Szachy i bruzda Rolanda, czyli jak być mądrym

Paweł Zarzeczny
Zawsze w czwartek rano słyszę, co napisał Clarkson i ile mam miejsca (boję się, że on kiedyś popije i będę musiał pisać na całą stronę, serio!). No więc słyszę, że coś skrobnął o córce. No to ja, dla odmiany, o synu!

Czasem się zastanawiam, dlaczego jest mądry, no bo niemożliwe, żeby jakąkolwiek z cech odziedziczył po ojcu. Tata leniwy - on pracowity. Tata niewierny - on jak najbardziej. Tata średnio wierzący - on z kolei pobożny. Tata, noga z matmy i fizy - on, geniusz. Tata, językowe zero - a on, poliglota. Tata, najzwyczajniejszy czytacz książek - on, absolwent prawa, bankowości, handlarz naftą na skalę światową i nauczyciel od handlu takich tam różnych nacji, jak Amerykanie, Azjaci, Afrykanie, Australijczycy.

Z czego się to wzięło - tak dumam czasem. Nie miał w rodzinie ani noblistów, ani wybitnych lekarzy, ani prawników. Ot, zwykłych ludzi. No to skąd się to wzięło? Skłonny byłbym przypuszczać, że gdzieś w pobliżu przejeżdżał jakiś arystokrata. Ale nie, podobieństwo jest zbyt uderzające, więc nawet w szpitalu nie mogli go podmienić.

Jeżeli jesteście tacy jak ja, to albo macie dzieci, albo chcielibyście je mieć. I w zasadzie w którymś momencie pojawia się jedno marzenie. Żeby nie były głupie. Żeby umiały sobie w życiu poradzić. No więc ja wam zdradzę jeden sekret, dlaczego mój syn daje sobie radę w życiu. W każdej strefie czasowej, klimatycznej, towarzyskiej. No, piwa jeszcze nie potrafi pić - ale to kolejna zaskakująca różnica z ojcem! Otóż, syn nie jest durniem z jednego tylko powodu. Bo jako dzieciaczyna… grał w szachy!

Śmiejecie się. Wiem. Ale poznajcie moją historię. Ja w szachy grałem słabo, do czasu jak Bobby Fischer z Ameryki walczył z Borysem Spasskim ze Związku Radzieckiego, lata 70. Myśmy Ruskim życzyli wszystkiego najgorszego, włącznie z tym, żeby spadały ich statki kosmiczne Sojuz.
Ten Fischer, genialny dzieciak, zdemolował całą rosyjską szkołę szachową, choć przy okazji objawiał częste przejawy wariactwa. No więc ja zacząłem grać jak on (bo w szachach możesz naśladować arcymistrza, powtarzając jego ruchy, gdy w piłce nożnej nigdy!). No a jak urodził się syn, no to oczywiście zapisałem go do szachowego klubu Maraton na ulicy Niecałej w Warszawie (dziś nasza młodzież chodzi tam niestety tylko do modnego klubu Platinium).

Siedmio-, ośmio-, dziewięciolatek grał tam z różnymi starszymi panami, ja w tym czasie pomagałem jednej studentce medycyny przygotować się do sesji, no i co się działo?

Eureka! Otóż kiedy gra się w szachy w młodym wieku, zachodzi pewna istotna, acz pozytywna zmiana w naszym mózgu ("Mózg - galaretka występująca czasem powyżej szyi, rzadziej u Kobiet, choć one twierdzą, i słusznie, że… jeszcze rzadziej u Mężczyzn"). Otóż w tej galaretce jest coś takiego, co nazywa się bruzdą Rolanda. Bruzdą.

Nie tak głęboką jak Rów Mariański, nie tak głęboką jak po uderzeniu młotkiem. Ale ta bruzda powiększa się - uwaga - wraz z każdą partią szachów! A jak jest głębsza - no to robi się tak jak u syna. Człowiek w mig uczy się języków, z matmy dostaje szóstki, a studia kończy, jakie tylko chce i - co ważne - w dowolnym kraju świata. Pisze książki. Ta bruzda powoduje (a raczej jej brak), że w roku 2008 Polacy mieli 102 wynalazki, a Niemcy 17,5 tysiąca! Wniosek - coś chyba jednak jest na rzeczy.
Uczcie swoje dzieci grać w szachy. U mnie na wsi mieszka chłopczyk Łukasz, który wygląda ledwie na 3 lata, a ma 13 - porażenie mózgowe. Gra oczami. Wygrywa, jest piękny, właśnie zdobył IV kategorię. Uwaga - czy wiecie, że 70 procent dzieci ociemniałych ma kłopoty ze zrozumieniem najprostszych pojęć, a te, które przestawiają na szachownicy figury, są w stanie sobie doskonale w życiu radzić? Czy wiecie, że ta bruzda Rolanda to nieodgadniona rezerwa - także Twojego dziecka? A ile będą Cię te szachy kosztować - 10 złotych? Wspólny wieczór? Ale może wolisz, żeby Twoje dziecko było Jankiem Muzykantem? I ten lepszy świat oglądało tylko przez okno?

W szachach jak w życiu. Są pionki i królowe, gońcy i skoczki, wieże, roszady. Są ofiary i groźby, są kombinacje. Jest wyobraźnia, fantazja, ale też rygoryzm. Ale najważniejsze - ta galaretka, zwana u wielu ludzi chyba na wyrost mózgiem, odkrywa swoje powołanie.

No, na razie dość, choć o szachach nie kończę. Żebyście jednak nie myśleli, że po pierwsze, każdy szachista to nudziarz, a po wtóre, nie warto czytać tekstów Zarzecznego do końca - moja ulubiona szachowa historia. Pytają wybitnego arcymistrza Aljechina: - Czy to prawda, że woli pan damę szachową od takiej normalnej damy?
- Hm, to zależy tylko od pozycji!

Wideo

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

t
tomek
billyboy, co ty piszesz? ze wreszcie cos do rzeczy? przeciez pawel zarzeczny jest swietny w KAZDYM swoim felietonie! mam nadzieje, ze kiedys wyda je w postaci ksiazki.
b
billyboy
Wreszcie coś do rzeczy!Po serii niewypałów wreszcie coś mądrego i PRAWDZIWEGO!!
s
spokojny
Niestety często tak jest – człowiek przychodzi na świat utalentowany a potem pojawia się szkoła...

Muszą być i testy i wiedza i umiejętność samodzielnego myślenia. Jedno drugiemu nie przeszkadza ale wręcz pomaga. Proszę bardzo: robię w ramach matematyki lekcję z teorii gier na przykładzie szachów i brydża, potem robię test w postaci rozgrywek i sprawdzam rankingiem kto jest lepszy a kto gorszy. A więc można i ciekawie i efektywnie. Tylko trzeba chcieć i trzeba odpowiednie testy przygotowywać.

Teorii gier można uczyć metodą nudnych formułek matematycznych a można robić to grając profesjonalnie w brydża z młodzieżą ale ten nauczyciel musiałby to umieć prawda? A to znowu wysiłek.
Dodaj ogłoszenie