Teatr w teatrze: świetne „Czego nie widać” w Lublinie

Piotr Zaremba
fot. Malwina Majer/udostępnione przez @TeatrOsterwy (facebook.com)
Dodaj komentarz:
Udostępnij:
Akcja nabiera szybko zawrotnego tempa, i w zasadzie z niego nie schodzi. A zarazem pośród zgiełku i chaosu wszystko jest klarowne i w logice komedii omyłek, spójne.

Rzadko, może za rzadko, chodzę do teatrów na klasyczne komedie. A już szczególnie do wyspecjalizowanych w tym repertuarze placówek, często komercyjnych, choć czasem i publicznych. Mam wrażenie, że łatwo się tam naciąć na pozycje nie tyle nawet płytkie (nie zawsze musi być głęboko), ile kiepsko napisane lub źle wystawione.

Nie ma to jak rechocik, który próbują na tobie wycisnąć ze sceny, a on jakoś więźnie w gardle. Ale też zdarzyło mi się ryczeć na widowni. I wywoływały to tak komedie ambitne, zaprawiane goryczą czy melancholią, jak i beztroskie farsy.

Ostatecznie „Kolacja dla głupca” Francisa Webera idzie w warszawskim Teatrze Ateneum już 20 lat, bo ludzie znajdują tam nie tylko wybitnych aktorów i nie tylko porcyjkę humoru brawurowego, a niewymuszonego, ale i coś więcej: odrobinę człowieczeństwa, chwytanego i bronionego między kaskadami śmiechu.

Z tym większą ciekawością wpadłem do lubelskiego Teatru imienia Juliusza Osterwy na „Czego nie widać” Michaela Frayna. To akurat jedna ze sławniejszych, można by rzec światowych komedii. Od premiery na West Endzie w roku 1982 wystawiono ją tysiące razy bez mała wszędzie. Także i w Polsce, choć pod różnymi tytułami (tytuł oryginalny „Noises Off”). Peter Bogdanovich przeniósł ją w 1992 roku na ekran. Tym razem polski tytuł brzmiał „Poza sceną”, grał w tym m.in. Michael Caine.

Zawrotne tempo, przednie gagi
Tu reżyserem jest Marcin Sławiński, któremu wypadnie jeszcze poświęcić kilka zdań odrębnych. Premiera była przed trzema miesiącami, początkowo bez widzów, a z powodu pandemii zagrano tego niewiele...

O czym to jest? Mamy klasyczny teatr w teatrze. Najpierw oglądamy próbę, w przeddzień premiery, a przy okazji kawałek sztuki, która sama jest komedią omyłek. W pozornie pustym domu dwie pary (mąż z żoną i kochanek z kochanką), a także gosposia i włamywacz przeszkadzają sobie nawzajem, wpadają na siebie i ukrywają przed sobą nie rozumiejąc w całości sytuacji. Na te ich przygody nakładają się kiksy grających te postaci aktorów, nieporozumienia, wpadki techniczne i spory z reżyserem.

Dalszy ciąg polega na odwróceniu wszystkiego. Oglądamy to samo przedstawienie, już wystawiane od jakiegoś czasu, ale tym razem od tyłu. Dekoracje są od nas odwrócone, aktorzy wchodzą na scenę i wychodzą z niej, a my widzimy ich od zaplecza. Na ich perypetie czysto zawodowe nakładają się napięcia osobiste. Mamy dwa buzujące trójkąty miłosne plus starego aktora, którzy nieustannie chce się napić.

Finał jest najstraszniejszy. To po raz kolejny kawałek tego spektaklu, tym razem znów pokazywanego z przodu. Wojny w zespole prowadzą do kompletnego rozprzężenia. Jedna scena sypie się za drugą. Sypie coraz bardziej aż do całkowitej destrukcji…

I to jest naprawdę zabawne, także w wersji lubelskiej. Marcin Sławiński postawił na recepty wypróbowane. Pośród funkcjonalnej, choć jakoś tam zabawnej, obrotowej dekoracji Wojciecha Stefaniaka dostajemy ciąg zabawnych dialogów, a chwilami nawet gagów. Akcja nabiera szybko zawrotnego tempa, i w zasadzie z niego nie schodzi. A zarazem pośród zgiełku i chaosu wszystko jest klarowne i w logice komedii omyłek, spójne.

A że może w trzeciej sekwencji zdarzeń, kiedy po raz kolejny oglądamy spektakl z przodu, miałem już poczucie pewnego wypalania się pomysłu? Owszem, ale nawet końcowy chichocik w miejsce rzęsistego śmiechu zdrowszy był i szczerszy niż przy wielu komediowych produkcjach.

Czy szukałbym w tej powodzi nieporozumień głębszego sensu. Można doznać poczucia dwoistości natury artystów: muszą nas zabawiać, choćby się waliło i paliło (także choćby płonęło ich własne życie). A co jeśli któregoś dnia nie wytrzymają? Albo im się wszystko posypie, albo się zbuntują? Może jest w tym nawet kawałek metafory ludzkiego losu w ogóle. Wszak on się opiera na udawaniu. Ale też nie przesadzałbym z takim filozofowaniem. Frayn chce nas przede wszystkim bawić.

Komplementy dla zespołu
Wraz z dobrą ekipą aktorów. Kto się wyróżniał najbardziej? Dla mnie Wojciech Krzyszczak, występujący na ten scenie gościnnie, a znany z wielu lubelskich przedsięwzięć teatralnych. Alkoholik Seldsdon, jako tako trzymający się w ryzach, a jednak wciąż odjechany niczym kosmita przeniesiony na ziemię, to chyba najzabawniejsza z postaci. Ten głos tak modulowany, że aż nierzeczywisty, te gesty przeniesione gdzieś z burleski do opowieści w teorii przynajmniej prawdopodobnej. Chapeau bas!
Także Paweł Kos jako aktor Roger grający Gary’ego ma sobie naturalny komizm. W początkowej fazie spektaklu Kos bardzo dba aby oddać dwie różne osobowości: nieco gapiowatego, niepewnego artysty i kreowanej przez niego, znacznie bardziej bezczelnej, przerysowanej postaci. Potem to przerysowanie bierze górę. Można by rzec, że postać pochłania grającego ją aktora. Świetne! A ja rozpoznałem na dokładkę w aktorze grającym aktora grającym pośrednika w handlu nieruchomościami Iwana Bezdomnego z pamiętnego „Mistrza i Małgorzaty” w reżyserii Artura Tyszkiewicza.

No i Marek Szkoda jako aktor Philip grający Fredericka Fellowesa. Tu mamy do czynienia z postacią prostaczka wcielającego się w kretyna. Obie twarze są sobie bliskie, ale jakże subtelnie Szkoda oddaje kolejne zapowietrzenia i Philipa, i Freda. Jest w nim coś z mojego ukochanego komika Pawła Koślika. Zabawne u niego bywa nawet milczenie, niepewność, strach w oczach.

Reszta nadążą za tymi trzema, nawet jeśli Krzysztof Olchawa jako reżyser Dallas gra bardziej powściągliwie, a Magdalena Zabel jako Brook szarżuje w roli kompletnie pogubionej dziewczyny walczącej z wypadającym szkłem kontaktowym i z własnymi uczuciami. Wymieńmy pozostałych: Jolanta Rychłowska w roli aktorki grającej gosposię, Jowita Stępniak - aktorka grająca żonę i Justyna Janowska – zakompleksiona inspicjentka spektaklu. Dopełnia tej galerii Przemysław Gąsiorowicz jako techniczny pracownik Tim, w razie potrzeby udający aktora, nieskomplikowany i pełen poświęcenia.

Zrobili kawał dobrej roboty. Na koniec dwie jeszcze uwagi.

Sławiński i nowy dyrektor
Pierwsza to podsumowanie znaczenia Marcina Sławińskiego. To aktor mojej młodości, jedna z młodych gwiazd Teatru Narodowego Adama Hanuszkiewicza. Pamiętny Hajmon w pamiętnej „Antygonie” z 1973 roku, która zrobiła na mnie tak wielkie wrażenie. Chyba w roku 1985 zagrał swoją ostatnią rolę. Dopytywałem, dlaczego rzucił coś, co wychodziło mu tak świetnie. Odpowiedzi nie zacytuję, rozmowa była prywatna. Ale wielki żal, że rzucił.

Zarazem zaczął reżyserować. Naliczyłem do 2019 roku aż 101 jego inscenizacji. Jest w jego dorobku klasyka komedii: „Czarna komedia” Petera Shaeffera , „Szalone nożyczki” Paula Portnera czy „Ciotka Karola” Brandona Thomasa, choć także repertuar Fredrowski, a nawet całkiem poważny, drapieżny „Wampir” Wojciecha Tomczyka wystawiony w Zabrzu. Jest i „Kolacja dla głupca”, choć nie ta z Ateneum. Sławiński jeździ po całej Polski wożąc ludziom przeważnie lżejszy repertuar, ale ten największego kalibru.
Nie zawsze efekt jest piorunujący. Rok temu w jednej z dziur między falami pandemii oglądałem w warszawskim teatrze Capitol „A mnie to rybka” w jego reżyserii. Teatr odradzał się chwilowo, był premierowy tort i toasty. Sztuka zachwyciła mnie jednak średnio, choć był to tekst Francisa Webera. Mniej zniewalający wszakże niż „Kolacja dla głupca”. Co więcej miałem wrażenie pewnej bladości aktorstwa (choć poza Wojciechem Solarzem i Michaliną Sosną, no i poza Cezarym Pazurą udzielającym głosu rybce). Jak widać nawet komediowa klasyka nie każdego przekona. Może to zresztą kwestia mojego specyficznego poczucia humoru.

Tu w Lublinie wszakże wszystko mi się zgadzało: i zespół aktorski i tekst i inscenizacyjne pomysły. A pan Marcin znowu ruszył w Polskę bawić ludzi. I trzeba mu tego jak najgoręcej pogratulować, bo wybrał może najtrudniejszy kawałek teatralnego chleba.
No i druga kwestia: to pierwszy sezon znakomitego aktora Redbada Klynstry-Komarnickiego jako dyrektora Teatru imienia Osterwy. W dużej mierze zablokowany przez pandemię, choć słychać też plotki o napięciach między szefem mianowanym przez prawicowy sejmik i częścią zespołu. Wciąż czekam na pierwsze przedsięwzięcia wskazujące na profil artystyczny nowego kierownictwa. To dobrze, że czekam śmiejąc się na Fraynie.

Black Friday - Świadomość klientów rośnie

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie