półfinale Hiszpankę Garbinę Muguruzę, a w finale Czeszkę Petrę Kvitovą.

To było wspaniałe zwieńczenie bardzo trudnego roku, w którym Radwańska wypadła nawet w pewnym momencie z czołowej dziesiątki rankingu WTA. Zarazem największy sukces w karierze, w której do pełni szczęścia zabrakło tylko zwycięstwa w turnieju Wielkiego Szlema...

A może wcale nie zabrakło... Ciekawe, ile będziemy czekać, aż ktoś osiągnie tyle, co ona.

Wojciech Fibak: Cały świat podziwiał styl Agnieszki Radwańskiej

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Więcej na temat:

Komentarze

Liczba znaków do wpisania:  4000/4000

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Jeśli uważasz, że któryś z komentarzy łamie regulamin, to wyślij nam link do tego artykułu na pomoc@naszemiasto.pl

Wybrane dla Ciebie

Powiązane

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3