Tomasz Mackiewicz. Człowiek, który pokochał górę Nanga Parbat

Dorota Kowalska
Tomasz Mackiewicz
Tomasz Mackiewicz PP
Czapkins, czyli Tomasz Mackiewicz znany jest z tego, że łatwo nie odpuszcza. W tym roku szczyt Nanga Parbat próbował zdobyć po raz siódmy i prawdopodobnie na nim stanął.

Gdy zaczynaliśmy myśleć o zdobyciu ośmiotysięcznika zimą, to nie mieliśmy zbyt dużego budżetu. Nanga była najbliżej, najbliżej Karakorum Highway. Była najłatwiej dostępnym ośmiotysięcznikiem z tych, na które jeszcze nikt nie wszedł. Dlatego padło na Nangę, a jak już zaczęliśmy to trzeba to skończyć” - tak mówił Mackiewicz w rozmowie z portalem PolskieRadio.pl., przed 2016 rokiem, kiedy Nanga Parbat został zdobyty zimą.

Sam też był wtedy pod szczytem. Tej zimy na Nangę próbowało wejść kilka polskich ekip - „Nanga Stegu Revolution” z Adamem Bieleckim i Jackiem Czechem, wyprawa „Justice for All - Nanga Dream” pod kierownictwem Marka Klonowskiego, w której udział brali Paweł Dunaj, Michał Dzikowski, Paweł Witkowski, Tomasz Kuczyński, Tomasz Dziobkowski, Piotr Tomza, Karim Hayat, Safdar Karim, był także Mackiewicz, który wspinał się z Elisabeth Revol.

Ale na szczycie stanęła międzynarodowa ekipa - Alex Txikon, Muhammad Ali Sadpara i Simone Moro. Tomasz Mackiewicz wdał się w polemikę z Simonem Moro. Nie do końca wierzył, że zdobyli jego Nangę.

„Gdy dysponujesz dobrą dokumentacją i niepodważalnymi dowodami np.: w postaci wideo, wtedy nie ma miejsce na to by, ktoś sprawę podważał. Kiedy Simone twierdził, że wszedł na Lhotse, swoje wątpliwości zgłosił Rysiek Pawłowski, który widział ponoć jak Moro wycofuje się 150m od szczytu. Z tego, co wiem, jest to również niewyjaśniona do końca sprawa, taktyka podobna, zaatakować osobiście oponenta poniżej pasa, z siebie zrobić ofiarę, odwrócić uwagę od faktów, konkretnych wątpliwości, a za chwilę już i tak wszyscy zapomną. Oczywiście, kto był zawiedziony, zazdrosny, zawistny? A kto w wyniku tej konfrontacji stał się poszkodowanym? - tego możecie domyśleć się już sami. Drugą sprawą jest to, że mi właściwie nie tyle chodzi o podważanie wejścia, co o błagania o ujawnienie tajemniczego wideo ze szczytu i dokumentacji zdjęciowej” - pisał na swoim blogu 3 lipca 2016 roku.

CZYTAJ TAKŻE: Marcin Miotk: Himalaiści nie idą w góry, by się zabić. Oni kochają życie

Czapkins oraz zwolennicy jego teorii sugerowali się początkowo odczytami z GPS, które były dla Mackiewicza niepodważalnym dowodem na oszustwo.

Później, kiedy sprawa GPS została sensownie wyjaśniona, pojawiły się także zdjęcia szczytowe, które wydawałoby się, że przekonają niedowiarków. I wielu przekonały, ale nie Mackiewicza.

Ale zaraz po wyprawie, pewnie trochę rozżalony, zapowiedział na Facebooku, że to była jego ostatnia próba zdobycia zimą tej góry.

„To koniec, więcej tu nie przyjadę” - mówił opuszczając bazę pod Nanga Parbat. Inna rzecz, że tej zimy nie szło im z Elisabeth Revol tak, jakby chcieli.

„W tym roku jednak z jakiegoś powodu odmawiano nam pozwolenia na wyjście do bazy przed 22 grudnia, i mimo że robiliśmy wszystko, co w naszej mocy (użyłem wszystkich swoich kontaktów, jednak jakiś argument wyraźnie „silny” mnie przebił) mijały dni, a my byliśmy zmuszeni czekać w hotelu Panorama w Chilas. Szok i niedowierzanie, frustracja nie tylko z powodu czekania, bo czekanie samo w sobie nie jest jakoś bardzo dominujące, ale z powodów kilku innych z goła. Pierwszym z nich był fakt, że walił się nasz plan, strategia, związana też z ograniczoną ilością czasu, którym dysponowała Eli (urlop, powrót do obowiązków zawodowych), a w perspektywie kolejny sezon potencjalnie skazany na porażkę i to z powodu formalności, które były dla mnie czymś niezrozumiałym, nowością i zaskoczeniem. Wszystko wyraźnie wskazywało na to, że jakaś „siła” (niewykluczone, że pieniądza, jak znam realia) sprawiła, że do bazy pozwolono nam wyjść dopiero 22 grudnia, jak gdyby sile tej zależało na tym by, żadne z nas nie pojawiło się w bazie przed rozpoczęciem kalendarzowej zimy” - relacjonował w lipcu na swoim blogu Mackiewcz.
Emocje opadły, marzenie zostało. Wrócił na Nangę tej zimy. Walkę miał we krwi.

W ciągu 15 lat z heroinisty stał się jednym z czołowych polskich wspinaczy. Miał 18 lat, gdy zaczął brać. Szybko staczał się na dno. Uratował go ośrodek dla uzależnionych. Gdy tam trafił nie dawano mu żadnych szans na wyjście z nałogu. W czasie dwóch lat przeszedł całkowitą przemianę.

„Jak zacząłem ćpać, to szybko się zdegradowałem. Prawie codziennie byłem w ciągu. Trwało to trzy lata, potem kolejne cztery spędziłem w ośrodku odwykowym na Mazurach. Przez herę zawaliłem szkołę, maturę zdałem dopiero w ośrodku. Wyszedłem stamtąd chyba w 1998, może 99. I wyszedłem właściwie spełniony, bo przecież wyrwałem się z tego gówna” - mówił Mackiewicz.

Po wyjściu z ośrodka Mackiewicz zamieszkał na Mazurach. Pewnego dnia z niespełna 400 dolarami w kieszeni postanowił wyruszyć stopem do Indii. W czasie podróży poznał doktor Helenę Pys, która prowadziła ośrodek dla trędowatych. Zamieszkał u niej przez pół roku. Pomagał przy opiece nad dziećmi, prowadził zajęcia integracyjne i uczył ich języka angielskiego.

Przygoda Tomka z górami zaczęła się, gdy poznał Marka Klonowskiego. Postanowili wspólnie pojechać na najwyższą górę Kanady, na Mount Logan. Marek Klonowski był już tam wcześniej i potrzebował partnera wspinaczkowego, by ponownie stawić czoła górze. Parę miesięcy później udało im się załatwić wszystkie formalności.

Tomek bardzo szybko zrozumiał, że góry dają mu olbrzymią radość. „Gdy zobaczyłem te przestrzenie, lodowce po horyzont... Jezu, jaki byłem szczęśliwy. A im dalej w góry, tym było lepiej. Okazało się, że człowiek zaczyna odkrywać coś nowego, budzi się w nim jakiś pierwotny instynkt” - mówił o swoich pierwszych górskich doświadczeniach.

CZYTAJ TAKŻE: Marcin Miotk: Himalaiści nie idą w góry, by się zabić. Oni kochają życie

Każdy z himalaistów wyznacza sobie jakieś cele, on wybrał Nanga Parbat, bo była najbliżej, więc wyprawa wychodziła najtaniej. Jako jedyny na świecie cztery razy przekroczył granicę 7000 metrów na tym szczycie zimą.

Ale Mackiewicz znany jest z tego, że łatwo nie się nie poddaje. Jedni mówią: „Facet z pasją”, inni: „Wariat”. Kiedy zaczynał się wspinać w Himalajach, Nanga Parbat i K2 to były jedyne ośmiotysięczniki niezdobyte do tej pory zimą. Szczęścia próbowało już wielu: na Nanga Parbat wchodził Krzysztof Wielicki, Denis Urubko i Simone Moro, światowa czołówka himalaistów. Musieli dać za wygraną, przynajmniej do czasu. Zimą 1976 r. w górę szedł Zbigniew Trzmiel i Krzysztof Pankiewicz, wyprawą kierował wtedy Andrzej Zawada. Do szczytu zabrakło Polakom 300 metrów. Przeżyli tę wspinaczkę cudem, do domu wrócili z groźnymi odmrożeniami.

W 2010 r. na Nangę po raz pierwszy pojechali Tomasz Mackiewicz i Marek Klonowski. Dwóch młodych facetów, o których niewielu wtedy słyszało. Obaj nie należeli do elity alpinistycznego światka, ot, dwóch zapaleńców, którzy pokochali góry.

„Myślałem o Pamirze, Tienszanie. O Piku Pobiedy, o Khan Tengri zimą. Ale Marek mówił, żeby od razu w Himalaje, bo generalnie, co nam szkodzi? Ja myślałem o Gasherbrumach, Broad Peak, bo wtedy jeszcze nie były zdobyte zimą. Później okazało się, że tam jest skomplikowany dojazd, długi treking, trzeba porterów opłacić, żeby przenieśli sprzęt. Nie było nas na to stać. Nanga była najtańsza jeśli chodzi o dojazd” - opowiadał potem Mackiewicz Dominikowi Szczepańskiemu z portalu Sport.pl. Ot, po prostu. Szczepański zapytał: „Dlaczego zima?”. I tym razem odpowiedź była bardzo prozaiczna. „Wszystko wskazywało, że to dobry plan. Pracuję przy masztach. Zimą sezon jest dla mnie martwy. To jedyny moment, kiedy mogę się wyrwać. Pozwolenie w zimie kosztuje trzysta euro za dwie osoby. Dla nas był to szok, bo w lecie płaci się dziesięć tysięcy dolarów. Nie stać nas” - tłumaczył Mackiewicz.
I opowiadał, jak to rok później, bo zimą 2011/2012, też przyjechał w to miejsce, wchodząc na Nange spotkał po drodze Simone’a Moro i Denisa Urubkę. Patrzyli na niego jakoś tak dziwnie. Pewnie myśleli, że jest szaleńcem, który chce popełnić samobójstwo. Tej zimy do zdobycia szczytu było naprawdę blisko. „Spędziłem w norze śnieżnej cztery noce. Później poszedłem do góry. Pobłądziłem, ale w końcu trafiłem na dobrą ścieżkę. Szczyt był na wyciągnięcie ręki, pewnie bym się do niego doczłapał. Ale zgubiłem telefon, ludzie się martwili o mnie. Poza tym nie wiem, czy bym stamtąd wrócił” - opowiadał potem Tomasz Mackiewicz.

I tak doszedł wysoko na 7400 metrów, w każdym razie nikt nie wszedł wyżej od 18 lat. A w tej śnieżnej norze przeżył dzięki trzeźwemu myśleniu. Miał jasno określony plan dnia i nie pozwolił, by śniegu napadało zbyt wiele.

Czapkins to zapaleniec, zaczynał od wspinaczki sportowej i boulderingu. Trochę taki samotny wilkiem, dziwak wśród alpinistów. Bez wielkich funduszy i sponsorów. Wielu patrzyło na niego i kręciło z niedowierzaniem głową. Razem z Klonowskim jeździli na wyprawy za własne pieniądze, sami nosili dziesiątki kilogramów sprzętu, który potem często rozdawali w himalajskich wioskach. Pewnego razu Mackiewicz wysiadł z samolotu na Okęciu w samym t-shircie, bo sprzedał cały sprzęt, by zapłacić za powrót.

W 2014 roku Mackiewicz znowu spotkał się pod Nangą z Simonem Moro. 26 lutego na facebookowej stronie Moro pojawił się taki wpis: „Za półtorej godziny ruszamy. Spróbujemy sprawdzić, czy mamy szczęście i czy jesteśmy w stanie dotrzeć wysoko, może aż do wierzchołka… Zależy to od wielu czynników. To będzie nasza ostatnia próba tej zimy, która prawie już przeminęła. Potem wrócimy do domu gotowi do wielu bliskich już nowych projektów”.

Koniec końców Moro zrezygnował wówczas z ataku szczytowego. Wyprawa „North Face” w składzie Simone Moro, David Göttler i Emilio Previtali zaczęła pakowanie. Zeszli w dół. Moro miał ponoć problemy żołądkowe, wymiotował. Ale włosko-niemiecka wyprawa zostawiła Polakom sporo świetnej żywności, więc humory naszych alpinistów mocno się poprawiły. Mackiewicz chciał siedzieć na Nanga Parbat do 21 marca i czekać na okno pogodowe. Ale kiedy dwaj uczestnicy wyprawy: Paweł Dunaj i Michał Obrycki zostali porwani przez lawinę i poturbowani, zaczęli zwijać obozy.

CZYTAJ TAKŻE: Marcin Miotk: Himalaiści nie idą w góry, by się zabić. Oni kochają życie

Dlaczego nie mógł odpuścić? W 2013 roku Czapkinsowi zadał takie pytanie Dominik Szczepański, Mackiewicz tak mu odpowiedział: „Trzy poprzednie lata pokazały, że potrafimy. Zawsze jest jakieś minimalne ciśnienie. Ale w granicach zdrowego rozsądku. Popatrz, jak mógłbym już teraz oszaleć. Może bym doszedł na ten szczyt, ale mnie nie porwało. To dobry znak”. I tłumaczył, czemu w ogóle się wspina: „Jest w tym wysiłku coś fajnego, w tym oddaleniu. Jakbym na misję leciał. Łapię dystans do tego, co się tu dzieje. W górach mam poczucie działania, walki. Ale to tylko słowa, przyziemne. Uczucia nie da się wyrazić słowami”.

Kiedyś dziennikarze zapytali Simona Moro, czemu wspina się zimą. Bo to często jak balansowanie nad przepaścią. Ogromne ryzyko. „Odpowiem pytaniem i chciałbym, by każdy spróbował na nie odpowiedzieć. Dlaczego kochasz? Nie ma jedynej właściwej odpowiedzi na to pytanie. Często kochamy coś, co inni uważają za niewłaściwe, ale my wciąż to kochamy. Tak samo jest z alpinizmem. Pragnienie poznawania i przygody trudno wytłumaczyć, jest jednak częścią naszego DNA. Jeśli Kolumb nie wierzyłby w możliwość poznania mórz i oceanów, nigdy nie odkryłby Ameryki. Nie możemy oczekiwać, że wszyscy będą siedzieć w domu i robić tylko to, co jest wygodne i racjonalne. Zabilibyśmy człowieka i jego duszę. Uczestniczyłem w 12 wyprawach zimowych, nie tylko na ośmiotysięczniki, i wciąż mam ochotę poznawać. Jeśli moje wyprawy mogłyby kogoś zainspirować do pragnienia poznawania - to znaczy, że nie robię tego na próżno. Ktoś musi poczuć inspirację do zgłębiania medycyny, nauki, technologii, i w ten sposób zmienia świat. Marzenie i sprawianie, że się marzy - daje życie” - tak Moro to widzi. A swoją drogą, pięknie powiedziane.
Polaków wspinanie zimą fascynuje od zawsze, w każdym razie mamy w tej dziedzinie piękną kartę. Na dziesięć spośród 14 ośmiotysięczników zimą jako pierwsi wspięli się właśnie Polacy. Pionierem polskiego himalaizmu zimowego był jeszcze w latach osiemdziesiątych Andrzej Zawada, ten sam, który w 1976 r. kierował wyprawą na Nanga Parbat. Szefem programu Polski Himalaizm Zimowy 2010-2015 został Artur Hajzer, to on tak naprawdę reaktywował ten program.

Minęło pięć lat od pierwszego zimowego wejścia na Broad Peak. Na szczycie stanęła czwórka polskich alpinistów: Adam Bielecki i Artur Małek, Tomasz Kowalski, i nestor polskiego himalaizmu, zakopiańczyk Maciej Berbeka. Sukces przerodził się jednak w dramat, o którym media pisały przez kilka kolejnych tygodni. Himalaiści podczas ataku na szczyt rozdzieli się. Bielecki z Małkiem szczęśliwie zeszli w dół, ale Maciej Berbeka i Tomasz Kowalski zostali, nie zdążyli zejść ze szczytu do bazy przed zapadnięciem zmierzchu. Obaj zginęli na Broad Peak.

Tych, którym się udało, czyli Bieleckiego i Małka, oskarżano o brak empatii, padały stwierdzenia o zerwaniu „partnerstwa liny”. Nie pomógł raport Polskiego Związku Alpinizmu, w którym zarzucono Bieleckiemu rozbicie integralności zespołu i źle oceniono opuszczenie nazajutrz po ataku obozu IV. Ale tak Bieleckiego, jak i Małka bronił m.in. Krzysztof Wielicki czy Aleksander Lwow, redaktor branżowego pisma „Góry i alpinizm”. Wspomniany już wcześniej Denis Urubko bez chwili wahania stwierdził publicznie, że poszedłby w góry z Bieleckim. I poszedł.

Wyprawa na Broak Peak postawiła jednak pod znakiem zapytania przyszłość programu Polskiego Himalaizmu Zimowego. Artur Hajzer, zaraz po tym jak doszło do tragedii, mówił tak o Broad Peak: „To jest polska góra od bardzo dawna, nie tylko za sprawą tych wypraw zimowych. Pierwsza kobieta, która weszła na tę górę, była Polką. Pierwsze wejście w historii na ośmiotysięcznik w ciągu jednego dnia było właśnie na Broad Peak i tego wejścia w 16 godzin dokonał Krzysztof Wielicki. Mamy tam piękną, polską drogę, trawers wszystkich wierzchołków Broad Peak, w pięknym alpejskim stylu, wykonany przez Jurka Kukuczkę i Wojtka Kurtykę. Pierwsza polska wyprawa na ośmiotysięcznik to była w 1975 r. wrocławska wyprawa właśnie na Broad Peak. Polacy dokonali wtedy pierwszego wejścia w historii na środkowy wierzchołek Broad Peak. W czasie zejścia zginęło niestety trzech naszych kolegów. Leżą gdzieś w lodach tej przełęczy, gdzie pozostał też Tomek Kowalski... Mamy mnóstwo wspólnego z Broad Peak i niewątpliwie możemy nazwać go polską górą”.

CZYTAJ TAKŻE: Marcin Miotk: Himalaiści nie idą w góry, by się zabić. Oni kochają życie

Kolejny rok przyniósł więcej ofiar. Podczas trwającej od czerwca 2013 wyprawy na Gaszerbrum I nie kto inny, a Artur Hajzer, wycofując się z obozu III do II, odpadł od jednej ze ścian Kuluaru Japońskiego i spadł około 500 metrów w dół. Towarzyszący himalaiście Marcin Kaczkan widział spadającego Hajzera, odnalazł i zidentyfikował jego ciało.

Pech? Fatum? Na pewno tragiczny zbieg okoliczności. Ale historia polskiego himalaizmu, czy ktoś tego chce, czy nie, musi toczyć się dalej. Nowym szefem projektu „Polski Himalaizm Zimowy 2010-2015” został Janusz Majer, przyjaciel Hajzera i partner w biznesie. „Nie chciałbym, by był to tylko program im. Artura Hajzera, skupiający się wokół organizacji zimowych wypraw na ośmiotysięczniki. Zależy mi na tym, żebyśmy finansowali też małe wyprawy, które będą działać w stylu alpejskim na trudnych technicznie drogach. Na początku na siedmiotysięcznikach. Druga sprawa to wspieranie wypraw kobiecych na ośmiotysięczniki” - mówił podczas debaty na temat przyszłości polskiego himalaizmu zimowego na 11. Krakowskim Festiwalu Górskim.

Tylko po co ryzykować i wspinać się na ośmiotysięczniki zimą? - zapytają niektórzy.

Janusz Onyszkiewicz, polityk, himalaista, tłumaczył to kiedyś w mediach tak: „Zapytano himalaistę George’a Mallory’ego: Dlaczego wchodzisz na Mount Everest? Bo jest, odpowiedział. To wyzwanie surowe i trudne. Jak go nie podjąć? Dlaczego ludzie budują wysokie budynki i wieże? Pcha ich ta sama siła. Wyczynowe wspinanie bywa niebezpieczne i dlatego jest to sport tak elitarny. Ale himalaiści nie są samobójcami, zdają sobie sprawę z niebezpieczeństwa i ze swoich umiejętności. Trzeba po prostu mierzyć siły na zamiary. Przestałem się wspinać wyczynowo, kiedy zaangażowałem się w opozycję, w Solidarność, ale to nigdy ze mnie nie wyszło. Wybieram łatwiejsze trasy, ale wciąż mnie ciągnie. Bo wspinanie jest też jak narkotyk”.

Pewnie tak. Wciąga. I trudno wyjść z tego nałogu. Mackiewicz przez lata spełniał swoje marzenie o Nanga Parbat. I pewnie, gdyby go zapytać: „Dlaczego”, odpowiedziałby, jak to on: „A dlaczego nie?”

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie