Torunianka zrzuciła 170 kg. W drodze do normalnego życia otarła się o śmierć

Karina Obara
Karina Obara
Zaktualizowano 
Irena schudła 170 kg!
Irena schudła 170 kg! Pixabay.com
Irena ma 56 lat. Jedenaście lat temu mogła umrzeć z powodu 246 kg, które na sobie dźwigała. Teraz waży 76 kg. I chce przestrzec wszystkich, którzy jeszcze nie zdecydowali się dbać o siebie.

Zaczęło się tak, jak u wielu z nas. Torunianka, mieszkanka osiedla - molocha na Skarpie, matka, która została sama z dwójką małych dzieci, zajada problemy: na samotność - ciastko, czekolada, na chandrę - chipsy, coca-cola, na złość - tłusty kotlet, obowiązkowo duży, na gniew - baton XXL, na bezradność - ciasto z kremem.

Nie do wiary, że można tak schudnąć - te metamorfozy wydają ...

I wierzy w iluzję kojenia smutku, żalu, upokorzenia przez słodkie i tłuste potrawy. Nie uprawia sportu, z domu wychodzi tylko wtedy, gdy to konieczne. Odsuwa się stopniowo od ludzi, a ludzie zapominają o niej. Widzą tylko, jak jej posępna i coraz bardziej okrągła postać sunie uliczkami osiedla. Na zewnątrz wielka kobieta, wewnątrz - cień człowieka, który czeka na ratunek. Aż ten przychodzi. Wyniki krwi zagrażają życiu, objawy cukrzycy, miażdżycy, nadciśnienie w jednej chwili mogą zakończyć tę udrękę. Irena wybiera jednak życie. Ma dzieci, które kocha, choć z trudem potrafi to wyrazić słowami. O tym, co przeszła, chce nam opowiedzieć, ale anonimowo, bo wstyd i żal jeszcze przepracowuje. Sądzi, że byłoby jej łatwiej, gdyby mogła wrócić do pracy z ludźmi. Po operacjach, które przeszła, nie może jednak pracować fizycznie. Może za to opowiadać swoją historię choćby na grupach terapeutycznych.

Jest żywym dowodem na to, że człowiek potrafi przekroczyć swoje uwarunkowania, dotrzeć do kresu sił i odbudować się na nowo. Nie cały jednak - przestrzega wszystkich, którzy łudzą się, że mogą trwać w złych nawykach. Ciało już zawsze będzie pamiętało, przez co przeszło. Dlatego Irena ostrzega, by nie iść jej śladem. Nie doprowadzić się do stanu, gdy trzeba będzie chudnąć aż 170 kg, wycinać olbrzymi płat skóry na brzuchu, którego dźwiganie, nawet po schudnięciu, jest wysiłkiem ponad ludzkie możliwości.

- Schudłam i teraz, w ubraniu, wyglądam podobnie do innych - mówi. - Przeraża mnie jednak, gdy widzę tak wielu młodych, jeszcze przed trzydziestką, którzy są bardzo otyli. Chciałabym im pomóc, aby zawalczyli o siebie. Dlatego opowiadam, przez co przeszłam. Nie mam nic więcej, czym mogłabym się podzielić. Przeżyłam dawne życie jak umiałam, ale zaczęłam nowe i wiem, że wytrwam w postanowieniu, by już nigdy nie zdradzić siebie.

- Od lat wiemy, że dzielenie człowieka na obszar ciała i obszar psychiczny oraz zajmowanie się jedynie jednym z nich, jest ogromnym błędem - mówi psycholog Magdalena Widłak-Langer. - Konieczne jest podejście całościowe (holistyczne). Wtedy dajemy człowiekowi szansę na rzeczywiste i efektywne wprowadzanie zmian. Niestety, medycyna klasyczna nie stosuje całościowego podejścia. Dlatego bardzo często, różne działania systemowe, nie przynoszą oczekiwanych efektów. Nieodpowiednia dieta (rozumiana jako styl żywienia, a nie sposób na odchudzanie) oraz zbyt rzadka aktywność fizyczna lub całkowity jej brak, to dominujące problemy ludzi XXI wieku, cierpiących na nadwagę czy otyłość lub będących w wysokiej grupie ryzyka. Niestety, to nie koniec, bo nadwaga jest skorelowana, np. z nowotworem pęcherza. Zatem, jeżeli ktoś uważa, że dodatkowe kilogramy to jedynie kwestia estetyczna, żyje w iluzji.

To jest spowiedź Ireny, kobiety odważnej, która wyruszyła na walkę z sobą samą. Schudła 170 kg. I jej waga wciąż leci w dół. Uwierzyła, że jej historia jest po coś. Teraz chce dać świadectwo innym.

Gdy zostałam sama z dwójką dzieci, ciągle czułam się głodna. I jadłam. Całą dobę. Jogurty owocowe z cukrem, parówki, kotlety, chipsy po dwie paczki dziennie, klopsy, naleśniki, cukierki, ciasta, ciasteczka, śledzie. Otwieranie drzwi lodówki i szafek kuchennych było w moim życiu, jak furtka poruszana wiatrem - otwierała się i zamykała. I nikt nie podchodził, by ją wreszcie zabezpieczyć. Jadłam i żarłam, leżałam, chodziłam niewiele, płakałam w poduszkę nad własną niemocą. A później znów jadłam i jadłam, sięgałam, wyciągałam, kleiłam, lepiłam, gotowałam, kładłam na blacie, smarowałam, wkładałam do ust i żułam, żułam, aż mnie zemdliło. Wielki głód nie znikał jednak na długo. Może na pół godziny, na godzinę. Dłużej żułam, niż nie poruszałam ustami. W lustro nie patrzyłam. Bałam się tego, co tam zobaczę. Nie oglądałam się w wystawach sklepowych, nie malowałam oczu, ust; nie pragnęłam zobaczyć, jak wyglądam. Jakby odbicie w lustrze miało mnie zabić, a jedzenie ożywić. Na tę chwilę, gdy jadłam, czułam się żywa, pełna nadziei. A może utraciłam nadzieję? Dlatego jadłam, bo nic nie miało znaczenia. Powolne spadanie w dół z coraz większym brzuchem, udami, ramionami, piersiami, palcami w kształcie serdelków, które tak lubiłam na przegryzki.

W 2008 r. ważyłam już 246 kilogramów. Kolos na glinianych nogach. Z ledwością mnie niosły. Wyróżniałam się w tłumie.

Może chwilami miałam jakieś przebłyski: trzeba przestać, bo nie da się zatrzymać tej rozpędzonej masy, każdego kilograma przybywającego z kolejnym tygodniem, miesiącem, rokiem. Patrzyłam czasem na zegar, gdy dzieci były w szkole. Czas mijał nieubłaganie, a życie nie przynosiło żadnego rozwiązania. Samotność kobiety porzuconej, odtrąconej, słabej. Tak o sobie myślałam. A przecież tak się starałam! Dla domu byłam, dla wszystkich, którzy mnie potrzebowali. I zostałam zdradzona. Często przebiegało mi to przez myśl. Zaprzeczałam, to znów płakałam, sięgając po pocieszenie. Jeść, jeść, pić, wszystko, co miało cukier, bąbelki, sól, kwaśność, jedno zagryzałam drugim, mieszałam, nieutulona w żalu po stracie. Czasem jadłam leżąc i pragnąc nigdy nie wstać. Nie obudzić się na kanapie, nie sięgnąć po raz setny do lodówki, której nienawidziłam jak własnego ciała.

Ja zdradzona?

A może sama siebie zdradziłam, nie dbając o siebie? Zszokowało mnie to początkowo. Takie odkrycie, jakby podpowiedź z głowy albo z serca. Kim się stałam? Kto mi to zrobił? Aż łzy przestały płynąć i już więcej pytań sobie nie zadałam. Jedzenie było odpowiedzią na wszystko. Wyłączyłam myślenie. Wtedy nie wykluczałam, że ono mnie zabije. Nie wysoki cukier, nie potężny cholesterol, nie senność. Przecież chciałam zasnąć na zawsze.

W 2008 r. masa mnie przytłaczała już na tyle mocno, że budziłam się co rano i myślałam - jak zniknąć? Nie sądzę, bym czuła się żywa. Zrobiłam wszystko, żeby umrzeć bez miłości, troski, czułości. Nigdy sobie ich nie dałam. Któż mógłby chcieć dać je mnie? Gdybym tylko była senna, co jest objawem cukrzycy, pewnie już bym nie żyła. Zaczęłam odczuwać o wiele gorsze stany. Serce mi waliło, oblewały zimne poty, każdy krok sprawiał trudność. I ten lęk przed śmiercią. Nie pamiętam, kiedy się pojawił. Na pewno on wszystko zmienił. Ludzie myślą, że śmierć przychodzi i jest po wszystkim. A ona przychodzi z zapowiedziami, które najtrudniej znieść. Daje ci udrękę ciała i umysłu. Ból głowy, obsesyjne myśli, wydrąża cię w środku, na zewnątrz zostawiając zwały tłuszczu. Tłuszcz boli, w czaszce i w biodrze, w nerce, wątrobie, przełyku. Dusisz się przy każdym stopniu schodów, które pokonujesz ostatnimi siłami. Prawnik, do którego idziesz załatwić ważną sprawę rodzinną, widzi cię z okna. Drży, czy uda ci się wspiąć na pierwsze piętro. Mówi ci o tym, z troską zauważa: bałem się, że pani spadnie, że osunie się po tych schodach. Ktoś się o mnie bał? Niesłychane! Dlaczego pan się o mnie bał? Zapytałam go wreszcie przy kolejnej wizycie. Jest pani silna, da pani radę - tyle mi powiedział. I tyle wystarczyło. Zrozumiałam, że mówi o zrzuceniu tych kilogramów, które dźwigałam wraz z udręką duszy. I kolejne ciastko, ciasteczko, czekoladka. Słodkość koiła, mdliła, usypiała czujność. Aż idziesz zrobić badania.

Poszłam. Cukier ponad 260, cholesterol 300, nadciśnienie, lęki, spać, spać. Diabetolog nie mówił za dużo. Zapytał tylko: życie czy śmierć?

Wybrałam życie. Jednak nie natychmiast, stopniowo. Powiedział mi, że nie będziemy zmniejszać żołądka. Ludzie to robią niepotrzebnie. Organizm zje tyle, ile się go nauczy. Na początek koniec słodyczy i wstawanie od stołu nienajedzoną. I codziennie chodzić, chodzić i przekraczać zmęczenie.

Aż dojdę do 10 km dziennie

Nie wiem, jak znalazłam siłę. Może patrząc na moje dzieci, które mnie taką widziały? Może obserwując ludzi, od których tak się różniłam? Brzmiały mi w uszach słowa lekarza: wszystko jest w głowie! Nie sięgałam po ciastko, czekoladę, cukier, bo natychmiast przywoływałam te słowa. Pamiętałam. Jak pamiętają ludzie, którzy przeszli piekło wojny. Tyle że to we mnie toczyła się ta wojna. A na zewnątrz był spokój poranków, leśnych ścieżek, które przemierzałam samotnie z nadzieją, że potrafię oprzeć się zabijaniu siebie samej.

Waga zaczęła stopniowo spadać. Jadłam to samo, ale mało: mały schabowy, trzy łyżki bigosu, jedną czwartą bułki, trochę warzyw. Pięć razy dziennie. W 2015 r. ważyłam już 120 kg. Doktor Hałat w Chełmży zdecydował, że osiągnęłam wystarczający wynik, aby pozbyć się wiszącej skóry na brzuchu. Dźwiganie tej skóry było ogromnym bólem. Usunął mi jej 8,5 kg. Nikt poza nim nie chciał tego zrobić. Ani w Bydgoszczy, ani w Toruniu. Nic nie tłumaczyli. Powiedzieli po prostu, że nie. Jakbym dla nich była kimś obrzydliwym, kto sam sobie to zrobił, to niech teraz cierpi. Podczas gdy ja odblokowałam coś z głowy, ten ogromny żal do świata, który pchał mnie do lodówki, świat teraz miał odwrócić się ode mnie?

Nie mogłam na to pozwolić!

Po operacji plastyki brzucha zwiększyłam dystans, chodziłam jeszcze więcej. Teraz codziennie pokonuję 10 km. Nie zważam na pogodę. Życie się rozgrywa właśnie podczas ruchu. Gdy kwitną drzewa, gdy pada śnieg, gdy siąpi deszcz, kiedy widzę po drodze coraz więcej otyłych ludzi, bardzo młodych, gromadzących tłuszcz, który powoli ich zabija. Nie mają jeszcze pojęcia, że będą, tak jak ja, chodzić już całe życie do poradni bólu przewlekłego. Będą kalecy, bo nie uniosą ręki ani nogi, a nawet jak kiedyś wytną im płat skóry po schudnięciu, jak mnie, nigdy już nie wrócą do pracy, bo pozszywane ciało pamięta, co przeszło. Boli każdego dnia.

Psycholog Magdalena Widłak-Langer: - Często osoby o nis- kim poczuciu własnej wartości lub odczuwające, że nie są dla nikogo ważne, podejmują szkodliwe decyzje. To podświadome działanie: „skoro nie jestem ważna, to jakie znaczenie ma mój wygląd, szczęście, zdrowie, a nawet życie”. Zdarza się, że to co dzieje się z ciałem, wynika z próby sabotowania, karania siebie, autoagresji. Dlatego trzeba na człowieka popatrzeć szerzej. Nie tylko na ciało, lecz również na podłoże emocjonalne. Praca w tym obszarze może być, i badania pokazują że jest, w przypadku zaburzeń odżywiania bardzo pomocna. Wiedza na ten temat rośnie, dlatego coraz częściej do współpracy zaprasza się nie dietetyka, a psychodietetyka, mającego szerszą wiedzę o psychice człowieka. Konieczne jest podejście całościowe (holistyczne). Wtedy dajemy człowiekowi szansę na rzeczywiste i efektywne wprowadzanie zmian. Jeżeli chcemy dbać o siebie - o swoje ciało, jego zdrowie i zdrowie psychiczne, potrzebujemy siebie poznać, zrozumieć, przepracować tematy z przeszłości, które nie dają nam spokoju, czasami nauczyć się asertywności, zerwać toksyczne relacje, zmienić szkodliwe nawyki, nauczyć się doceniać siebie, wzmocnić odporność psychiczną.

Irena: - Kiedyś płaciłam za leki 300 zł. Teraz 50. I dziwię się, tak - ja się dziwię, że młodzi nie myślą o tych przerażających rachunkach za leki, cierpieniu, jakie ich czeka. Tylko pochłaniają śmieciowe jedzenie w dzień i w nocy. No widzę przecież, bo chodzę i oglądam świat, na który nie ma się co obrażać. Zamieniłam kilogramy na kilometry, które oddaję światu. Uwierzyłam, że to wszystko spotkało mnie po coś. Trzeba walczyć o siebie, dbać. Chciałabym pracować z takimi jak ja grubasami. Bo żeby się zmienić, trzeba najpierw stanąć w prawdzie o sobie.

Ps. Imię bohaterki zostało zmienione na jej prośbę. Kontakt do niej przez autorkę artykułu.

polecane: Flesz - e-papieros zagraża zdrowiu

Wideo

Materiał oryginalny: Torunianka zrzuciła 170 kg. W drodze do normalnego życia otarła się o śmierć - Gazeta Pomorska

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 11

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

Wielki szacunek dla tej dzielnej Pani .

Ż
Życzliwy
8 września, 8:28, Gość:

Ja ważę ponad 300kg i żyje

Jeszcze, ale już niedługo...

G
Gość

Ja ważę ponad 300kg i żyje

A
Aneta

Brawo i wyrazy szacunku za taką walkę. Mam bliską osobę która nie chce walczyć albo walka trwa chwilowo mam nadzieję, że ten artykuł da jej do myślenia. Jeszcze raz brawo.

G
Gość

Prawo za walkę i wytrwałość.Szacunek.

G
Gość

Gratulacje :-)

G
Gość

Brawo!

G
Gość

Dziękuję za słowa prawdy i mądrość .

S
Sportowiec

Szacunek dla Pani!!

k
konrad

I jak tu wierzyć prasie.Jako znawca kobiecego piękna nigdy nie uwierzę że te śliczności na fotce straciły taką wagę.

G
Gość

Dzisiaj młodzi nie kupią jednego batona a 5.! Gruba osoba w kawiarni niczym się nie przejmuje tylko paladzuje potężne desery! Zero przejmowania się swoim wyglądem! Dzsiaj dziewczyny to kolosy!

Dodaj ogłoszenie