Syberia głodnego dzieciństwa

Prof. Adam Czesław Dobroński
Na zdjęciu : od lewej: Honoratka, Rysia, Irka (siedzi), Heniusia i Lucynka przed budynkiem ochronki polskiej w Małej Minusie, 1942 r.
Na zdjęciu : od lewej: Honoratka, Rysia, Irka (siedzi), Heniusia i Lucynka przed budynkiem ochronki polskiej w Małej Minusie, 1942 r.
Syberia była dla wywiezionych obywateli II Rzeczypospolitej krainą plag rozlicznych, tęsknoty i bólu, a dla wielu miejscem pożegnania na zawsze.

Powracam do fascynującej opowieści Henryki (Heniusi) Bogusławskiej-Pagiello, rodem z Bargłowa, obecnie mieszkanki Augustowa. Wciąż jestem pod wrażeniem tej narracji, bo zawiera opisy wręcz niewiarygodne, przypadki dotychczas nigdy nieujawnione. Wskazujące na prawdziwych bohaterów i na po prostu mizeroty, niezależnie od ich opcji politycznych, narodowości i pochodzenia.

Syberia była dla wywiezionych obywateli II Rzeczypospolitej krainą plag rozlicznych, tęsknoty i bólu, a dla wielu miejscem pożegnania na zawsze. Była jednak i ziemią walki oraz sukcesów, krainą wyrafinowanego piękna, tłumionych marzeń i swoistą kuźnią charakterów. I nie mogę zgodzić się z powtarzanym sloganem, że to ziemia nieludzka. Nieludzi był system polityczny, nieludzcy byli i niektórzy ludzie.

W czerwcu enkawudziści załadowali do wagonu na stacji w Augustowie sześcioro „wrogów ludu” z rodziny Bogusławskich: ciężko chorego dziadusia Piotra, Irkę lat 13, Heniusię lat 9, Honoratkę lat 7, Lucynkę lat 5 i Rysia lat dwa i pół. Ojciec Edmund, sierżant „Niemy”, zasilił struktury partyzanckie ZWZ-AK, mama Marianna wcześniej została skazana na 8 lat łagrów. Pierwszy etap syberyjskiej poniewierki stanowił sowchoz Skotowod w rejonie askiskim syberyjskiej obłasti Chakasja, tam spoczął na wieki Piotr Bogusławski.

Etap drugi - Czarnogorsk

Zostaliśmy sami w czwórkę, średnia wieku niecałe 10 lat, do domu tysiące kilometrów. I wtedy sprawy w swe ręce wziął anioł ziemski. Nazywał się Kostek Mitros, pochodził z Bargłowa, znał naszego ojca. Gdy się dowiedział (to też cud), że zmarł nasz dziadunio powiadomił kogo trzeba i zostaliśmy zabrali pociągiem do Czarnogórska w Krasjonarskim Kraju. Powitanie mieliśmy królewskie, na stacji czekali na nas koledzy Kostka z taczkami górniczymi. Czwórka wsiadła do tej „karocy”, Irka szła obok i tak dostaliśmy się do pokoju Kostka w baraku robotniczym, Zamieszkałym głównie przez deportowanych Polaków. Żeby nas upchać pan Mitros zmontował prycze, jego mama a teraz nasza ciocia przywitała nas zupą marchewkową, pierwszą tak dobrą zupą po opuszczeniu Polski. I zaczęła się walka, cicha a zawzięta, by nas nie oddać do rosyjskich domów dziecka. Kostkowi pomagali koledzy, oddawali co kto mógł ze swoich racji żywnościowych. Zaczęli mnie uczyć tabliczki mnożenia, bym mogła pójść do szkoły, a młodsza trójka skorzystała z przedszkola. To był kawałek raju w poświacie syberyjskiej.

O żywność było jednak coraz trudniej, więc zapadła decyzja, by mnie, Lucynkę i Honoratkę przekazać do innych rodzin polskich, a u Kostka zostali Irka i Rysio. Lucynka szybko się zadomowiła u państwa Wiewiórków, którzy zrobili do niej nawet mały stołeczek. Ja miło wspominam pobyt u państwa Szelągów, gdzie miałam własne łóżko. Co za luksus! Honoratka trafiła do państwa G. na status niepotrzebnej nikomu sierotki. Kazano jej materac wynosić rano do sieni, a na zewnątrz temperatura spadała do minus 50 stopni. Skutek był taki, że na ciele siostrzyczki pojawiły się rany z ropą. Z ochotą chodziła do szpitala, gdzie pielęgniarki rosyjskie zatroszczyły się o nią. Pewnego dnia Lucynka wracając do domu spotkała na ulicy Irkę, pochwyciła ją za nogi, błagała z płaczem. Tak biedulka trafiła znów do Kostka, a my podążyliśmy za nią. I znów było ciasno na pryczach, marchewkowato, ale radośnie, bo wśród szczerze swoich, kochanych.

Niestety, w 1942 roku o Kostka upomniał się front. Było za późno na gen. Władysława Andersa, ratunkiem okazał się gen. Zygmunt Berling. Znaleziono nam polską ochronkę, też na obszarach Kraju Krasnojarskiego. Kostek był pewny, że tam przetrwamy.

Etap trzeci - Mała Minusa, Minusinsk

Może najpierw w telegraficznym skrócie kilka faktów, które dziś znaczą coś częściowo innego niż wówczas. Ważne było, by przeżyć wśród swoich. To nam zapewniał Związek Patriotów Polskich, ten z Wandą Wasilewską na czele, ale co to nas obchodziło. I z paczkami UNRRA, żółtą mąką (jajka amerykańskie w proszku), kaszą manną, bardzo małymi kromkami syberyjskiego chleba. Każdy dzień żegnaliśmy pieśnią: Idzie noc, słońce już/ zeszło z pół, zeszło z gór/ zeszło z mórz./ W cichym śnie spocznij już. Bój jest tuż/ Bóg jest tuż. I wierzyliśmy, że jest blisko. Nauczyliśmy się przedwojennych pieśni o naszej szarej piechocie, maszerujących strzelcach, ułanach malowanych. Zapewniam, że śpiewaliśmy „Pierwszą Brygadę” i wszystko to radowało nasze serca. Były zbiórki harcerskie, przedstawienia - raz nawet odgrywałam rolę Żyda - spotkania rocznicowę. I ta zwrotka brzmiąca jak hymn: Spełnią się wkrótce sny/ I do Polski wrócimy/ Bo nasze serca o tym śnią/ By wreszcie ujrzeć ziemię swą. Oczywiście nasłuchaliśmy się także czastuszek śpiewanych przez grupy młodzieży miejscowej.

A jednak nie wszystko okazało się miłe. Irka pojechała pracować do Krasnojarska, do fabryki walonek. Po prostu była za duża do ochronki. Zostaliśmy więc w czwórkę zdani na panie opiekunki: Domańską, Godlewską, Herbikową. Różnie je wspominamy, ja trafiłam najgorzej, do bezwzględnej egzekutorki regulaminów, czułej mamy dla swej Zosi, dla reszty dzieci surowej macochy z darem do wymierzania kar i z misją umartwiania nas. A okazji miała ku temu dużo, bo ustawiczne uczucie głodu sprawiało, że chłopcy cybili kramki chleba z tacy (wyliczone po jednej dla każdego), zgodnie porywaliśmy arbuzy z fury, kradliśmy kłosy zbóż w sowchozie. Kilka razy udało mi się podczas dyżuru w kuchni schwycić kawałek chleba i przerzucić przez lufcik do Honoratki, Lucynki i Rysia czekających za oknem i od czasu do czasu błagalnie pomiałkujących: Heniusia, Heniusia. Szczęście, gdy mogłam myjąc garnek po kaszy mannej wylizywać palce oblepione resztkami cudownej papki. Te najsłabsze dzieci ratowała pani doktor Sobolewska umieszczając je w izolatce, dokarmiając kromkami chleba i tranem.

Chce jeszcze wspomnieć bez odrobiny entuzjazmu o kierowniczce ochronki Marii Karskiej. Pokazywała się nam rzadko w towarzystwie jeszcze jednej damy i pieska Grajdusia. Była jak królowa w krainie głodu i biedy. Nie wiem, jak to się działo - dowiedziałam się o tym dużo później - że mieszkańcy kupowali w naszym sierocińcu „żółtą mąkę”, ubrania, buty. Nasza mama w dalekim Tengeru (afrykańska Tanzania) tyrała na polach bawełny, by wysyłać paczki dla swych pociech w Rosji. Nabawiła się malarii, wróciła do kraju z „bawolim sercem”, a paczki trafiały w tajemnicy przed nami do magazynu, czasami dostawaliśmy z tej okazji po małym kawałku czekolady, częściej po łyżce tłuszczu do polewki zwanej zupą. A kto chodził w „naszych” bucikach i ciuszkach? Mnie przydzielono na zimę płaszcz żołnierski, każdy krok w nim przysparzał dużo bólu, bo twardym rantem uderzał w łydki. A rozdeptane walonki z cienką podeszwą były zimne, czasem nawet wilgotne.

Wiem, że ta ochronka była dla nas ratunkiem, że to była Syberia lat wojny. Wiem jednak, że mogło być jeszcze lepiej. Moja nauczycielka ze szkoły rosyjskiej Walentyna Michajłowna Maszennikowa napisała mi piękny wiersz na pożegnanie.

Meta - znów w Polsce

Do kraju wracaliśmy w 1946 roku w wagonie bez zaryglowanych drzwi i uzbrojonych żołnierzy. Bez dziadusia. Odbyliśmy wspólnie (140 osób, cała ochronka) kwarantannę w Gostyninie. Nie mogliśmy uwierzyć, że jutro też będzie dużo chleba, chowaliśmy go na zapas. W Bargłowie stanęliśmy gromadkę przy głównej drodze budząc sensację. Pewnie najbardziej dziwiły nasze sukienki uszyte z grubych koców wojskowych. Babcia zawiozła nas do swego domu, nakarmiła i wyprowadziła na wzgórek. Pokazała ręką na pole i powiedziała: Tam kiedyś był nasz rodzinny dom. A potem nadeszła radość powitań. Tatuś prześladowany przez UB, schorowana mama, sąsiedzi, dalsza rodzina. Za późno, bardzo za późno i to nas boli do dziś, zaczęliśmy poszukiwania Kostka Mitrosa. Przeszedł szlak bojowy przez Warszawę do Berlina. Osiadł potem we Wrocławiu, nie wiemy dlaczego tam. Pogmatwało mu się życie, zmarł nim zdążyliśmy dotrzeć i powiedzieć - DZIĘKUJEMY, byłeś Wielki.

W Małej Minusie pojawiłam się ponownie w maju 2003 roku na Zjeździe Wychowanków Polskich Domów Dziecka w Południowo-Zachodniej Syberii. Powróciły wspomnienia, a z nimi pytania. Możliwe, że jednak było nam tam zupełnie dobrze??! To przecież był kraj naszych lat dziecinnych.

Wideo

Materiał oryginalny: Syberia głodnego dzieciństwa - Gazeta Współczesna

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie