To się nie mogło zdarzyć

Witold Głowacki
Witold Głowacki
Witold Głowacki Fot. Polskapresse
Mija właśnie piętnaście lat od początku powodzi stulecia, która w lipcu 1997 nawiedziła pół Polski. Mieszkańcy Kłodzka, Opola czy Wrocławia pamiętają to pewnie tak, jakby zdarzyło się wczoraj. Ci z nas, którzy mieszkają z dala od Odry i Nysy zapewne trochę bardziej jak przez mgłę.

A jednak podejrzewam, że powódź z roku ’97 mocno utkwiła w naszej zbiorowej świadomości. Chyba nawet nie przez liczbę ofiar - zginęło aż 56 osób, ani nie przez bilans zniszczeń - wycenianych na 3,5 mld złotych. Tym bardziej też nie przez słynne - i do dziś przejaskrawianą wypowiedź Włodzimierza Cimoszewicza o tym, że warto się ubezpieczać - nawiasem mówiąc naprawdę warto, podobnie jak nie warto budować się na terenach zagrożonych powodzią.

Jest chyba coś innego, co sprawia, że choćby z mojej warszawskiej perspektywy - przerwanej wtedy tylko na jakiś tydzień udziałem w akcji uprzątania jednego z miast południa - tamta powódź była czymś zdecydowanie odmiennym od innych tragicznych w skutkach zdarzeń.

Bo katastrofy - również te najbardziej potworne - zdarzały się w Polsce i będą zdarzać. Zwykle jednak mają określony splot przyczyn i mieszczą się w granicach naszej wyobraźni. Jeśli nie byliśmy ich uczestnikami, świadkami ani ofiarami, zwykle stosunkowo szybko radzimy sobie z szokiem wywołanych ich obrazami i bilansem. Zwykle dowiadujemy się też, kto zawinił, co poszło nie tak, gdzie złamano procedury bezpieczeństwa.

Zwykle, ale jednak nie zawsze. Bo tamta powódź była zjawiskiem dotąd niewyobrażalnym, przekraczającym skalę naszego dotychczasowego pojmowania naturalnego kataklizmu, przygotowań i możliwości państwa. Pierwszym takim w wolnej Polsce - co jeszcze powiększa tę traumę. To był moment, w którym okazało się, że mogą zdarzyć się rzeczy, którym po prostu nie da się zaradzić.

Rzecz jasna, mieliśmy liczne zaniedbania w budowie i konserwacji zabezpieczeń przeciwpowodziowych, być może błędne były niektóre decyzje zarządców zbiorników retencyjnych. To wszystko jednak nie zmienia faktu, że skala tej powodzi oznaczała, że jest ona nie do powstrzymania. Tysiące strażaków, żołnierzy, policjantów i dziesiątki tysięcy zwykłych ludzi układało worki z piaskiem na wałach, po to, by najwyżej złagodzić jej skutki. I czekało na komunikaty, gdzie właśnie przechodzi fala, jaka jest jej wysokość, jakie są zniszczenia - dokonane i spodziewane. Bo tego nie dało się poskromić. Mobilizacja służb i społeczeństwa była maksymalna, niejeden strażak i szary Kowalski został wtedy autentycznym bohaterem, wcale nienajgorzej było z zarządzaniem kryzysowym. Z pewnością dzięki temu uniknęliśmy kolejnych ofiar i jeszcze większych strat. Ale swoje musieliśmy oddać.

A potem zaczęliśmy żyć, ze świadomością, że niewyobrażalne i niemożliwe może jednak się zdarzyć. Cztery lata później za sprawą zamachu na WTC globalną lekcję tego rodzaju dostał cały zachodni świat.

Rzeczy, które nie mogą się zdarzyć, czasem się jednak zdarzają. W Polsce też. Z oczywistych przyczyn przykładów nie będę dalej wymieniał. Kwestia w tym, czy potrafimy żyć ze świadomością, że czasem wystarczy jedna chwila, by nasz dotychczasowy świat przestał istnieć, czy raczej wybierzemy ucieczkę - albo w kierunku szaleńczych uzasadnień, albo w syte samozadowolenie.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie