To jest jak zaraza. Dotyka nie tylko tych, którzy jeżdżą na wojnę

  • Polska

Anita Czupryn

Depresja, nałogi, rozbite rodziny. Nagminnie samobójstwa. Prawda o ofiarach syndromu PTSD rzadko wychodzi na światło dzienne. Najczęściej wtedy, gdy jakiś przypadek nagłośnią media

Weteran wielu misji, świadek i nierzadko uczestnik zbrojnych konfliktów, po zakończeniu służby w wojsku wybrał się raz z żoną, dziećmi i przyjaciółmi na kolację do restauracji. Tam nastąpił u niego atak PTSD. - Czym to się objawiło? - pytam. Nie pamięta szczegółów. A może nie chce pamiętać. Tego, jak wpadł w szał na ulicy. - Rozsadziło mnie od środka - odpowiedział. W klinice spędził kilka miesięcy. Wyszedł i znów przydarzył się atak. Potem kolejny i kolejny.

Wiele razy media, ale też różne stowarzyszenia, zajmujące się rannymi i poszkodowanymi na misjach poza granicami kraju, nagłaśniały problem PTSD również przez brak monitoringu żołnierzy. Pisano o ludziach powracających z wojny, którzy często zostawiani byli sami sobie.

Kilka lat temu głośno było o przypadku mężczyzny, którego znaleziono w rozwalającej się chałupie w Tatrach. Nazwano go „człowiekiem z szałasu”, czy też „człowiekiem z gór”, bo początkowo nie można było dojść, kim jest. Przy sobie miał jedynie nóż, jakiego używają specjalsi, różaniec i zapalniczkę. Wyziębiony, z odmrożeniami. Okazało się, że to weteran wojskowy, po misjach w Libanie i Iraku. Po roku leczenia na PTSD zmarł. Jak mówili wtedy lekarze, był też chory na raka.

Ale PTSD nie dotyczy przecież tylko żołnierzy. Jest jak zaraza. Cierpią na nią dziennikarze - korespondenci wojenni, cierpią ich rodziny. Nie zawsze się do tego przyznają. Nie wszyscy się leczą.

Szczerze i otwarcie o chorobie i prywatnym „locie nad kukułczym gniazdem” opowiedziała Grażyna Jagielska, żona korespondenta wojennego Wojciecha Jagielskiego. Pół roku spędziła w szpitalu psychiatrycznym. Swoje życie z paraliżującym lękiem o męża, strachem przed jego śmiercią opisała w książce „Miłość z kamienia. Życie z korespondentem wojennym”. Potem - o pobycie w klinice i dochodzeniu do zdrowia - napisała kolejną, znów niezwykle intymną i szczerą książkę: „Anioły jedzą trzy razy dziennie. 147 dni w psychiatryku”.

Krzysztof Miller również przez książkę „13 wojen i jedna” zdecydował się opowiedział całą prawdę o pracy fotoreportera wojennego. Jak mówił, nie była to terapia. Za to bez ogródek przyznał, że po tym, co przeżył na wielu wojnach, nie potrafił się już odnaleźć w normalnym świecie. Nie potrafił poradzić sobie z najprostszymi życiowymi sytuacjami. To była jego prywatna, czternasta wojna, jaką ze sobą staczał.

- Strach przed wyjściem z domu, przed ludźmi, przed codziennymi, naturalnymi czynnościami. Z jednej strony - nie wiem, czy nie mam po prostu klasycznej depresji. PTSD brzmi dumnie, i to, że leżałem pół roku w klinice stresu bojowego. Nie wiem, czy miałem PTSD, bo nie byłem żołnierzem, nie brałem udziału w boju, tylko widziałem to z bardzo bliska - mówił w tamtym czasie. W książce „Korespondenci.Pl” autorstwa Doroty Kowalskiej i Wojciecha Rogacina opowiedział, jak to się stało, że trafił do Kliniki Psychiatrii i Stresu Bojowego, na Szaserów w Warszawie.

- Najpierw spowolniło się tempo pracy, potem miałem jakieś problemy rodzinne, domowe i tak to się wszystko skumulowało. Wreszcie wybuchło. Znajomi postanowili zaprowadzić mnie do doktora pułkownika Radosława Tworusa, który natychmiast mnie przyjął. I byłem tam przez pół roku.

Ale i wtedy utrzymywał, że nie wie, co mu było. - To mogła być absolutnie klasyczna depresja dopadającego każdego bardziej wrażliwego bankowca czy urzędnika, czy jeszcze innego cywila - podkreślał.

W wywiadzie dla „Polski” Krzysztof Miller wspominał, jak kilka lat wcześniej mówił dziennikarzom, że czuje się dobrze, że wszystko jest OK. - A wszystkie historie odkładały się w mojej głowie. Pamiętaj też, że to się nałożyło u mnie na kryzys życia rodzinnego. Więc jebnęło mnie w głowę z podwójną siłą i zacząłem po prostu źle funkcjonować - mówił.

U Millera zaczęło się od snów. To w snach powracały obrazy: wojna, przemoc, strach i znikąd pomocy.

- Nigdy nie ginąłem, ale cierpiałem męczarnie. Siedziałem skulony w okopach w Czeczenii, zasypywany piaskiem, który wdzierał mi się do ust. Tak się nam przydarzyło w 1999 r. Ktoś przystawiał mi lufę pistoletu do potylicy, jak w Bośni, albo lufę karabinu maszynowego do czoła, jak w Kambodży. Potem pojawiła się bezsenność. Najpierw napadała mnie nieregularnie, z czasem nie mogłem już spać permanentnie. Raz nie mogłem zasnąć ze strachu przed tym, co przyjdzie do mnie wraz ze snem. Kiedy indziej budziłem się w środku nocy, mając w głowie gonitwę myśli przelatujących tysiącami na minutę. Zaczynałem dzień wyczerpany, rozdrażniony, żyłem w ciągłym napięciu - opowiadał w wywiadach.

Wielu wtedy, aby sobie jakoś radzić, sięga po kieliszek. - Alkohol pomaga - przyznają moi rozmówcy. - Na pewno zioło, na pewno „plastelina” czyli haszysz. Ale to działanie doraźne. Ja po prostu lubię sobie czasami zajarać - mówił z kolei Miller w rozmowie z Dorotą Kowalską i Wojciechem Rogacinem.

Używki powodują, że puszcza stres, schodzi ciśnienie, można zasnąć, choć na chwilę. Ale sprawiają też, że człowiek robi się bardziej drażliwy, nerwowy. Coraz częściej wybucha, reaguje niewspółmiernie do okoliczności. Zwraca się przeciwko najbliższym. Rodzą się konflikty, awantury. Rozpadają się rodziny.

- Masz poczucie, że to jest jazda tylko w jednym kierunku - w dół. Pojawiają się myśli o samobójstwie, oczywiście, że się pojawiają. Zwłaszcza, jeśli masz w domu broń, prawda? - wzrusza ramionami jeden z moich rozmówców. Były żołnierz. Od trzech lat pod opieką kliniki stresu bojowego. Jest na lekach. - Gdyby nie one, pewnie by mnie już nie było. No, i gdyby nie żona - dodaje. Oczywiście, że byli o krok od rozwodu. Kiedy stał się niemożliwy do życia, zabrała dzieci, wyjechała do rodziców. Przyjaciele zawieźli go na leczenie. Żona wróciła.

Na mocne przeżycia nakłada się stres związany z pracą, albo z jej utratą. - Zresztą, jest całe mnóstwo spraw. Życie jest opresyjne: śmierć kogoś z rodziny, choroba dziecka, brak pieniędzy - wymienia mój rozmówca.

Od 2003 r., czyli od momentu, kiedy nasi żołnierze pojechali do Iraku, przez misję przewinęło się 45 tys. polskich żołnierzy. - Od początku naszego zaangażowania w misje, to jest od lat 50., na misjach było ponad 90 tys. naszych żołnierzy - opowiadał mi raz Marek Pietrzak z Dowództwa Operacyjnego Sił Zbrojnych (DOSZ). W Iraku służyło ok 16 tys. żołnierzy, a w Afganistanie ponad 25 tys. Do tego dochodzi udział w innych misjach, jak: Kosowo, Czad, Bośnia i Hercegowina, państwa bałtyckie.

Ale i te dane nie są do końca precyzyjne, bo statystyki po części dotyczą tych samych ludzi, którzy na misje jeździli po kilka razy. A w tej chwili dużej części tych ludzi już w wojsku nie ma. Często, odchodząc, nie mają praw emerytalnych.

Statystyki podają też, że w Polsce PTSD dotyka od 7 do 10 procent żołnierzy. Jak mówił mi Krzysztof Przepiórka, były oficer jednostki specjalnej GROM, nasza armia tak naprawdę zetknęła się z PTSD dopiero w czasie misji w Iraku, potem w Afganistanie. - Zaczęliśmy obserwować, że zespół stresu bojowego staje się wielkim problemem. Dla przykładu - wojska amerykańskie w samej okupacji Iraku straciły około 6 tysięcy ludzi. Natomiast po powrocie do kraju, samobójstwa popełniło już około 20 tysięcy weteranów. Skala problemu jest więc naprawdę duża. Przez misje w Iraku i Afganistanie przeszło około 60 tysięcy polskich żołnierzy. Jeśli armia liczy 100 tysięcy żołnierzy, to jest o czym mówić, prawda? - mówił w rozmowie z „Polską” Krzysztof Przepiórka. Rozmawialiśmy przy okazji akcji „22 pushups for 22 Kill challenge” - czyli 22 pompki, jakie w ramach jedności i wsparcia z weteranami i żołnierzami cierpiącymi na PTSD wykonują ich koledzy żołnierze, ale nie tylko, bo też i cywile. Akcja przyszła do Polski ze Stanów Zjednoczonych. Autorem pomysłu jest amerykański żołnierz Don Nyguen, zaalarmowany raportem, z którego wynika, że w latach 1999-2010 średnio co godzinę samobójstwo popełniał żołnierz po misjach w Iraku czy Afganistanie. Akcja z jednej strony pokazuje, że cierpiący na PTSD nie są sami. Z drugiej - uświadamia jak groźne są jej skutki. Nieleczona prowadzi do śmierci.

Specjaliści, zajmujący się zespołem stresu bojowego zdają sobie jednak sprawę i z tego, że statystyki pokazują tylko wycinek rzeczywistości.

W Ameryce opieka psychologiczna żołnierzy i to tych najtwardszych z twardych, uczestników wojen i misji, trwa przez 30 lat po misji w Afganistanie. Gdy w 2013 roku, tuż przed zakończeniem naszej misji w Afganistanie rozmawiałam o tym z ówczesnym rzecznikiem MON Jarosławem Rybakiem, wieszczył:

- U nas decydenci wychodzą z założenia, że jak skończą się misje, skończą się też problemy. Nie biorą pod uwagę tego, że właśnie wtedy PTSD rozleje się po Polsce.

Może łatwiej jest rozpoznać i zdiagnozować, nawet w niepełnym wymiarze, skalę PTSD wśród żołnierzy, ale co z cywilami? Z dziennikarzami, fotoreporterami. Z badań wiadomo, że na PTSD może chorować od 4,3 do 28 proc. dziennikarzy, którzy wciąż przecież jeżdżą w strefy światowych konfliktów. Choć prawdą jest, że coraz rzadziej. Kiedy rozmawiałam raz o tym z korespondentem wojennym Wojciechem Grzędzińskim, mówił, że poważnie zastanawiał się nad tym, aby jechać do Syrii. Na wojnę.

- Doszedłem do wniosku, że nie stać mnie na taki wyjazd, znając polskie redakcje i nasz rynek medialny. Kiedy przywiozłem materiał z Afganistanu, który otrzymał pierwszą nagrodę Grand Press Foto, w redakcjach usłyszałem: „No, naprawdę fajne zdjęcia, ale Afganistan nas nie interesuje”. Nie interesuje to, że są tam prawie dwa tysiące polskich żołnierzy. To jest problem dziennikarzy, którzy są na wojnie i obiecują tam ludziom, że będą ich oczami i uszami, będą mówić o tym, co oni widzą i słyszą, i przekażą to dalej, tymczasem może się okazać, że złożą obietnice, których nie będą mogli dotrzymać. Źle się z tym czuję. Jeśli nie mam możliwości opowiedzenia historii tych ludzi, przez zdjęcia, to po co miałbym tam jechać? Dla zaspokojenia swoich ambicji?

Grzędziński opowiadał mi, jak trudne dla niego było to, z czym się mierzył na wojnach - z niewyobrażalną ludzką tragedią. Mówił, że to inny wymiar myślenia o człowieku. Bo dla nas, tutaj, w wygodnej rzeczywistości problemem jest, czy w tym roku spędzę wakacje w Polsce, czy wyjadę do Egiptu, a na wojnie problemem jest to, że ludzie nie mają nic, a zupa z pokrzyw jest jedynym przysmakiem, jaki uda się zjeść. - I z tym się trzeba zmierzyć - w ciągu 24 godzin po locie czterema samolotami, z kawką na lotnisku, piwkiem, szerokim menu do wyboru, trafiam do Sudanu, gdzie spotykam ludzi, którzy mają na sobie t-shirt i to jest wszystko, co mają, a dziecko bawi się zabawką zrobioną z puszki, jaka została po pomocy humanitarnej. Tak, przy mnie umierali ludzie. Fotografowałem skutki śmierci, fotografowałem ciała, które się rozkładały, z których wychodziły robaki, fotografowałem bardzo dużo okropieństw. Mówię o tym, żeby unaocznić, że wojna to nie jest amerykański film, gdzie ginie się bohaterską śmiercią. Wojna to smród, przerażenie w oczach człowieka, który umiera, rozpacz tych, którzy stracili bliskich, esencja bólu. Trudno mi znaleźć słowa na opisanie tego.

Wojciech Grzędziński przyznał, że ciężko odchorował Irak mimo tego że było to miejsce, w którym, jak uważa zrobił najgorsze zdjęcia. - Ale był to niebezpieczny czas, codziennie dwa-trzy ostrzały, głównie w nocy. Nie wiadomo było, czy trafią w mój kontener, czy jednak mi się uda, czy jak wyjadę na patrol, to będzie zasadzka, czy tylko będą strzelać, to było jak w lotto: bęben maszyny losującej jest pusty, następuje zwolnienie blokady i… wylosujemy, czy nie wylosujemy? Najgorsza dla mnie była świadomość nieustannego zagrożenia. Nie chcę o tym mówić, mam to za sobą - stwierdził.

Ale w tych słowach zawiera się jedna z przyczyn tego, że syndrom stresu bojowego, zwłaszcza u cywili to wciąż terra incognita - teren nie zbadany. Większość z nas sama się z tym mierzy. Z osobistą, wewnętrzną wojną.

Wideo

polecane: MiauCzat: Wiktoria Gąsiewska o miłości do Adama! Kiedy ślub?

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Więcej na temat:

Komentarze

Liczba znaków do wpisania:  4000/4000

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

09.02.2017, 21:39

PTSD dotyka nie tylko tych, którzy jeżdżą na wojnę, dlaczego więc w artykule brak odniesienia do chorych nie związanych z wojną?

17.09.2016, 21:00

Moj Boze, jakie to dzis wszystko wrazliwe, z nerwami na wierzchu. Zapytaj ludzi ktorym udalo sie przetrwac Oswiecim czy cierpieli na PTSD. Co taki miller powiedzialby po spedzeniu kilku lat w Dachau, Mauthausen czy wlasnie Oswiecimiu? czasem po eksperymentach medycznych niemieckich psychopatow. Moja babcia po bombardowaniach spedzila z innymi kobietami i ich malymi dziecmi (jedno urodzilo sie w czerwcu '39) kilka lat w dziurach wykopanych w ziemii. taki miller mial ubrania, telefon sat., i inne rozne cuda. Coz, zolnierze niestety nie maja wyboru. maja wladze. nie wpyerdalac sie w nieswoje konflikty. Dziwia mnie w kazdym razie takie filozofie dorabiane czasem na przyklad do alkoholizmu albo zwyklej slabosci charakteru. Dziadek w ostatnich tygodniach wojny nie jadl przez 9 dni! Jak cos w koncu dostali to 2. zmarlo bo nie mogli poprzestac na niewielkiej porcji czegos co dostali. Dziadek cale zycie byl bardzo pozytywnym, pogodnym czlowiekiem cieszacym sie ze po 4 latach w niemieckim obozie zyl i ze jego rodzina (czesciowo) przezyla. I jeszcze jedno, co mialy powiedziec matki porozrywanych przez powojenne miny dzieci?

17.09.2016, 13:50

To jest wątek dotyczący artykułu To jest jak zaraza. Dotyka nie tylko tych, którzy jeżdżą na wojnę

17.09.2016, 13:23

Najlepiej byłoby być żołnierzem i nie jeździć na żadne wojny. Wojny za bardzo stresują i można zginąć. Tylko dlaczego wybrałeś taki zawód? Dlaczego zostałeś żołnierzem? Skorą trzęsą ci się ręce na widok wroga, to po co sobie zawracałeś głowę?

Jeśli uważasz, że któryś z komentarzy łamie regulamin, to wyślij nam link do tego artykułu na pomoc@naszemiasto.pl

Wybrane dla Ciebie

Powiązane

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3