Tomasz Królak: Kardynał Wyszyński pokazywał, że można być człowiekiem wolnym w każdych czasach

Roman Laudański
Roman Laudański
Instytut Prymasowski Stefana Kardynała Wyszyńskiego
Wspólna beatyfikacja kardynała Stefana Wyszyńskiego i matki Róży Elżbiety Czackiej, opiekunki niewidomych, to dopełnienie jednej osobowości drugą. To dwa różne, ale niejako uzupełniające, dopełniające się sposoby chrześcijańskiego życia, myślenia o bliźnich - mówi red. Tomasz Królak, wiceprezes Katolickiej Agencji Informacyjnej.

Czym jest beatyfikacja w tradycji Kościoła Katolickiego?
Stwierdzeniem - poprzedzonym wnikliwym procesem - że ta konkretna osoba przeżyła życie zgodnie z chrześcijańskimi cnotami, a więc w duchu: wiary, nadziei, miłości, męstwa, itd. Innymi słowy, że byli heroicznymi świadkami wiary. Beatyfikacja jest przy tym nie tyle „nagrodą” dla tych osób, przecież już nieżyjących, czy też gestem docenienia ich sposobu życia - choć w jakimś sensie to także - ale przede wszystkim ukazaniem ich jako przykładu do naśladowania dla żyjących. Przypomnienie życiorysu tych osób nie służy wzmacnianiu poczucia dumy u współczesnych, tylko ukazywaniu im, że przesłanie życia beatyfikowanych chrześcijan jest aktualne i ważne także dziś. Przypominam o tym, ponieważ prymasowi Wyszyńskiemu grozi zredukowanie jego postaci do pamiątki z czasów komunizmu. Do herosa, który pokonał opresyjną wobec Kościoła władzę. Tymczasem gubi się jego rys uniwersalny, jak najbardziej aktualny w dzisiejszych czasach. Podobne niebezpieczeństwo groziło nam kiedyś w przypadku księdza Jerzego Popiełuszki -zredukowania go do „pamiątki z czasów minionych”. Postaci zasłużonej, ale nieadekwatnej do dzisiejszych czasów. Wspólna beatyfikacja kardynała Stefana Wyszyńskiego i matki Róży Elżbiety Czackiej, opiekunki niewidomych, to dopełnienie jednej osobowości drugą. To dwa różne, ale niejako uzupełniające, dopełniające się sposoby chrześcijańskiego życia, myślenia o bliźnich. W przypadku kardynała Wyszyńskiego jest to wymiar bardziej społeczny, a matki Róży Czackiej - osobowy, egzystencjalny.

Tytuł Prymasa Tysiąclecia dla kardynała Wyszyńskiego jest onieśmielającym hasłem na miarę giganta.
Ale onieśmielać jednak nie powinno, bo przede wszystkim był to chrześcijanin, któremu przyszło żyć w bardzo trudnych czasach. Myślę, że on ani nie chciał być herosem, ani nie marzył o tym, by być postacią pomnikową. Mówił komunistycznej władzy, że są granice jej ingerencji w życie Kościoła. Pokazywał, że można być człowiekiem wolnym w każdych czasach i w każdych okolicznościach. Jako prymas Polski czuł się rzeczywistym reprezentantem całego społeczeństwa, nie tylko tych gorliwie wierzących. Artykułował wobec władzy problemy i oczekiwania, które wynikały z przesłania ewangelicznego, a nie politycznego. Potrafił w 1953 roku powiedzieć władzy: „non possumus”. Nie interesowała go rola ludowego trybuna, przywódcy narodu, to historia sprawiła, że takim się stał. Najbliżsi wspominają, że był zupełnie normalnym, przyjaznym, owszem, znającym znaczenie swojej posługi, ale zwyczajnym i serdecznym człowiekiem. Owa pomnikowość i tytulatura Prymasa Tysiąclecia do niego przylgnęła, jesteśmy wdzięczni za to, jak wypełniał swoją rolę, ale - powtórzę, to był chrześcijanin, któremu przyszło żyć w takich czasach. A jego przesłanie zdecydowanie wychodzi poza sprawy związane z komunizmem. Wystarczy wspomnieć aktualne i dziś jego krótkie opracowanie „ABC społecznej krucjaty miłości”. Podkreśla w nim ogromny szacunek dla drugiego człowieka bez względu na to, w co wierzy. Szanuj każdego człowieka, bo Chrystus w nim żyje - to pierwszy punkt tego „dekalogu”. Swoje rozważania kończy wezwaniem: „Módl się za wszystkich, nawet za nieprzyjaciół”. Te słowa, wynikające z Ewangelii, mają dziś absolutnie rewolucyjną, wręcz wywrotową moc. Albo inna jego wspaniała myśl: „Czas to miłość!”. Są to wszystko słowa na nasze czasy, czasy zrujnowanych i poranionych relacji społecznych, politycznych i podziałów wewnątrz Kościoła.

A jeśli chodzi o matkę Różę Czacką?
Wcześnie straciła wzrok. Zawsze podkreślała miłość do drugiego - bezradnego, chorego człowieka. Powtarzała, że martwi się i modli za ociemniałych na ciele i na duszy. Miała charyzmat, predyspozycje do kontaktów, pamięci i modlitwy za tych, którzy są na pograniczu Kościoła lub się od niego oddalili. Stąd ogromne znaczenie Lasek (do dziś działa tam zakład dla ociemniałych - przyp. red.), do których przyjeżdżali wierzący i niewierzący, a nawet przedstawiciele innych religii, np. Żydzi, którzy chcieli tam podebatować. Na cmentarzu w Laskach pochowana jest matka Czacka, ale również Jerzy Zawieyski, Jan Lechoń, Stefan Swieżawski, Kazimierz Wierzyński i wielu innych związanych z katolicyzmem, któremu, przykłada się łatkę otwartego. Ale nie ma innego katolicyzmu jak ten, który otwarty jest na twórczy dialog z innymi, niekoniecznie podzielającymi nasze poglądy polityczne czy kościelne. Dlatego dopełnieniem beatyfikacji Wyszyńskiego, tego interrexa, Prymasa Tysiąclecia, wielkiej postaci Kościoła w wymiarze społecznym, jest matka Czacka, która martwiła się o najbardziej bezbronnych i życiowo pokrzywdzonych. Także myślących inaczej, których ścieżki są pogubione, którzy oddalili się od Kościoła, czy nie chcą w nim być. Nie była oratorką, ale zawsze przywoływała karty Ewangelii, była wielką humanistką. Prawdziwy chrześcijanin jest zawsze humanistą. Ta wspólna beatyfikacja wiele nam mówi, takie było życzenie papieża Franciszka.

O kardynale Wyszyńskim mówi się, że w tamtych trudnych czasach obronił polski Kościół przed ateizacją.
Potrafił negocjować z władzą komunistyczną. Zarzuca mu się czasami, że porozumienie z 1950 roku poszło nazbyt daleko. W zamian za potępienie wciąż walczących oddziałów partyzanckich oraz uznanie nowej granicy zachodniej, Prymas uzyskał zgodę na naukę religii w szkołach i działalność KUL. Dlaczego podpisał? Bo był przekonany, że podczas wojny Polska utraciła zbyt wiele krwi, by mogła sobie obecnie pozwolić na dalszy jej upływ. To porozumienie oczywiście komuniści zgwałcili, uzurpując sobie prawa do nadawania urzędów kościelnych. Wtedy padły znane słowa Wyszyńskiego: „non possumus”, co skończyło się aresztowaniem i odosobnieniem kardynała. Pamiętajmy, że patrzymy na tamte wydarzenia z perspektywy wolnej Polski. Prymas, kiedy rozmawiał i negocjował z komunistami, był przekonany, że komunizm będzie trwał tu bardzo długo. Przecież sam jego końca nie doczekał. Dlatego chciał, ażeby Kościół trwał i przetrwał, także dla następnych pokoleń. Stąd program Wielkiej Nowenny i jego maryjność, stąd obchody milenijne. Uważał, że zaufanie, zawierzenie polskiego Kościoła Matce Bożej jest rdzeniem i ratunkiem dla każdego chrześcijanina. Kiedy mówimy, że Wyszyński był pomnikową postacią, to przypomnijmy sobie tysiące kilometrów pokonanych nie tylko do katedr, ale po wioskach i wioseczkach, które odwiedzał, spotykając się z ludźmi, bierzmując. Jak Polska długa i szeroka, w każdym jej zakątku spotkamy kogoś, kto osobiście pamięta lub pamięta ojca czy matkę, którzy zetknęli się z kardynałem Wyszyńskim. To nie był niedostępny hierarcha, można go było spotkać niemalże pod każdą przysłowiową strzechą.

Jako ksiądz Stefan Wyszyński związany był głównie z Warszawą, ale był też wikariuszem i proboszczem we Włocławku.
Historycy, którzy badali biografię kardynała Stefana Wyszyńskiego, skrupulatnie podliczyli wszystkie funkcje, jakie pełnił po wojnie, i wyszło im, że dziś pełni je jedenastu biskupów! Przecież był także zaangażowany w redagowanie pism propagujących katolicką naukę społeczną, której był specjalistą.

Dlatego znalazł się w najnowszym „Słowniku dziennikarzy i publicystów Pomorza i Kujaw (1808-2021)”.
Natomiast nigdy nie czuł się i nie był politykiem. Był chrześcijaninem. Jego kapelan, Bronisław Piasecki, powiedział, że od Wyszyńskiego nauczył się odprawiania mszy świętej. Dla niego, zwykłego księdza, widok skupienia, z jakim Wyszyński to robił, było nauką pokory i rozumienia chrześcijańskiego życia. Wspominał wielką duchowość prymasa. Dlatego, powtarzam, Wyszyński był zwykłym księdzem, któremu w historii przypadła taka, a nie inna rola. Ważne, żebyśmy tak na niego patrzyli, jako na człowieka, który - gdyby nie było komunizmu - swój heroizm realizowałby prawdopodobnie w inny sposób, bo to był człowiek bardzo głębokiej wiary. Stefan Wyszyński nie urodził się jako przyszły prymas Polski, który miał poskramiać komunistów.

Pojawiają się również wobec niego zarzuty, że skierował polski Kościół w ludową, a nie pogłębioną intelektualnie stronę.
Rozmawiamy w wolnej Polsce, możemy dywagować, oceniać, co działo się kilkadziesiąt lat temu w zupełnie innych warunkach społeczno-politycznych. Wówczas myślano, że komunizm potrwa bardzo długo, nie widziano jego końca. Kwestia przechowania substancji wierzącej, bliskiej Kościołowi instytucjonalnemu, była czymś bardzo ważnym. Owszem, różnego rodzaju formy tradycyjnej pobożności ludowej, pielgrzymki czy nowenny, były przez prymasa hołubione, natomiast w swoich kazaniach wcale nie popierał niepogłębionego katolicyzmu ludowego. Jako uczestnik Soboru Watykańskiego II wiedział, że ma prawdopodobnie nieco odmienną wizję od Karola Wojtyły, który bardziej podnosił kwestie intelektualne. Wyszyński stawiał na całość wspólnot wiernych, Wojtyła częściej rozmawiał z intelektualistami. Dopełniali się, żeby ludzie czuli, że w Kościele są przygarniani, że Kościół rozumie wszystkich. Znane są napięcia Wyszyńskiego ze środowiskiem „Tygodnika Powszechnego” i „Więzi”, ale czy gdyby prymas był zainteresowany tylko katolicyzmem intelektualnym, to Kościół w Polsce byłby w tym samym miejscu, czy też może w innym? Tak czy inaczej, dla bardzo wielu osób, intelektualistów i zwykłych wierzących, w czasach komuny prymas Wyszyński stanowił ostoję. Nawet, jeśli nie we wszystkim się z nim zgadzali. Nikt nie miał wątpliwości, że to człowiek o głębokiej duchowości, któremu zależało na losach i przyszłości Kościoła. Dziś możemy dyskutować, czy jego podejście, decyzje były słuszne czy nie.

Zapytam jeszcze o relacje prymasa Wyszyńskiego z Janem Pawłem II. Na dziedzińcu Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego stoi pomnik przedstawiający uścisk, kiedy to papież pochyla się, wręcz dźwiga przyklękającego przed nim prymasa. Jako że pomnik stoi naprzeciw dawnej stołówki, żartowano, że kardynał mówi do papieża: „a na obiad znowu mielone, Ojcze Święty”…
(śmiech) Rzeczywiście pomnik stoi przed byłą stołówką, ale to anegdota. Z zachowanych dokumentów wynika, że próbowano skłócić Wyszyńskiego i Wojtyłę. Powszechnie dostrzegano bardziej intelektualne predyspozycje Wojtyły i podejście do masowego katolicyzmu Wyszyńskiego. Odnoszę wrażenie, że to trochę jak z obecną, dopełniającą się beatyfikacją Wyszyńskiego i Czackiej. Nigdy nikomu nie udało się ich skłócić. Po wyborze Jan Paweł II powiedział, że nie byłoby papieża Polaka, gdyby nie prymas Wyszyński. To nie było czcze gadanie, z czegoś to wynika.

Prymas Wyszyński i matka Czacka są bohaterami naszych czasów? W tej, jakże trudnej dla Kościoła sytuacji, przemówią do dzisiejszych Polaków?
To kluczowe pytanie, istota beatyfikacji. Niezależnie od tego, że celem beatyfikacji jest pokazanie współczesności tych osób i podanie ich jako trop do naśladowania, to jest w nich ogromny, uniwersalny potencjał wcale nie związany z ich czasami, tylko mówiący o przeżywaniu chrześcijaństwa, o drodze duchowej, o radości, jaką daje Ewangelia. Widać to u Wyszyńskiego w „ABC społecznej krucjaty miłości”. To kluczowa pozycja, także dla polityków, którzy lubią posługiwać się prymasem Wyszyńskim, ogłaszając rok prymasa Wyszyńskiego. Niechże przeczytają „ABC”! Gdyby je przeczytali, gdyby słuchali prymasa i wprowadzali w życie jego słowa, to Polska wyglądałaby zupełnie inaczej. Wiem, że to nie jest proste. Mieliśmy tylu świętych, przy każdym z nich moglibyśmy powiedzieć: gdyby politycy ich słuchali… Jasne, powiedzmy zatem: gdyby każdy z nas słuchał! Tylko łatwiej przyjmować coś przez aklamację, jak ustanowienie roku Wyszyńskiego, niż realizować to, co głosił. Politycy wolą mówić, że prymas był wielkim bohaterem, ponieważ obalił komunizm. Boję się narracji, która sprowadzi Wyszyńskiego do bojownika w bieżącej narracji politycznej. Również u matki Czackiej jest przeogromny potencjał mówiący o szacunku, o miłości dla każdego człowieka niezależnie od jego wiary lub jej braku. O czynieniu świadectwa czynami, a nie pustymi gestami. Nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, czy my coś z tym zrobimy. Natomiast dostajemy konkretny i przejrzysty program. Od nas, publicystów katolickich, zależy, żeby to dotarło do ludzi. Powinniśmy czytać wspaniałe, programowe teksty Marii Czackiej i Stefana Wyszyńskiego. Oni mówią nam, jak żyć na co dzień, tak zwyczajnie. Nie ma tam wielkich kazań patriotycznych Prymasa Tysiąclecia czy matki Czackiej, a program normalnego życia. Jak zachowywać się przyzwoicie i po chrześcijańsku. Byłoby dobrze, gdyby Kościół, który obecnie znajduje się na wirażu, i każdy z nas, niezależnie od tego, jaką w Kościele pełni funkcję lub czy w ogóle w nim jest, zapoznał się i zaprzyjaźnił z tymi uniwersalnymi tekstami i autorami. To nie są pamiątki z przeszłości, a wskazówki, jak rozwiązywać problemy w obecnej Polsce. Wyszyński i Czacka to chrześcijanie z prawdziwego zdarzenia, a chrześcijaństwo, nawet realizowane 30, 50, 100 czy 300 lat temu, jeśli było realizowane pięknie i prawdziwie, może stanowić przykład dla współczesnych. W czasach zmieniających się technologii ich słowa stanowią fundament, rdzeń. Jest z czego czerpać.

Kryzys klimatyczny, kryzys demograficzny?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie