To była najgorsza kampania od lat [KOMENTARZ]

Witold Głowacki
Witold Głowacki
Witold Głowacki, publicysta "Polski"
Witold Głowacki, publicysta "Polski" Bartek Syta
Nie było żadnych ważnych propozycji ani obietnic, nie było realnego sporu o Polskę. W wykonaniu PiS i PO ta kampania była wyjątkowo wręcz jałowa i nijaka. Gdyby nie temperatura politycznego sporu w Polsce, najsilniejsi sondażowo kandydaci nie zachęciliby do głosowania niemal nikogo. Było tak źle, że czas zadać sobie na poważnie pytanie, czy powszechne wybory prezydenta są nam w ogóle do czegokolwiek potrzebne - pisze Witold Głowacki, publicysta "Polski".

Jest jedna rzecz, co do której - jestem niemal przekonany - po cichu zgodzilibyśmy się prawie wszyscy - niezależnie od tego, co na co dzień na temat swych preferencji wyborczych głosimy przy rodzinnych stołach, po Twitterach i Facebookach czy w rozmowach ze znajomymi z pracy. Otóż, mili państwo, ta kampania była naprawdę beznadziejna. Słaba, pozbawiona pomysłów i treści, pełna chwytów, które znamy już od lat, zgranych, spranych i nudnych - rozpaczliwie, przerażająco nudnych. Główni kandydaci nie porywali do ostatniego dnia. Nawet w telewizyjnych debatach show kradli im kandydaci z politycznego planktonu bez szans na choćby jednoprocentowy wynik. Ba, kandydaci z czołówki nawet nie próbowali ścigać się na programy - tak jakby już z góry pogodzili się z myślą o rzeczywistej roli prezydenta w polskim ustroju. I tak, jakby cała kampania była dla nich tylko jakimś przydługim, wyczerpującym rytuałem, z którym trzeba się przemęczyć aż do dnia wyborów.

Jeśli już natomiast coś w tej kampanii naprawdę poruszało - to były to rzeczy, których nie będziemy dobrze wspominać - parcie PiS do koronawyborów bez względu na potencjalne skutki dla zdrowia wyborców, propagandowe materiały jak ze Związku Radzieckiego czy Korei Północnej w rządowych mediach, telewizyjne debaty całkowicie ustawione pod kandydata rządzącego obozu, czy wreszcie ta pełna nienawiści i zarazem absurdalnie oderwana od tu i teraz nagonka na środowiska LGBT uruchomiona w ostatnich tygodniach przez sztab urzędującego prezydenta. Tak, to wszystko były rzeczy dość obrzydliwe - ale przecież nie ciekawe. Tym razem naprawdę wyjątkowo fałszywie brzmi ta wytarta fraza, że polskie wybory prezydenta to trochę taki polityczny konkurs piękności. O wiele prędzej należałoby je określić jako kiepski, za to zdecydowanie za długi serial.

To paradoks - bo przecież polityczna stawka tych wyborów jest naprawdę wysoka. W wypadku, gdyby Andrzej Duda miał przegrać, PiS ostatecznie pożegnałby się z pełnią władzy. Sama krucha większość w Sejmie bez Senatu i prezydenta to już żadna tam hegemonia - PiS postawiony w takiej sytuacji byłby już tylko cieniem samego siebie z ostatnich pięciu lat, partią wciąż rządzącą, ale pozbawioną realnych szans na przeprowadzanie bez akceptacji opozycji jakichkolwiek dalszych głębszych zmian w państwie. Wygrana Dudy to z kolei dla PiS gwarancja dotychczasowego komfortu w sprawowaniu władzy i zmienianiu prawa przynajmniej do końca kadencji parlamentu. Jakby nie patrzeć, to całkiem sporo.

Z punktu widzenia Platformy te wybory to natomiast realna szansa na ostateczne odwrócenie pięcioletniego trendu - po ewentualnej wygranej PO mogłaby przecież całkowicie poważnie myśleć o powrocie do władzy. Byłoby się więc o co starać.
Dramatyczne okazały się wreszcie także okoliczności zewnętrzne - pandemia koronawirusa to zdarzenie czy proces o wymiarze wręcz historycznym. Czy tego chcemy, czy nie, zmieni ona świat, jaki dotąd znaliśmy i będzie miała przemożny wpływ również na politykę.

A mimo tego wszystkiego kampania była uderzająco nijaka, a jej dramatyzm niemal żaden.

Co w tej kampanii w ogóle było interesującego?

Na samym początku oczywiście start Szymona Hołowni. Sam pomysł brzmiał początkowo jak żart, czy plotka z pogranicza politycznego kabaretu, tymczasem kandydat okazał się ostatecznie całkiem przekonujący dla całkiem sporej grupy Polaków - tak wysoki jest bowiem poziom zmęczenia polską polityką i zniechęcenia do niej.

W środkowej części kampanii z punktu widzenia dziennikarza politycznego jakoś ciekawy był tylko jeden moment - ten, gdy znacząco słabnąć zaczęła Małgorzata Kidawa-Błońska, perspektywa wymiany kandydatki przez Platformę wydawała się zaś albo wciąż odległa, albo wręcz nierealna, za to zauważalnie zaczął zyskiwać Szymon Hołownia. To była sytuacja trochę w stylu tych rozmaitych sportowych cudów, które w zasadzie nie miały prawa się wydarzyć, ale którymi potem i tak emocjonują się całe pokolenia kibiców. Hołownia wspinający się na drugie miejsce był trochę w stylu Polaków na Wembley, a trochę jak wczesny Adam Małysz. Nawet nie przepadając za piłką nożną czy nic nie wiedząc o skokach narciarskich można się tym było zainteresować. Dodajmy, że wzrosty Hołowni przy jednoczesnych spadkach Kidawy-Błońskiej niektórzy komentatorzy odczytywali jako zapowiedź końca ery duopolu PO-PiS. To też byłoby zaś jakoś ciekawe.

Byłoby, tyle, że cały proces słabnięcia Kidawy-Błońskiej i umacniania się Hołowni nie był zjawiskiem całkiem samoistnym. Przeciwnie - to był w dużej mierze skutek. tego, co w kwestii I terminu wyborów prezydenckich postanowił sobie Jarosław Kaczyńskiego i co w myśl jego wytycznych usiłował wykonać cały PiS. Wybory miały się odbyć za wszelką cenę 10 maja - w warunkach, w których Polacy wciąż (nie bez podstaw) bali się uderzenia epidemii z pełną siłą. Platforma sprzeciwiając się temu słusznie odgadła intuicje sporej części Polaków, ale poległa przy konstruowaniu politycznej narracji. Kandydatka jednocześnie wzywająca do bojkotu wyborów i biorąca w nich udział - nie, to nie był najlepszy pomysł.

Kidawa-Błońska słabła więc w sondażach przede wszystkim dlatego, że spora część jej wyborców, zaczynała rozmowę z ankieterami od dyskwalifikującej z dalszego odpytywania przeczącej odpowiedzi na kardynalne pierwsze pytanie. Brzmi ono zawsze mniej więcej tak - czy zamierza pani/pan wziąć udział w wyborach? Kto odpowie, że tak, pytany jest dalej o swe konkretne preferencje. Kto odpowie, że nie - słyszy „dziękuję bardzo za poświęcony nam czas” i „do widzenia”.
Tak więc właśnie wyglądała tajemnica jednocyfrowego poparcia dla kandydatki PO i wzrostów Hołowni. Platforma wcale nie straciła aż tak wielu wyborców, doprowadziła jedynie do sytuacji, w której nie bardzo mieli jak mówić jednym głosem. Wszystko było zaś skutkiem koronawyborczych zagrań Kaczyńskiego i PiS. To już nie Wembley, prawda? Raczej szara codzienność mozolnych zmagań polskiej ligi.

Kolejnym względnie interesującym momentem w tej kampanii był już więc tylko czas ekspresowego zbierania podpisów na listach poparcia Rafała Trzaskowskiego. Tu wyborcy Platformy pokazali ponadstandardową mobilizację, jednocześnie obalając tezy, jakoby w niskich notowaniach Kidawy-Błońskiej miało się kryć cokolwiek trwałego.

W niedzielę wyborcy pójdą oczywiście do urn - by potwierdzić swoje polityczne preferencje i zadbać o interes swojego stada. Większość z nich wcale nie będzie jednak głosować na Dudę, Trzaskowskiego czy Hołownię. Oni będą głosować przeciw Jarosławowi Kaczyńskiemu, za 500 plus, albo po to, by okazać swoje zniechęcenie duopolem PO-PiS. Po to by dokopać tym drugim, by wziąć odwet za upokorzenia, albo by utwierdzić się w poczuciu godności. Osoba kandydata będzie dla nich miała znaczenie w gruncie rzeczy drugorzędne - tak samo, jak zresztą jest z tym w całej politycznej hierarchii polskiej sceny.

Może więc te wybory będące tak naprawdę raczej politycznym plebiscytem za lub przeciw rządzącą obecnie partią, powinny nas skłonić do zadania sobie wreszcie kilku pytań? Czy aby na pewno musimy w Polsce wybierać prezydenta w wyborach powszechnych, dając mu potężny mandat, za którym nie idą jednak niemal żadne uprawnienia? I czy aby na pewno musimy emocjonować się tymi wyborami tak, jakby w naszym kraju obowiązywał system prezydencki? Przecież jest dokładnie odwrotnie. I wreszcie pytanie najważniejsze - skoro już na etapie samej kampanii wybieramy logikę tej samej plemiennej wojny, która rządzi całą polską polityką, to dlaczego chwilę po jej zakończeniu natychmiast zaczynamy oczekiwać od elekta, że będzie „prezydentem wszystkich Polaków”? Dlaczego właściwie miałby nim być, skoro wybierając go, zamykamy oczy, staramy się za bardzo nie wnikać w to, co on właściwie sobą reprezentuje, za to intensywnie myślimy o tym, jak tu w tych wyborach dokopać tym drugim?

Koronawirus: sprawdź czy Twój powiat jest "czerwony".

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie