reklama

Tajner ma największy kryzys

Paweł Zarzeczny, publicysta „Polski”Zaktualizowano 
Zima nie chce przychodzić, nawet w sporcie. Próbowałem ją dostrzec w konkursach skoków - też nie da rady. Przed tygodniem odwołali. W sobotę niby nie, ale przenieśli na jakąś małą skocznię bez kibiców, gdzie wszyscy skakali po 95 metrów, a jak komuś zdarzyło się ciut dalej to miał nie taki kombinezon itp.

Te skoki zresztą oglądać się nie dały, jedna seria trwała ponad godzinę, a majstruje się już nie tylko notami (jak zawsze gospodarskie), ale wspomnianymi kombinezonami (nawet Małysz nie rozumie o co w tym chodzi, budowa jego silnika na Dakar jest prostsza), prędkość wiatru się liczy (co oznacza, że nie najdłuższy skok wygrywa!), a także numer belki - wszystko razem bardziej poplątane niż nasze polityczne spory, też zresztą o sędziów. Nasi bladziutcy (w niedzielę jeszcze bladsi, bo na białym śniegu), czyli bez zmian. Poza tym, że Klimek zmienił imię na Klemens, bo wydoroślał, za to prezes Tajner zdziecinniał, bo narzeczoną ma młodszą od wielu wnuczek. Stoch zaś zajmuje się promocją damskiej bielizny - zaprojektowanej przez małżonkę. W sumie aż dziw, jak bardzo można popsuć coś co i tak skomplikowane, przez pogodę. Nie martwię się o wyniki - w końcu Stoch może naśladować dawnego Ammana, czyli najdalej wylądować znów na igrzyskach i jak dla mnie wystarczy. Nie jestem łapczywy.

Czołówka Pucharu Świata kompletnie mi stała się nieznana, tyle pozmieniało się od wiosny, skoki króciutkie (rekord w lotach to 251 metrów, to jest prawdziwe skakanie), a emocje jak na rybach… Jedna ledwie flaga biało-czerwona. Gdy kiedyś napisałem, że Małysz slaby albo Żyła, miałem potok nienawiści. Dziś większość zawodników nie obchodzi nikogo. Żyła się przejadł, a Kruczek uchodzi (opinia Fortuny) zwyczajnie za marnego trenera.

Ale o ile puste trybuny w Lillehammer mogą naszych nie motywować, to niebawem skoki w Zakopanem i w Wiśle - warto w ogóle tam się wybrać? Ja mam to szczęście, że kiedyś byłem pod Krokwią na Małyszu, śnieg sypał, na zeskok zajechałem saniami (tańsze niż w mieście taksówka i ze sto razy fajniejsze), góralska herbatka wprawiała w nieustający błogostan i skoków nawet można było nie oglądać - no ale był ten mały Małysz. Teraz, mam wrażenie, jechać nie ma po co. Ba, w sobotę zerknąłem na Lewandowskiego. Zero! Poprzedni mecz też zero, i jeszcze poprzedni zero! I w kadrze ostatni - zero! (bo grać mu się nie chciało i wyleciał ze zgrupowania). To jak w tej jego reklamie telefonów, nawet niezłej - Lewy jest, tylko telefonów tych nigdzie nie ma (nawet w magazynach Plusa). Lewandowski zaciął się nam tak straszliwie, że aż głupio by wyglądał na gali w Zurychu, gdyby ktoś posłuchał Polaków i nominował go do trójki. Serio, to jak stawianie na Stocha i jego wygraną w Turnieju Czterech Skoczni.

Ale przypomniałem sobie, gdym lata temu pracował w „PS”, że był niby Małysz, ale miał długą, wieloletnią przerwę w wygrywaniu. Zatem redakcyjny spec od nart wywróżył, że z niego już nic nie będzie. I trach! Rekord za rekordem! I Małyszomania na dobre!

Zatem z każdym zdaniem, że skoki i nasi mistrzowie są do bani, chciałbym się mylić jak wtedy. Problem w tym, że teraz się nie mylę. Nasi słabi, Kruczek słaby, a Tajner ma z nich największy kryzys. Wieku średniego.

Flesz - nowi marszałkowie Sejmu i Senatu, sukces opozycji

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie