Swiatłana Cichanouska, czyli liderka mimo woli. Kim jest nowa przywódczyni białoruskiej opozycji [SYLWETKA]

Dorota Kowalska
Dorota Kowalska
Viktor Tolochko/SPUTNIK Russia/East News
Zajmowała się domem i dziećmi. Nie myślała o wielkiej polityce. W jej objęcia pchnął Swietłanę Cichanouską sam Aleksander Łukaszenka i białoruskie władze, decydując o aresztowaniu jej męża. Dzisiaj staje się liderką opozycji i jest nadzieją dla wszystkich, którzy liczą, że na Białorusi odbędą się wolne wybory

Spokojna, nieśmiała, jakby zaskoczona sytuacją - tak było na początku. Z każdym tygodniem Swiatłana Cichanouska stawała się prawdziwą liderką białoruskiej ulicy.

- Drugi tydzień z rzędu mój naród pokojowo walczy o swoje konstytucyjne prawo do wyboru przywódcy. Wybory 9 sierpnia nie były ani uczciwe, ani przejrzyste. Ich wyniki zostały sfałszowane - oświadczyła w przemówieniu wygłoszonym po angielsku i opublikowanym we wtorek w serwisie YouTube. Jak dodała, protestujący Białorusini byli bici i torturowani, a co najmniej dwóch zostało zabitych.

- To się dzieje w środku Europy. Wzywam was, byście nie uznawali tych sfałszowanych wyborów - zaapelowała do liderów państw UE, podkreślając, że dotychczasowy prezydent Aleksander Łukaszenka utracił legitymację swoich rządów „w oczach narodu i świata”.

Jej wiece wyborcze gromadziły tłumy. W ludzi wstąpiła wiara, że można zmienić siermiężną, białoruską rzeczywistość. 9 sierpnia przed lokalami wyborczymi ustawiały się długie kolejki. Kiedy dzień później ogłoszono wstępne wyniki wyborów, z których wynikało, że urzędujący od 26 lat Aleksander Łukaszenka zdobył 80 procent głosów, a Cichanouska jedynie 20, Białorusini wyszli na ulice. Sama Cichanouska została zmuszona do opuszczenia kraju, przeczytania też krótkiego oświadczenia.

- Ja, Swiatłana Cichanouska, dziękuję wam za udział w wyborach prezydenckich. Naród Białorusi dokonał wyboru - mówiła.

Nie ją pierwszą zmuszono do wygłoszenia kilku dziwnych zdań, będących swego rodzaju kapitulacją. Groźbą? Szantażem? Tego można się tylko domyślać.

Kilka dni później brzmiała już jednak zupełnie inaczej. Wiadomo, że jest na Litwie. Bezpieczna.

- Zawsze mówiliśmy, że naszego wyboru trzeba bronić tylko w legalny sposób, bez użycia przemocy. Tymczasem władze zamieniły pokojowe demonstracje w krwawą masakrę. Sytuacja jest krytyczna. Na to, co dzieje się w kraju, patrzę z bólem. Jestem przekonana, że dla każdego z nas życie ludzkie jest najcenniejsze. Musimy powstrzymać przemoc na ulicach. Wzywam władze do zaprzestania walk i podjęcia dialogu. Proszę wszystkich włodarzy miast o zorganizowanie masowych wieców 15 i 16 sierpnia - mówiła. Kilka dni później wezwała do stworzenia odpowiednich prawnych warunków do przeprowadzenia ponownych wyborów w uczciwy sposób. Zadeklarowała też, że jest gotowa wystąpić w charakterze lidera narodowego. To już była zupełnie inna Cichanouska: zdecydowana, pewna siebie, twarda.

- Cichanouska realnie będzie przewodzić opozycji. Scenariusz, który się rysuje, jeden z dwóch, trzech scenariuszy, ale ten najbardziej prawdopodobny jest taki, że Cichanouska będzie stała na czele państwa do wyborów, jako przejściowy prezydent. Nacisk wewnętrzny na Łukaszenkę, aby przeprowadzić normalne wybory będzie tak wielki, iż w końcu do nich dojdzie. Dlatego potrzebny jest przywódca, który przeprowadzi Białoruś przez ten okres i to będzie Cichanouska. Jeszcze dwa, trzy miesiące temu zadawalibyśmy sobie pytanie, czy odegra tę rolę, ale dzisiaj widzimy, że tak będzie. Nie tylko z powodu swoich talentów, ale także dlatego, że Białorusini widzą ją w tej roli, to oni czynią z niej swojego lidera - podkreśla Paweł Kowal, były sekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych.

I pomyśleć, że w polityce znalazła się trochę przez przypadek, bo pewnie jeszcze rok temu do głowy by jej nie przyszło, że będzie walczyć o prezydenturę z Łukaszenką. Nigdy nie myślała o robieniu biznesowej kariery czy wejściu na scenę polityczną.

- Ona nigdy nie myślałaby o zaangażowaniu się w życie polityczne, gdyby nie zmusiła jej do tego sytuacja, gdyby jej mąż nie trafił do więzienia, gdyby nie to, że chciała go jakoś wesprzeć, a w każdym razie wesprzeć sprawę, za którą się opowiedział on i jego stronnicy, to nigdy nie zostałaby czynnym politykiem. Ale nie chciała, żeby sprawa, o którą zawalczyć chciał jej mąż, została po jego aresztowaniu sierotą. Więc Cichanouska w takim poczuciu lojalności w stosunku do męża, ale również w poczuciu lojalności do sprawy, którą mąż uważał za ważną, postanowiła się w tę politykę zaangażować i stała się liderem tego plebiscytu, opcją, na którą można zagłosować pokazując czerwoną kartkę Łukaszence - mówił mi Sławomir Dębski, politolog i historyk.

Jego zdaniem, pojawienie się Cichanouskiej jest naturalnym wynikiem procesu politycznego, który uruchomił prezydent Białorusi i białoruskie władze. Wszystko przez aresztowanie Siarhieja Cichanouskiego, męża Światłany, jednego z liderów opozycji.

- Siarhiej Cichanouski był niesamowicie popularny, prowadził bloga, ale został aresztowany - tłumaczy prof. Andriej Moskwin, wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego, kierownik Pracowni Badań nad Teatrem i Dramatem Europy Środkowo-Wschodniej.

Siarhiej Cichanouski jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych białoruskich aktywistów. Na swoim blogu pisał o problemach zwykłych ludzi, na spotkania z Cichanouskim przychodziły tłumy. Może dlatego postanowił startować w wyborach prezydenckich, nie mógł jednak zarejestrować swojego sztabu wyborczego, bo w terminie składania dokumentów do Centralnej Komisji Wyborczej odbywał karę aresztu właśnie za spotkania ze swoimi zwolennikami.

W wyborach postanowiła wystartować jego żona - Swiatłana. Kiedy Cichanouski wyszedł z aresztu, jeździł po kraju i zbierał podpisy pod jej listą poparcia. Pojechał także do Grodna, tam został zatrzymany po raz kolejny.

Media piszą, że w wyniku prowokacji - obok Cichanouskiego na ziemię upadł milicjant i to miał być właśnie powód zakucia opozycjonisty w kajdanki.

Już wtedy, w maju, w imię solidarności z blogerem, na ulice białoruskich miast wyszły tysiące osób, wszyscy śpiewali „Mury” Jacka Kaczmarskiego. To był nieformalny hymn protestujących, wcześniej puszczał go często w internecie sam Cichanouski. Tyle tylko że teraz na pierwszej linii frontu zamiast niego, stanęła jego żona - Swiatłana.

Cichanouska urodziła się w Mikaszewiczach na Polesiu. Skończyła szkołę podstawową, potem studia pedagogiczne w Mozyrzu (obwód brzeski). Mogła uczyć języków angielskiego i niemieckiego. Na studiach poznała Siarhieja Cichanouskiego. Pobrali się, mieszkali przez jakiś czas w Homlu, później przeprowadzili się do stolicy, do Mińska.

- Pracowała jako tłumaczka, a tłumacze, to takie mole książkowe. Cichanouska była skromna, spokojna. Zajmowała się domem, nie polityką - opowiada prof. Moskwin.

Bo w ostatnich latach Chchanouska nie była nigdzie zatrudniona, wcześniej zajmowała się tłumaczeniem w kilku organizacjach, poświęcała czas dzieciom: 4-letniej córce i 10-letniemu synowi.

- Kiedy Siarhiej został pozbawiony możliwości udziału w wyborach, a potem oskarżono go i niesłusznie aresztowano, postanowiłam go zastąpić i wziąć udział w wyborach. (...) Dla siebie, dla mojego męża, dla nas wszystkich, dla naszych dzieci. Jako żona i matka rozumiem, że w rodzinie jeden za wszystkich i wszyscy za jednego. Chcę, żeby tak samo było w naszym kraju - tak swój start w wyborach argumentowała sama Cichanouska.

Kiedy w siedzibie Centralnej Komisji Wyborczej dowiedziała się, że ta odrzuciła dokumenty męża, bo nie było na nich jego podpisu, postanowiła, że zarejestruje jego grupę inicjatywną jako własną. O dziwo, komisja przyjęła dokumenty. Szefem komitetu wyborczego Swiatłany został jej mąż. Dowiedział się o tym, kiedy wyszedł z aresztu.

- O niczym nie wiedział. Wcześniej, kiedy jeszcze był za kratami, wysłał list do Centralnej Komisji Wyborczej i był przekonany, że jego dokumenty zostały przyjęte. Pierwsza jego reakcja była z serii: i po co tam polazłaś? - mówiła dziennikarzom Cichanouska. I jeszcze: - Wcześniej nie angażowałam się w politykę, moja decyzja była dla niego niezrozumiała. Później jednak zrozumiał. Powiedział, że nie spodziewał się tego po mnie, że jest ze mnie dumny i że jest mi wdzięczny. Jednak do końca nie mógł uwierzyć w to, co zrobiłam. Sama również nie mogę w to uwierzyć.

Prof. Andriej Moskwin zauważa, że pewnie sama Swiatłana Cichanouska nie dałaby rady, gdyby nie wspierały ją dwie kobiety, a konkretnie Weranika Capkała i Maryja Kalesnikawa. Wszystkie trzy młode, ładne, wykształcone.

- To swego rodzaju nowość na białoruskiej scenie politycznej - zauważa prof. Andriej Moskwin.

Weranika Capkała to żona Walerego Capkały, który zebrał w sumie 220 tys. podpisów pod swoją kandydaturą, ale białoruska Centralna Komisja Wyborcza zakwestionowała aż 145 tys. z nich i za poprawnie złożone uznała jedynie 75 tys. Tymczasem do rejestracji kandydatury potrzeba 100 tys. podpisów. Capkała opowiadał niezależnym mediom, że czuje się śledzony, inwigilowany, jego żona podkreślała, że są szykanowani i szantażowani. Capkała uciekł z dziećmi do Moskwy, na placu boju została Weranika.

Z kolei Maryja Kalesnikawa to koordynatorka sztabu wyborczego Wiktara Babaryki. Wiktar Babaryka to bankier i przedsiębiorca, który pod swoją kandydaturą uzbierał nawet 450 tys. podpisów - najwięcej w historii Białorusi. Tyle że został zatrzymany za rzekome pranie brudnych pieniędzy i unikanie podatków w czasach, kiedy kierował jednym z białoruskich banków. Kandydatury Babaryki CKW nie zarejestrowała pod pozorem odkrycia błędów w jego oświadczeniu majątkowym oraz niezgodnego z prawem finansowania kampanii wyborczej z zagranicy. Sztaby Cichanouskiej, Walerego Capkały i Wiktara Babaryki podpisały porozumienie o współpracy, a Cichanouska i Capkała oraz Kalesnikawa stanęły naprzeciw Łukaszenki.

- Wiece Swiatłany Cichanouskiej stały się swego rodzaju show, czegoś takiego jeszcze na Białorusi nie było. Odbywały się koncerty, występowali aktorzy, były prowadzone dyskusje, to były wiece trochę w amerykańskim stylu. To przyciągnęło ludzi, zwłaszcza młodych, ale nie tylko - mówi prof. Andriej Moskwin. I dodaje, że miarka się przebrała, że na Białorusi ludzie mają już dość życia w kłamstwie, mają dość niskich zarobków i wysokich cen.

- Łukaszenka zrobił wszystko, żeby zabić prywatny biznes. Ludzie widzą w telewizji, że nic się nie zmienia, że wciąż żyją w jakimś skansenie. Tymczasem młodzi, ale nie tylko oni, także ludzie starsi, wyjeżdżają za Zachód, podróżują, są wykształceni. Nie chcą takiego życia. Białorusini to bardzo proeuropejski naród - tłumaczy Moskwin.

Julia, Białorusinka, mieszkająca w Polsce, opowiada, że Cichanouska ich porwała, podobnie zresztą, jak Weranika Capkała i Maryja Kalesnikawa.

- Wszystkie trzy są bardzo autentyczne, naturalne. Doskonale wiemy, że na Zachodzie żyje się inaczej i wiemy, że przy Łukaszence nic się nie zmieni. Cichanouska sprawiła, że ludzie uwierzyli w szansę zmian - opowiada. - Myślę, że jakieś 80 procent Białorusinów na nią głosowało, nie tylko młodzi, moi dziadkowie także - uśmiecha się.

Podczas wieców tłum skandował: „Swiata! Swiata! Swiata!” i „Wierzymy! Możemy! Zwyciężymy!”. Te tysiące ludzi na początku ją onieśmielały, na jednym z pierwszych spotkań nawet się popłakała, ale potrafiła przemawiać, w każdym razie szybko się tego nauczyła.

- Jestem tutaj nie dla władzy. Jeśli wygram, w ciągu pół roku zorganizuję nowe, uczciwe, sprawiedliwe wybory z udziałem wszystkich kandydatów. Po raz pierwszy od 20 lat mamy tyle siły, że możemy zwyciężyć. Mamy dwie drogi: słuchać dalej obietnic albo wziąć sprawy w swoje ręce i zbudować nową Białoruś. Jestem prostym człowiekiem, kobietą, matką, która chce, byśmy w końcu mieli takie życie, na jakie zasługujemy - obiecywała.

Chyba nie spodziewała się aż takiego sukcesu, tego, że porwie tłumy. Nie spodziewał się go także jej główny konkurent. Łukaszenka mówił o Cichanouskiej protekcjonalnie, prześmiewczo nawet.

- Oczywiście, że jestem gotów rozmawiać ze wszystkimi, ale z mojej strony byłoby to (debata z Cichanouską) wręcz nietaktowne. O czym miałbym z nią rozmawiać? Rozmawiać z nią nie ma o czym. Przecież wiem, że ją wypchnęli i rozwinęli jak swego rodzaju sztandar. A ona? No cóż, usmażyła może dobre kotlety, nakarmiła dzieci i jeszcze czuć zapach tych kotletów, a tutaj debaty mielibyśmy prowadzić? Znam jej możliwości - kpił w jednym z wywiadów.

Łukaszenka nie spodziewał się pewnie także tego, co stanie się po wyborach. Tłumów na ulicy, kobiet z naręczami białych kwiatów. Zareagował nerwowo: tysiące Białorusinów trafiły do aresztów, dwóch zginęło, wciąż nie wiadomo, co dzieje się z wieloma demonstrantami.

- To, czego jesteśmy świadkami na Białorusi, jest nie do przyjęcia. Unia Europejska zaczęła prace nad sankcjami - ogłosił szef Rady Europejskiej Charles Michel. - Wybory 9 sierpnia nie były ani wolne, ani sprawiedliwe. Przemoc wobec pokojowych demonstrantów była szokująca i musi zostać potępiona, a jej sprawcy ponieść odpowiedzialność. UE już zaczęła prace nad sankcjami - zapowiedział. Michel podkreślił, że Białorusini mają prawo stanowić o swojej przyszłości.

- Aby to nastąpiło, przemoc musi zostać powstrzymana, a jednocześnie musi się rozpocząć pokojowy dialog wszystkich środowisk. Władza na Białorusi musi być reprezentacją woli narodu. Nie może być żadnej ingerencji z zewnątrz - dodał Michel, mając pewnie na myśli Władimira Putina.

Także polscy posłowie przyjęli ustawę potępiającą białoruskie władze za to, co dzieje się na Białorusi, ale też siły bezpieczeństwa brutalnie rozprawiały się z pokojowo demonstrującymi ludźmi.

- To był dla nas wstrząs - nie ukrywa Julia. - Wiedzieliśmy, kim jest Łukaszenka, ale nie spodziewaliśmy się takiej agresji, takiej brutalności w stosunku do zwykłych obywateli. Wyłapywano nie tylko demonstrantów, ale i kobiety idące na zakupy, młodych ludzi wracających z uczelni, wszystkich, którzy mieli odwagę wyjść na ulice - dodaje. To nimi wstrząsnęło. Ale pozbierali się równie szybko, jak sama Cichanouska. Uwierzyli, że mogą zmienić rzeczywistość, że muszą być razem - tak mówi Julia. Będą demonstrować dalej.

- Cichanouska okazała się wspaniałą przywódczynią! Trzeba pochylić czoła dla jej odwagi i politycznej determinacji. Aby zostać politykiem w stabilnej demokracji, nie trzeba nic więcej poza chęcią. W warunkach dyktatury trzeba niebywałego hartu ducha i siły charakteru, wszak ryzyko fizycznych represji, i nie ukrywajmy - utraty życia, dotyczy nie tylko osoby, która rzuca wyzwanie autorytarnej władzy, ale także jej rodziny, najbliższych i przyjaciół - uważa Sławomir Dębski.

W wywiadzie, jakiego w Mińsku udzieliła dziennikarzom, przyznała, że nie może doczekać się momentu, kiedy z więzienia zostanie wypuszczony jej mąż. - Mówią mi, że jestem politykiem, że od tego już nie będzie odwrotu, ale ja tego nie czuję. Jestem prostym człowiekiem. Nie mogę doczekać się powrotu do domu, do wychowywania dzieci, bycia przy mężu. To moje życie - mówiła. I dalej tłumaczyła, że siłę do walki nawet nie tyle z Łukaszenką, ile o wolność i sprawiedliwość dla narodu i kraju daje jej miłość. - Odkryłam w sobie pokłady miłości do mojego narodu i ojczyzny, a także siłę, o jaką nigdy bym siebie nie podejrzewała - stwierdziła.

Na początku tygodnia premier Morawiecki napisał na Twitterze: „Rozmawiałem telefonicznie ze Swiatłaną Cichanouską. Zapewniłem, że Białorusini mają pełne wsparcie Polski zarówno w swoim dążeniu do wolności ojczyzny, jak i codziennym życiu w Polsce. Dziś, 40 lat po porozumieniach sierpniowych, ta solidarność jest nam znów potrzebna”.

Testy na Covid tańsze za granicą

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie