Takich jak Maleszka było wielu

Liliana Sonik, koleżanka Stanisława Pyjasa
W filmie "Trzech kumpli" matka zamordowanego 30 lat temu Staszka Pyjasa czyta drżącym głosem jego notatki: "Oduczyli mnie mówić prawdę, bo prawda może kogoś zranić".

Wtedy, w 1977 r., Pyjas oskarżał system, który opierał się na kłamstwie. Dzisiaj jego słowa nabierają innego znaczenia. Czy wolno schować prawdę pod dywan, bo może ranić? Tak postępujemy wobec dzieci. Dzieciom nie komplikuje się wizji świata. Nie funduje się opowieści o zdradzie. Odmawiając jednak społeczeństwu prawa do konfrontacji z rzeczywistością, infantylizujemy je. Utrzymujemy w stanie niedojrzałości. Budujemy Polskę zdziecinniałą.

To prosta historia, która się dotkliwie skomplikowała. Działo się to trzydzieści lat temu. Studiowali na Uniwersytecie Jagiellońskim. Byli młodzi, utalentowani, piękni i zbuntowani. Mieli różne poglądy: jedni byli katolikami, inni niewierzącymi. Do PRL byli nastawieni ironicznie. Wpierw ci z duszpasterstwa, a potem pozostali, zaangażowali się w organizowanie przez KOR pomocy dla robotników Ursusa i Radomia. Jeden z nich zginął tragicznie.

Prawdopodobnie zamordowany przez SB. Ta śmierć scementowała ich przyjaźń. Żeby ich nie wybito "po odinoczce" - po kolei - założyli Studencki Komitet Solidarności. Wprowadzili w przestrzeń publiczną słowo "solidarność", które trzy lata później stało się symbolem Polski nieugiętej. Przyjaźnili się na śmierć i życie. Razem siedzieli w aresztach, przeżywali rewizje, drukowali bibułę, snuli plany, tęsknili do wolnego kraju. Razem budowali NZS i NSSZ Solidarność, odchorowywali stan wojenny.

Aż wydarzyło się to, co jeszcze niedawno wydawało się kompletnie nieprawdopodobne: upadł komunizm i nastała wolna Polska. Niektórzy o Pyjasie zapomnieli, uznali sprawę za przeszłość, do której wracać nie warto. Ich poglądy znów zaczęły się rozjeżdżać. Ale dalej się przyjaźnili. I ja tam byłam, miód i wino piłam. Ta miła opowieść skończyła się w roku 2001.

Najbliższym przyjacielem Stanisława Pyjasa był Lesław Maleszka. Nasz wspólny kolega. Donosił na Staszka przed jego śmiercią i po niej. Opisywał reakcje, snuł projekty zniszczenia SKS, proponował, by SB zmontowała sprawę kryminalno-narkotykową i w ten sposób skompromitowała idee SKS. Był jednym z najważniejszych agentów SB. Miał dostęp do środowisk opozycyjnych: KOR, ROPCiO i wszystkich SKS-ów, jakie powstały w ślad za krakowskim. W wolnej Polsce został wpływowym dziennikarzem.

Powiadomienie o tym opinii publicznej mogło ranić. I raniło. Jego nowych szefów i starych znajomych. Niszczyło bajkę o nieposzlakowanej przeszłości. Wystawiało na zarzuty o głupotę, naiwność i uleganie manipulacji. Nie miałam jednak wątpliwości, że nie mamy prawa schować tej wiedzy pod dywan. Nie mamy prawa milczeć. I nie chodzi o zemstę czy napiętnowanie. Lesław Maleszka był osobą publiczną i jego kształtujące opinię publiczną artykuły nie były bezinteresowne.

Reakcja zwolenników tezy, że polskie społeczeństwo nie dorosło do skonfrontowania się z informacją o tajnych współpracownikach, była brutalna. Przeczytałam w gazetach, że to my jesteśmy donosicielami. To my mieliśmy niszczyć etos Solidarności, być " pornografami przeszłości" i ludźmi chorymi z nienawiści. Potem czytałam, że próba konfrontacji z problemem TW jest zorganizowaną nagonką i wołaniem o zemstę. Czytałam, że łamana jest zasada domniemania niewinności.

Od kiedy powstał IPN, ludzie pokrzywdzeni znajdują w jego archiwach donosy pisane przez przyjaciół, znajomych z pracy, często członków rodziny. Powstaje pytanie: Co z tym zrobić? Najprościej byłoby zapomnieć, nie reagować. I uznać, że jakakolwiek próba docierania do tych materiałów przyniesie wyłącznie cierpienie. Słyszymy deklaracje: "To dzika lustracja!". I świadectwa niewinności - "łączy nas bardzo bliska przyjaźń, wierzę w jego niewinność".

Zamiast refleksji nastąpił potępieńczy atak na każdą niemal próbę wglądu w archiwa. Wylano morze atramentu, by dowieść, że ludźmi domagającymi się dostępu do akt SB kierują nikczemne pobudki. Kto sądził, że on sam - a nie państwo - jest właścicielem swej własnej przeszłości, ten stawał się katem i hieną. Kto uważał, że społeczeństwo ma prawo wiedzieć, co znajduje się w teczkach SB, ten kwalifikowany był jako amator polowań na czarownice. Kto wskazywał na niebezpieczeństwa płynące z braku wiedzy o agenturze, ten oskarżany był o szerzenie nienawiści i udział w brudnej grze politycznej.

Maleszka publicznie przyznał się do współpracy z SB. Kłamał, kręcił, lecz się przyznał. - Nie musiał- mówi w filmie oficer SB - zrobił błąd. Mógł iść w zaparte. Jak 30 lat wcześniej, gdy na prowokację Henryka Karkoszy odpowiedział stoickim spokojem. Zastanawiam się, jak wtedy potoczyłyby się sprawy. Zastanawiam się, ilu ludzi nie podawałoby mi ręki. Ilu skazałoby mnie na wykreślenie z listy znajomych - jako oszczercę i zwolenniczkę stosów.

Zacierając granice między prawdą i fałszem, uwikłano wielu rzetelnych ludzi w spór na gruncie nierzetelnie dobranym. W konsekwencji to, co mianowało się głosem troski o ludzką krzywdę, wielu skrzywdziło naprawdę. Czasem nieodwracalnie. Skrzywdzonymi są ludzie domagający się dostępu do swych teczek - przyklejono im gębę żądnych zemsty radykałów. W innym sensie skrzywdzono tych, którzy donosili. Ich sumienia zamurowano.

Nikogo nie wolno zamknąć w jego przeszłości. Odwet nie jest ulubionym sportem. Społeczeństwo potrafi przebaczać. Ale trzeba dać mu szansę.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

P
Patrycja Gomólnicka
Z wielu opowieści wiem, a także z książki pani Ewy Kondratowicz "Szminka na sztandarze", że kobiety zrobiły bardzo dużo dla antykomunistycnzego podziemia. Zajmowały się logistką, organizacją ruchu, w wielu przypadkach była kims kogo dzisiaj nazwac można menadzerem ruchu. Mimo tych zasług Wasi mezczyźni, koledzy opozycjoniści odnosili się do kobiet z - delikatnie mówiąc - dezynwolturą. Typowym dla Polaka mężczyzny lekceważeniem, ignorancją i agresją. Slady tego widać w "Trzech kumplach" I to przynajmniej w dwóch miejsach. W pierwszym odcinku mówi Pani: "Bronek kochał kobiety i kobiety kochały Bronka" Czy to znaczy, że sypiał co miesiąc z inną? Chyba tak. Co czuły te poprzednie i czy to Bronka wogóle interesowało. Jeśli jestem w błędzie proszę mnie z niego wyprowadzić. I drugi przykład. W inscenizacji filmowej w drugim odcinku do kuchni, w chodzi koleś który ma odgrywać Staszka Pyjasa, całuje dziewczynę i powiada "no smaczna kanapeczka, możesz mi jeszcze herbatkę zrobić?" Dla mnie obciach nie z tej ziemi. Nie wyobrażam sobie podobnej sceny w akademiku, czy studenckim mieszkaniu w Paryżu, Grenoble, a tym bardziej w amerykańskim Berkeley. Czy to było tak, że byłyście posługiwaczkami, nałożnicami waszych facetów? No i pytanie podstawowe czy faceci was bili?
Dodaj ogłoszenie