Telewizyjna „Zemsta” – mniej wesoła i… prawdziwa

Piotr Zaremba
materiały prasowe
Sam fakt wystawienia „Zemsty” Aleksandra Fredry w Teatrze Telewizji akurat w ten poniedziałek 23 marca ma wymiar historyczny. To może na dłuższy czas ostatnie nowe przedstawienie teatralne, jakie Polacy mogą jeszcze obejrzeć – z powodu epidemii.

Że to zarazem jedna z pozycji żelaznej klasyki, której Teatr Telewizji pilnuje bardziej niż inni, tym to symboliczne wrażenie jest mocniejsze. Na dokładkę reżyser, Redbad Klynstra-Komarnicki rzucał tajemnicze uwagi, że to o nas, że rzecz dzieje się teraz, że możemy mieć nawet skojarzenia z fatalizmem polskiej polityki. Przypomnę: hrabia Aleksander opowiada o dwóch zwaśnionych szlacheckich rodzinach, Cześnika Raptusiewicza i rejenta Milczka, dzielących jeden zamek i robiących wszystko, żeby sobie wyrządzić krzywdę.

Zawsze się trochę boję takich uwag, bo bywają sygnałem do dziwactw inscenizacyjnych, do naginania dawnych sensów do współczesnych tez i potrzeb. Ale w przypadku tej kolejnej wersji Fredrowskiej zabawy obawy są niepotrzebne. Owszem, Klynstra wziął czas dziania się komedii w nawias dodając parę współczesnych dygresji, głównie ze świata popkulturowo-medialnego (z celebrytą Stefano Terrazino mówiącym parę zdań po włosku jako kucharzem Perełką na czele). Owszem, o kontekście aktualizacyjnym przypomina nam miejscami muzyka Radka Fedyka, w tym piosenka Emilii Komarnickiej-Klynstry na samym końcu.

Ale poza tym niczego się tu nie nagina, ani nie dopisuje. Kostiumy są stylizowane, ale nie przebiera się bohaterów za ludzi z XXI wieku. Styl zachowania się bohaterów jest rozkosznie ponadczasowy, ale przynajmniej chwilami w zasadzie sarmacko-dawny. Podobnie scenografia Karoliny Fandrejewskiej (także autorki kostiumów) , u której wnętrza „niemal z epoki” (jakiej? To dobre pytanie) przełamane są przez mur graniczny wciskający się do pokojów, gdzie dzieje się akcja. Stanowiąc nieustanne przypomnienie, o czym to jest: o niezgodzie, podziale. Ale też dowód, że to teatr, czyli wieczne udawanie, umowność.

Grane to jest w zawrotnym tempie, czemu sprzyja półtoragodzinny format teatrów telewizji. Mamy kilka ciekawych zabiegów inscenizacyjnych. Może najbardziej malowniczym jest sen Papkina. Ta postać, jeden z najbardziej nieśmiertelnych Fredrowskich typów, samochwał i pozer zawieszony u pańskiej klamki, tu chętnie przysypia, więc jego senne majaki to dodatkowa okazja, żeby wszystko ugroteskowić i poprowadzić jako coś w rodzaju symbolicznej przypowiastki.

To wszystko są komplementy. Teraz spostrzeżenia, które są co najmniej wątpliwościami. Kiedy przeglądałem obsadę przedstawienia, uderzył mnie brak w niej w zasadzie (może poza Ewą Bułhak-Podstoliną) aktorów kojarzonych szczególnie z repertuarem komediowym.

Oczywiście stereotypy są po to aby je przełamywać. Nieraz już spotykały mnie w tym zakresie rozmaite zaskoczenia. Ale też istnieje coś takiego jak naturalna vis comica. Nie wiemy dlaczego timbre głosu czy mimiczne grymasy niektórych aktorów śmieszą, a innych nie, lub mniej, choć niby robią to samo.

Przypominam sobie jak Olga Lipińska w jednym z odcinku swojego kabaretu z końca lat 70. ubiegłego wieku kazała odegrać chyba najsławniejszą scenę z „Zemsty” pisania listu Janowi Kobuszewskiemu (Dyndalski) i Piotrowi Fronczewskiemu (Cześnik). Mogliśmy nic nie wiedzieć o fabule, nie znać kontekstu, a rechotaliśmy. Oni umieli być zabawni „sami z siebie”.

Tu takich aktorów prawie nie ma. Prócz, jak już wspomniałem, Ewy Bułhak, która umie być postacią bosko niedorzeczną w swoich gorączkowych wysiłkach matrymonialnych i zalotach. Ale akurat Postolina jest w „Zemście” postacią można by rzec wspomagającą. Choć to najlepsza rola spektaklu.

Co innego Papkin, tradycyjnie zwornik komicznej akcji. Klynstra powierzył tę rolę Rafałowi Zawierusze i było to ryzyko. To zabawne, ale Papkina grał przecież w filmie Andrzeja Wajdy sam Roman Polański. I był bardziej wyrazisty. Widziałem też w tej roli: Wiesława Gołasa (Teatr Dramatyczny), Wojciecha Pokorę (Teatr Telewizji), Wojciecha Pszoniaka (Teatr Powszechny) i Jarosława Gajewskiego (Teatr Polski). Wszyscy mieli to coś. Pazur pozwalający bawić wszystkim, od pierwszych gestów po wejściu na scenę. Papkin daje takie możliwości.

Zawierucha jest dziwnie zgaszony i nawet monotonny. Te drzemki to symbol jego natury w tym spektaklu. Przy czym po obejrzeniu całości, wyczuwam w tym nawet jakąś konsekwencję.

Pomimo żwawego tempa i komicznych wstawek (pląsy Terrazino z bardzo dobrym Michałem Barczakiem – Śmigalskim) spektakl ma w sumie ton dość melancholijny. To istna przyśpiewka o Polakach, którzy mają sporo zalet, ale są niepoprawni. Poza tym, że tęgo popijają, potrafią sobie nawzajem zmienić życie w piekło. Na ich tle ten wyciszony, jakby smutny Papkin staje się niemal mędrcem. Mniej zwracamy uwagę na jego samochwalcze tyrady i krętactwa. Bardziej odbieramy go, nawet wbrew tekstowi, jako kogoś, kto będąc do cna niedorzeczną postacią, jest mniej niedorzeczny niż ci, co wprawiają ten świat w ruch.

To ciekawy pomysł, nie wiem na ile od początku zamierzony. I to da się powiedzieć właściwie o całym widowisku, bardziej serio prowadzonym niż zazwyczaj ustawia się Fredrę. Dzieje się to trochę kosztem zabawy, ale cóż…

Nie jestem przekonany, czy nie dałoby się bardziej pogodzić jednego z drugim. Michał Czernecki to świetny aktor. On potrafi przerysować rolę do granic komizmu, a na pewno bywa bardzo charakterystyczny. Cóż poradzę, że tu jakby trochę nie znaleziono na postać Cześnika pomysłu. Dużo bardziej wyrazisty był Czernecki jako Czepiec w telewizyjnym „Weselu” Wyspiańskiego-Kostrzewskiego, choć to przecież nie komedia.

Skądinąd kilka momentów miał jednak dobrych lub bardzo dobrych. Jego ataki szału konweniowały zresztą z owym bardziej serio założeniem całości. Bardziej rozczarował mnie zaledwie poprawny Grzegorz Mielczarek – jako Rejent.

I znów pcha mi się przed oczy galeria jego poprzedników: Gustaw Holoubek (Dramatyczny), Czesław Wołłejko (Teatr Telewizji), Władysław Kowalski (Powszechny), Andrzej Seweryn (Teatr Polski i film Wajdy). Zwłaszcza Wołłejko świetnie oddawał tragikomiczną, w istocie groźną naturę tej postaci, to samo da się zresztą powiedzieć o Kowalskim czy Sewerynie. Była okazja aby odrobiną drapieżności wzmocnić intencję Klynstry. Udało się to jednak Mielczarkowi bardzo średnio. Nie umiał znaleźć żadnego charakterystycznego gestu, tiku czy zaśpiewu głosu, abyśmy się tej postaci przestraszyli czy się nią ubawili.

Reżyser zabawił się za to w marsz pod prąd niektórym scenicznym tradycjom. Dyndalski to u niego nie zgrzybiały sługa, a facet w sile wieku. Na dokładkę zbratany z Cześnikiem, nie przynosi mu na początku polewki, lecz siedzi z nim przy stole i popija. Jest wszak szlachcicem i zapewne towarzyszem broni swego pana. Mariusz Jakus to świetny aktor charakterystyczny, ale znów – tu gra głównie swoją fizjonomią. Choć i tak scena pisania listu (z równoległym kreśleniem testamentu przez Papkina) wywołuje najszerszy uśmiech. Tym razem już zgodnie z tradycją.

Za to zaskakująco dobrze wypadają młodzi, zakochani wbrew woli rodzin: Wacław i Klara. Często bywali jedynie bezbarwnymi amantami wspomagającymi akcję. Najlepszy pomysł na nich znalazł Zygmunt Hubner, który kazał Joannie Żółkowskiej i Andrzejowi Wasilewiczowi grać parę sadzącą się na romantyczną miłość ponad swoje prowincjonalne fizjonomie i nawyki.

Klynstra nie przerysował ich aż tak bardzo. Za to zrobił z nich, zwłaszcza z Wacława, swoistych przewodników po zdarzeniach. Reprezentantów zdrowego rozsądku w świecie szaleństwa. Poniekąd emisariuszy tych widzów, którzy zdrowego rozsądku szukają. Marcin Stępniak wywiązał się z tej misji z klasą, zagrał bardzo dobitnie, może bardziej niż niektórzy z ważniejszych wykonawców, a rzadziej obecna na ekranie Alicja Karluk, zdystansowana, krotochwilna, dojrzała nad wiek, mu w tym dzielnie asystowała.
Nota bene w tej inscenizacji może mocniej niż wcześniej czujemy naturę wcześniejszych relacji między Wacławem i Podstoliną. Nie jest on takim niewiniątkiem jak w tradycyjnych inscenizacjach. Klarę „oszczędza”, ale ma ten młody człowiek już całkiem bogate erotyczne doświadczenia. To także Stępniak (choć oczywiście i Ewa Bułhak) wygrywa dobrze.

Wątek owego dawnego romansu ujął sam Fredro zdawkowo, ale w sposób trochę podobny do opowieści o krótkiej relacji między Tadeuszem i starszą od niego Telimeną w poemacie Adama Mickiewicza. Nie wiemy, czy tamci zaszli odrobinę dalej, raczej nie. Ale podający się w mieście za księcia student Wacław z doświadczoną wdową? Dlaczego nie?

Oczywiście jakiś plan został w tym telewizyjnym okruszku wykonany. Aktorzy dobrze mówią Fredrowski wiersz, klarownie przedstawiają akcję, współbrzmią z rozmaitymi efektami, obrazem, muzyką, ruszają się niekiedy w konwencji bardziej filmowej niż teatralnej. I zmierzają do z lekka wyostrzonego przez współczesnego reżysera morału.

Mnie to nieraz uderzało, że w najbardziej niewinnych komedyjkach Fredry są momenty drapieżne, nieprzyjemne, gorzkie. Trochę tej gorzkiej prawdy Klynstra wydobył. Żałuję jednak, że bardziej nie docisnął komediowego pedału. Mam skądinąd w głowie swoją wymarzoną obsadę „Zemsty”. Ale to przy innej okazji.

Wielkanoc A.D. 2020, puste kościoły i brak święconki.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

W tym spektaklu obronił się wyłącznie genialny tekst Fredry. Piszę "tekst" a nie jego bezmyślne, automatyczne i miejscami niechlujne wypowiadanie lub wywrzaskiwanie. Myśl reżyserska w tej "Zemście" żadna, inscenizacja dość nieporadna ( w tym scenografia i kostiumy), jakby amatorsko-świetlicowa. Do zapamiętania rola p. Rafała Zawieruchy (Papkin),pozostali aktorzy to w większości pomyłki obsadowe, a szkoda, bo w innych rolach teatralnych bywali świetni ! Zmarnowany czas i środki.

G
Gość

Czytając tę recenzję, miałam wrażenie, że oglądaliśmy dwie różne Zemsty. Najbardziej wyrazistą, energiczna postacią był właśnie Papkin grany przez Zawieruchę. Wydobył z tej postaci ogromną szczerość. Był żywiołowy, prawdziwy ze swoimi przechwałkami. znał swoje miejsce i miał pomysł na tę postać. Tempo gry sprawiło, że cały czas coś się działo. piosenka Emilii Komarnickiej na końcu - przepiękna. oglądało się to wszystko lekko i swobodnie, bez niepotrzebnego nadęcia. Raz jeszcze powtórzę, Zawie[wulgaryzm] w roli Papkina strzał w dziesiątkę.

Dodaj ogłoszenie