Sztuka wychodzi z uczelni

Karolina KowalskaZaktualizowano 
Właściciele galerii odsyłają ich z kwitkiem, w muzeach sztuki współczesnej słyszą, że mogą wrócić, ale już z nazwiskiem. Dlatego wystawa COMING OuT, jaką zorganizowała im uczelnia, jest szansą na zaistnienie. O najzdolniejszych absolwentach stołecznej ASP pisze Karolina Kowalska.

Na przepastnym białym prześcieradle leży piękna kobieta. Jedną ręką przytrzymuje długie włosy, drugą zasłania rozchylone usta. Wygląda, jakby przeżywała ekstazę. Rzut oka poniżej szyi ''szok! Kobieta o delikatnych rysach w rzeczywistości jest mężczyzną - z płaską klatką piersiową, ale'' z zaokrąglonymi biodrami.

Kolejna zagadka to pusta przestrzeń między po kobiecemu miękkimi udami. Nie wiadomo - ma męskie czy żeńskie narządy płciowe. To ''Andro-gynus''. Jeden z ośmiu olejów na płótnie tworzących cykl ''Stereotypy a tożsamość'' Róży Puzynowskiej-Rozy.

Na kolejnym, ''Hermaphro-ditos'', ta sama naga kobieta, tym razem wyraźnie znudzona, rozchyla uda, prezentując okazałego penisa w wytrysku. Na płótnie ''Black & White'' naga Murzynka siedzi na plecach gołej białej. Na "White & Black" to samo, tyle że kobiety zamieniają się kolorem skóry.

Róża Puzynowska - Roza z obrazami z cyklu ''Stereotypy a tożsamość'' obeszła galerie:
Wszędzie słyszałam, że są albo zbyt kontrowersyjne, albo naiwne. Kuratorzy mają zastrzeżenia, za to reakcje ludzi niezwiązanych z galeriami są entuzjastyczne

Obrazy Puzynowskiej wprawiają w osłupienie, wżerają się w mózg, chodzą za człowiekiem. Ale oburzają tylko nielicznych. Częściej zmuszają do zastanowienia. "Przeciwstawiam się sztuce o niczym. To narzędzie walki" - pisze Roza w komentarzu do swoich obrazów. I dodaje: ''Prowokacja? Tak, ale do myślenia''.

Babcia Róży się nie gorszy, branża - owszem

Roza to jedna z 19 tegorocznych absolwentów akademii sztuk pięknych, których prace pokazano na COMING OuT - Najlepsze Dyplomy ASP 2009. Pierwszej wystawie dyplomowej absolwentów organizowanej poza murami akademii i tak szeroko reklamowanej w mediach. Pierwszej, której oficjalnym celem jest promocja młodych artystów.

Kurator wystawy Paweł Nocuń, któremu w maju prorektor ASP Paweł Nowak powierzył organizację COMING OuT, chciał pokazać prace właścicielom galerii, prywatnym kolekcjonerom, szefom działów projektowych firm produkcyjnych, kierownikom agencji reklamowych. Wszystkim tym, którzy mogliby zatrudnić artystów świeżo po dyplomie.

24 listopada w nowym budynku Sinfonii Varsovii na Grochowskiej 272, dawnej siedzibie Instytutu Weterynarii, 19 najlepszych miało swój pierwszy tak duży wernisaż.

ASP uznała, że obrazy Róży są obrazoburcze. Jej babci się podobały

Prace, zaprezentowane na tle ekologicznych, tekturowych elementów ekspozycji, oglądali profesorowie, znani artyści, goście z ministerstwa, ale też kuratorzy wystaw. Absolwenci malarstwa, rzeźby, grafiki, konserwacji, wzornictwa i architektury wnętrz odpowiadali na pytania dziennikarzy i zaproszonych gości. Mówili o swoich pracach i przyjmowali pierwsze zlecenia.

Akty Róży zainteresowały pewnego biznesmena, ale nie ze względu na tematykę, tylko technikę. Chciał, żeby namalowała obraz jego żony, pod warunkiem że w ubraniu. - Szkoda. Bez sensu jest wprowadzanie kolejnego detalu jak strój. Nagość można rozmyć w strumieniu światła - tłumaczy Róża.

Światło to ważny element jej obrazów, dopracowanych, ogromnych, dokładnych niemal jak zdjęcia. W rzeczywistości są olejami składającymi się nawet z 30 laminatów. Wszystkie osiem Róża malowała jednocześnie, siedząc w pracowni nieprzerwanie nawet po kilkanaście godzin.
- Większe partie malowałam do trzeciej w nocy. Obrazy mogły powstać szybciej, ale nie chciałam przyspieszać schnięcia, bo przyspieszacze pogarszają jakość, obrazy żółkną, gdy przystawi się je do ściany - mówi Róża.
Piękna, o figurze modelki i wyrazistych rysach, swoje ciało traktuje jak tworzywo. Nie miała problemu ze sportretowaniem siebie, najpierw odejmując piersi, a potem dodając penisa. Dziwi się głosom oburzenia: - Ktoś mi powiedział, że idę z trendami, wpisując się w problematykę queer, środowisk homoseksualnych. A ja krążyłam wokół tożsamości wewnętrznej i zewnętrznej. Przy pierwszym spotkaniu oceniamy ludzi na podstawie wyglądu. Dopiero kolejne ujawniają ich cechy wewnętrzne, które chciałam pokazać na obrazach - wyjaśnia Róża Puzynowska.

Reakcja robotników remontujących salę ASP, w której miała wystawę dyplomową, pokazała, że jej się udało. - Panowie przyjęli obrazy pozytywnie. Widziałam, jak się im przyglądają. Po kilku dniach zaczęli zadawać pytania. Byli zafrapowani, ale nie oburzeni - mówi. Najnaturalniej sztukę Róży przyjęła babcia. Nawet obrazy przedstawiające gumowe lale płci męskiej. Na widok ''Hermaphroditosa'' powiedziała: ''Bardzo ładne. Ale przecież ty nie masz takich grubych ud!''.
Słowa krytyki przyszły z najmniej spodziewanego kierunku. To od ludzi z branży usłyszała, że ''wycina mężczyznę z życia, pozostawiając tylko ślady jego obecności''. I że jej obrazy są nieobyczajne i muszą zniknąć z głównej sali na czas rozdania dyplomów.

Kopciuch Głowackiego zatopiony w bieli

Aleksandra Skierko, graficzka, przed listopadowym wernisażem denerwowała się mało. Nieporównywalnie większe napięcie towarzyszyło jej wystawie dyplomowej, na którą promotor profesor Lech Majewski zaprosił Janusza Głowackiego. Tematem pracy Oli były plakaty do sztuk teatralnych dramaturga. Bała się, czy udało jej się zawrzeć sens przewrotnych, ironicznych sztuk artysty, uważanego za jednego z czołowych prześmiewców rzeczywistości.

Włodek Dembowski:
''Jesteśmy trochę jak partyzanci - punkrockowcy, poetycko-anarchistyczni, nie do końca w zgodzie z odgórnym porządkiem panującym w mieście i na świecie''

Nad plakatami myślała miesiąc. Najpierw przeczytała wszystkie sztuki, potem wybrała formę - podstawą plakatów miało być połączenie rekwizytów występujących w danej sztuce. Niebanalne, zaskakujące, zmuszające do zastanowienia. - Chodziło o skondensowanie w całość wielu przedmiotów kojarzonych z dramatem. Taki twór może śmieszyć bądź niepokoić, oddając tragikomiczny styl pisarstwa Głowackiego - tłumaczy Ola.

Rekwizyty zatopiła w białej farbie, bo biel ''odrealnia i neutralizuje'', a potem sfotografowała, pracując nad światłem. Na koniec wzbogaciła o podpisy, jakby namazane, wycięte z zeszytu lub szkicownika.

I tak plakat do ''Czwartej siostry'' przedstawia cztery matrioszki, którym z głów wyrastają pistolety. Antyczna głowa ''Antygony w Nowym Jorku'' wygląda z puszki z zatkniętą nań amerykańską flagą. A ''Choinka strachu'' skomponowana jest z PRL-owskiej słuchawki telefonicznej z gałęziami w postaci łyżek i długopisów. Jest jeszcze ''Kopciuch'' - pantofelek z zapalonym papierosem, filmowym klapsem i żyletką. ''Polowanie na karaluchy'' ilustruje jasiek z wypustkami w postaci kubków, żarówki i miniaturowej Statuy Wolności. A sztukę ''Fontynbras się upił'' - miecz zakończony kieliszkami.

Głowackiemu się spodobało. To zachęciło Aleksandrę Skierko do tworzenia nowych plakatów. Dzieła dyplomowe zaproponowała polskim teatrom, które wystawiały sztuki Głowackiego. - Niestety, aktualnie żaden nie ma dramaturga w swoim repertuarze. Ale będę uważnie śledzić repertuary na lata następne - zapowiada Aleksandra.

''Dziady'', czyli rytuał zatopiony w wosku

Aleksander Myjak, kolega Oli z Wydziału Grafiki, też zdecydował zmierzyć się z literaturą. Pod kierunkiem profesora Macieja Buszewicza podjął się "Opracowania graficznego dramatu Adama Mickiewicza ''Dziady''. - Chciałem stworzyć coś monumentalnego, a ''Dziady'' to dramat znany wszystkim. Postanowiłem odciąć się od interpretacji z lat 50. i 60., gdy ''Dziady'' oddziaływały na życie polityczne i wywoływały kontrowersje. Postanowiłem wrócić do korzeni - mówi Aleksander Myjak.
Zagłębił się więc w lekturze, próbując odczytać rytuał. - Cały czas próbowałem sobie wyobrazić, jak mógł wyglądać, jakie towarzyszyły mu zapachy, dźwięki i rekwizyty. Stąd wosk, który jest elementem części drugiej ''Dziadów''. Zatopiłem w nim rekwizyty związane z pojawiającymi się osobami dramatu i samym obrzędem - monety, obrazki, zdjęcia. Nawiązują do rytuałów guślarskich, odbywających się wśród świec i dymów - tłumaczy Aleksander Myjak.

Zafascynowany twórczością Josepha Beuysa zadbał, by obrazy stanowiące elementy pracy mogły funkcjonować samodzielnie. Najpierw powstało 12 tablic z żywym woskiem, które potem sfotografował, a fotosy umieścił w książce. Praca Myjaka składa się z trzech części - poza pierwszą, w wosku, są jeszcze dwie - trzecia i czwarta część ''Dziadów''. Trzecia część dramatu przypomina modlitewnik - mikrym rozmiarem, skórzaną oprawą i prostą formą typograficzną. Część trzecia pracy do czwartej części dramatu, wykonana tylko za pomocą typografii, nawiązuje do formy notatnika.

Egzemplarz ''Dziadów'' Myjaka jest jeden. Bardzo cenny. Nie tylko ze względu na wykonanie i nakład pracy. Samo szycie kosztowało 400 zł. Kiedyś będzie perłą czyjejś kolekcji, bo już teraz wzbudza zachwyty nie tylko przeciętnych czytelników, ale i specjalistów.

Umieszczone w szklanej gablocie opracowanie ''Dziadów'' goście wernisażu zostawiali sobie na deser. Wymagało nie tylko zastanowienia, ale i wyostrzenia wzroku. Od wejścia w oczy rzucał się natomiast ponaddwumetrowy człowiek wyrzeźbiony przez Grzegorza Gwiazdę: - Ciało człowieka jest kruche i przemijające. Dlatego moja praca skupia się na materialnej sferze istnienia ludzkiego, tym opakowaniu, za pomocą którego jesteśmy w świecie, podkreślając wszelkie jego niedoskonałości - tłumaczył Gwiazda swoją dyplomową rzeźbę ''Oto człowiek''.

Wykonana techniką własną ponadmetrowa rzeźba człowieka jest precyzyjna, proporcjonalna i prawdziwa, ale krucha. Dojrzały mężczyzna ze zgrabną czaszką i silnymi mięśniami ma kolor ziemi, na której stoi. Popękanej i rozsypującej się, jak ciało pod wpływem działania czasu.
''Oto człowiek'' to, zdaniem dziekana wydziału rzeźby profesora Piotra Gawrona, ''paszport otwierający Gwiaździe drogę do świata twórców sztuki''.

Jak pisze profesor Gawron w albumie wystawy COMING OuT: ''Zanim młody rzeźbiarz otrzyma paszport (...) pedagog - mistrz za niego odpowiedzialny musi pokazać mu, jak patrzeć na otaczającą go rzeczywistość oraz jak przekazywać innym tę nowo odkrytą wizję. Udany dyplom to rezultat wspólnej pracy zaczętej od przekazania artystycznego abecadła i technicznego rzemiosła, a zakończonej zachętą i pomocą w poszukiwaniu własnej drogi twórczej''.
Kurator do artysty: wystawa z nazwiskiem

Tym razem ta pomoc kontynuowana jest po dyplomie. Kilku z 19 absolwentów biorących udział w COMING OuT już pierwszego dnia dostało propozycje współpracy. Inni znaleźli się w bazie wielkich firm i pamięci właścicieli galerii. Taka wystawa to wielki kapitał. Chociażby przez to, że można wpisać ją w CV, a kuratorowi centrum sztuki, któremu prezentuje się swoje prace, powiedzieć, że wystawiało się na Grochowskiej. Bo przekonanie do swoich prac nawet najmniejszej galerii to dla świeżo upieczonych, nieznanych jeszcze artystów problem nie do pokonania. Słyszą: ''Nie wystawię cię, bo nie masz nazwiska. Idź do domu kultury''. Ale w domu kultury nazwiska wyrobić nie sposób. Ludzie zauważają artystę, gdy ten zaprezentuje się w poważnej galerii. I koło się zamyka.

Przed dyplomem Róża Puzynowska przez cztery miesiące szukała przestrzeni wystawienniczej. Schodziła chyba wszystkie warszawskie galerie. - Odkryłam, że sztukę kreują kuratorzy. W Centrum Sztuki Współczesnej usłyszałam od kuratora, też artysty, że moje obrazy nie są na topie, bo ''sztuka polska nie jest o tym'', że mam za czysty warsztat, a tematyka to za mocny konkret. Załamałam ręce - opowiada Róża.

O plakatach do sztuk Janusza Głowackiego Aleksandra Siekierko myślała miesiąc:
Chciałam skondensować w jedną całość wielość rekwizytów kojarzonych ze sztuką. Janusz Głowacki był gościem wystawy podyplomowej. Plakaty mu się spodobały

Oprócz miażdżącej krytyki zebrała też mnóstwo rad. Między innymi taką, by przez wiele lat robić fotografię tego samego przedmiotu lub człowieka. Albo, jak poradził jej kolejny kurator, zaprosić do domu znajomych i w pokoju, w którym stałoby tylko łóżko, kazać im przymierzać jej własne ubrania. Fotografie tej akcji miały zapewnić jej natychmiastowy sukces.

Czteromiesięczne wędrówki po galeriach Róża przekuła jednak w sukces. Opisała je w eseju, który stanowi teoretyczną część jej pracy, zatytułowanym ''Książka kucharska, czyli przepis na obraz''.

Nie dla dyktatury kuratorów

Aleksandra Myjaka przeraża dyktatura kuratorów. - To bzdura. Przecież to artysta, a nie kurator, kreuje sztukę! W ten sposób ogranicza się artystę - mówi. Dlatego swoją przyszłość związał częściowo z uczelnią, gdzie wykłada i robi doktorat.

- Artyści zawsze umiejętnie łączyli działalność artystyczną z nauczaniem. Myślę, że praca na uczelni to jedyna, która jednocześnie pozwala na własny rozwój. Nawet go wymusza, bo profesor, który sam się nie rozwija i nie tworzy, nie miałby czego przekazać uczniom - przekonuje Aleksander Myjak. Dlatego nie wyobraża sobie pracy w agencji reklamowej, która wdrożyłaby go w kierat. - Jeśli chce się tworzyć, trzeba zapomnieć o łatwych pieniądzach, które dostaje się za pracę po kilkanaście godzin na dobę. Sztuka wymaga poświęceń - tłumaczy Myjak.

Pracę doktorską pisze też Ola. Myślała o etacie w wydawnictwie, który mogłaby łączyć z pracą naukową. Po sukcesie plakatów do sztuk Głowackiego zastanawia się nad pracą dla teatrów. Tutaj też jednak niewiele zdziała bez nazwiska. Na razie próbuje zorientować się, jakie sztuki dopiero wchodzą na afisz. Gotowa jest pukać do wielu drzwi, by zobaczyć swój plakat na teatralnym słupie.

Róża wytrwale szuka przestrzeni wystawienniczej. Ona też wie, że praca w korporacji zabrałaby czas jej obrazom. Na razie żyje z honorarium z ostatniego zlecenia i - jak wszyscy - korzysta z pomocy rodziców. Planuje kolejny cykl obrazów. Tym razem o osobach reprezentujących kontrastujące ze sobą typy piękna. Poszukuje osób pięknych niestandardowo, pomimo nadmiernej tuszy, chudości, wad w wyglądzie.

- Chcę pokazać, co stoi za tą tożsamością wizualną. Ciepło, którym emanują takie osoby. Pokazać, że są one w stanie oswoić siebie i być szczęśliwe, mimo że zwykle zmagają się z lękiem przed odrzuceniem - tłumaczy Róża.

Nie jest pewna, czy ''Stereotypy a tożsamość'' zdołają przebić się do którejś z galerii, choć widzi , jak reagują na nie ludzie. Oni nie mają wątpliwości, że cykl należy pokazać światu. Kiedy mówię, że jej obrazy wciąż za mną chodzą, uśmiecha się: "O to chodziło".

O 19 najlepszych absolwentów ASP na pewno jeszcze nieraz usłyszymy. COMING OuT, który ma stać się imprezą cykliczną, otworzył pierwsze drzwi. Teraz czas na zmianę mentalności wystawców i kuratorów. Młodzi wierzą, że dokona się jeszcze za ich życia.

polecane: Flesz: otyłość zabija Polaków, problem rośnie i dotyczy nastolatków

Materiał oryginalny: Sztuka wychodzi z uczelni - Polska Times

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3