Świątek: Ciało zawsze zdradzi kłamczucha, bo ciało nie zna...

    Świątek: Ciało zawsze zdradzi kłamczucha, bo ciało nie zna kłamstwa

    Robert Migdał

    Polska

    Polska

    Kto kłamie częściej: kobiety czy mężczyźni? Czy lubimy być oszukiwani? Po czym poznać kłamstwo? Z Jarosławem Świątkiem, psychologiem społecznym, autorem książki "Wszyscy kłamią. Nie daj się oszukać!", rozmawia Robert Migdał.
    Często Pan kłamie?
    Oczywiście. Kłamię tak samo jak inni ludzie.

    Czyli, według najnowszych badań, trzy razy w ciągu dziesięciominutowej rozmowy.
    Tak jest w Stanach Zjednoczonych. W Polsce jest gorzej - kłamiemy z jeszcze większą częstotliwością. Około 6 razy w ciągu 10 minut.

    Skąd te różnice?
    Amerykanie są bardziej bezpośredni w relacjach z innymi - częściej niż Polacy potrafią powiedzieć prosto z mostu, że im się coś nie podoba, że coś leży na duszy, że im się czegoś nie chce zrobić.
    W Polsce natomiast nie jesteśmy tak szczerzy, bo staramy się być wobec innych grzeczniejsi. Na przykład nie chcemy kogoś urazić odmową, złym słowem. W czasie rodzinnego obiadu będziemy zapewniać, że "zupa nam smakowała", choć niekoniecznie tak było. Powiemy, że "nic się nie stało", gdy ktoś nam nadepnie na palec w autobusie, choć tak naprawdę się stało, strasznie nas boli i czujemy żal, złość. Dlatego w naszej, polskiej kulturze kłamstwa są bardziej powszechne niż na Zachodzie. Wszystko przez tę uprzejmość, która nam jest wpajana od urodzenia.

    Twierdzi Pan, że wszyscy kłamią. Kto częściej: kobiety czy mężczyźni?
    Kobiety i mężczyźni różnią się rodzajami kłamstwa. Mężczyźni najczęściej kłamią, żeby podtrzymać własną samoocenę, żeby ją bardziej eksponować - kłamią na swój temat, na temat swoich dokonań. Mówimy, że jesteśmy lepsi, niż w rzeczywistości jesteśmy, kłamiemy, że na przykład zrobiliśmy o 20 pompek więcej, niż zrobiliśmy w rzeczywistości. Że przebiegliśmy więcej kilometrów wieczorem, niż ich było naprawdę. Po prostu zawyżamy swoje osiągnięcia, żeby dowartościować się w oczach innych. Z kolei kobiety kłamią częściej w sytuacjach społecznych - ubarwiają jakieś zdarzenie, dopowiadają zmyślone fakty. Żeby było ciekawiej. A kto częściej konfabuluje? Nie ma wielkiej przewagi jednej ze stron - kłamiemy po równo.

    Jesteśmy kłamczuchami.
    Tak, bo kłamstwo jest ważnym narzędziem naszego życia społecznego. Choć, gdy słyszymy słowo "kłamstwo", to mamy bardzo negatywne skojarzenia - myślimy sobie, że to coś bardzo złego, coś, czego nie powinno się robić. Tymczasem kłamstwo kłamstwu nierówne.

    Są mniejsze kłamstewka i kłamstwa poważne?
    Na przykład białe kłamstwa, czyli te z dobrą intencją. Mamy w rodzinie kogoś ciężko chorego, a zdarzyła się w tragedia - zginął ktoś bliski. I dla jego dobra ukrywamy przed nim tę tragedię, żeby jego stan się nie pogorszył, żeby się dodatkowo nie zamartwiał. Chronimy go przed złem i dlatego go okłamujemy. To dobre kłamstwo.

    Białe kłamstwa zdarzają się nam też, żeby nie sprawić przykrości drugiej osobie. W błahych sprawach?
    No tak. Kiedy ukochana zapyta nas, czy dobrze wygląda w nowej sukience, to zawsze jej odpowiemy, że "oczywiście, ależ tak, super". Mówimy tak, żeby nie było jej smutno, choć w rzeczywistości wygląda koszmarnie. Podobnie, gdy nas zapyta: "Kochanie, a czy nie utyłam ostatnio?" - choć widzimy, że jej przybyło tu i ówdzie, to będziemy kłamać w żywe oczy: "Ależ nie, gdzie tam, skąd!". Wszystko po to, żeby nie sprawić przykrości. A gdybyśmy byli szczerzy, to musielibyśmy stwierdzić: "No, może trochę ci się przytyło" lub "Ta sukienka kompletnie ci nie pasuje". Te białe kłamstwa to sytuacje, w których nie mamy złych intencji, a dodatkowo nasze słowa sprawiają, że drugi, okłamywany przez nas człowiek czuje się dobrze.

    A drugi rodzaj kłamstwa to te cięższego kalibru.
    Oszustwa. Kłamiemy, żeby osiągnąć jakiś cel, jakąś korzyść lub nie chcemy ponieść konsekwencji swoich działań, czynów. Uciekamy w kłamstwo od odpowiedzialności, a mówienie nieprawdy ma nas wybielić. Na przykład dokonaliśmy jakiegoś przestępstwa - szukamy sobie alibi, zrzucamy winę na innych, żeby tylko kara nas nie dosięgnęła.

    Okłamujemy też... samych siebie.
    Bardzo często. Wprowadzamy siebie w błąd, żeby poczuć się lepiej. Na przykład od dłuższego czasu trenujemy grę w piłkę nożną: gramy coraz lepiej, jesteśmy w drużynie na wysokim miejscu. Nagle pojawia się ktoś, kto w tej piłce nożnej jest od nas lepszy. Na dodatek wcale od nas więcej nie trenował. I co robimy? Wyjaśniamy sobie tę sytuację w taki sposób, żeby nam było dobrze. Tłumaczymy sobie: "Pewnie grał wcześniej zawodowo, dłużej od nas" albo "A ta piłka już wcale mnie tak nie kręci jak kiedyś i może powinienem sobie dać spokój z tym kopaniem i bieganiem po boisku". Zaczynamy bagatelizować coś, co jeszcze przed chwilą było dla nas ważne. Oszukujemy siebie i, co gorsza, wierzymy w to, co sobie wmawiamy. Robimy tak po to, żeby poczuć się lepiej, choć w stosunku do siebie powinniśmy być bezwarunkowo szczerzy.

    Nawet najgorsza prawda jest lepsza niż najmniejsze kłamstwo?
    Niby tak, choć gdybyśmy wyszli na ulicę i zapytali dziesięciu napotkanych przypadkowo ludzi, czy chcieliby, żeby wszyscy mówili prawdę i tylko prawdę, to odruchowo każdy by odpowiedział "tak, oczywiście", bo kłamstwo jest postrzegane jako coś złego. Ale gdyby się każdy trochę dłużej zastanowił, to sądzę, że odpowiedzi byłyby różne. Bo niekiedy lubimy być okłamywani. Przykład - zawaliliśmy coś w pracy, szef nas zrugał, wracamy do biurka i w sytuacji, gdy wszyscy mówią prawdę, słyszymy od kolegów: "No, szef ma rację, dałeś ciała, zawaliłeś to, jesteś beznadziejny". Nie jest to miłe, prawda? Nasza motywacja, chęć do pracy, życia może bardzo spaść. Wolelibyśmy być przez przyjaciół okłamani: "Słuchaj, będzie dobrze. Wiesz, zdarza się, nie załamuj się, każdemu się niekiedy noga powinie". Czyż takie kłamstwo nie podbuduje nas? Czyż nie da nam wiary w siebie? Czy nie jest dla nas lepsze niż brutalna prawda, która może nas jeszcze bardziej zdołować, pogrążyć?

    Lubimy być okłamywani?
    Tak, choć nie lubimy się do tego przyznawać.

    Mówimy: "Widzę po oczach, że kłamiesz", "kłamiesz, że aż ci się z uszu dymi", "nos ci rośnie jak u Pinokia. Kłamstwo można wyczytać z gestów, twarzy, zachowania?
    Oczywiście, że tak. Ciało zawsze zdradzi kłamczucha, bo ciało nie zna kłamstwa. Ono od początku naszego istnienia na ziemi musiało reagować adekwatnie do sytuacji - jeśli widzieliśmy niedźwiedzia, to uruchamiały się nam emocje strachu, które pompowały krew do rąk i nóg i dawały sygnał "zwiewamy". Gniew, agresja powodowały napięcie mięśni po to, żebyśmy byli gotowi do ataku. Dzisiaj umiemy - w pewnym stopniu - kontrolować emocje i od razu nie wybuchamy gniewem, ale emocje, tak jak przed wiekami, nadal powstają w naszym ciele. Jeżeli więc ktoś nam nadepnie na stopę w tramwaju, to złość w nas powstanie, ale od razu tej emocji nie wyzwolimy w sobie, potrafimy ją stłumić - inaczej niż nasi przodkowie. I umiemy dać fałszywy sygnał: "Nic się nie stało", "Ależ nie szkodzi", "Spokojnie, nie boli, przecież się zdarza", choć w środku nas wrze. Ale w naszej mimice pojawią się odruchy, nawet na ułamek sekundy, które powiedzą prawdę o tym, co się dzieje w naszym wnętrzu, a nad którymi nie mamy kontroli. Nasza twarz, nasze ciało nie umie ukryć emocji. Kiedy jesteśmy szczerzy, gestykulujemy, "mówimy rękami", wyrażamy się całym ciałem. To tak zwane ilustratory. I kiedy liczba ilustratorów spada i pojawiają się tzw. manipulatory, kiedy kontrolujemy gestykulację, a nasza ręka idzie w trakcie rozmowy nieświadomie w kierunku brody, nosa, czoła, ucha, wówczas okazujemy negatywne napięcie emocjonalne, czyli czujemy się niekomfortowo i najprawdopodobniej kłamiemy.

    A rozbiegane oczy, niepatrzenie rozmówcy prosto w twarz, tylko gdzieś na boki...
    Mówi się: "Widzę po oczach, że kłamiesz". Z jednej więc strony osoba, która kłamie, chce unikać kontaktu wzrokowego z rozmówcą, bo intuicyjnie czuje, że okłamywany przez nią człowiek z jej oczu wyczyta, że konfabuluje. Jest też jednak druga strona medalu - czasami kłamca patrzy nam prosto w oczy, bo chce widzieć naszą reakcję - czy jego kłamstwo padło na podatny grunt i mocno skupia uwagę, obserwuje, czy to, co mówi, zostanie przez drugą osobę przyjęte za prawdę.
    Nad niektórymi sygnałami płynącymi z naszego ciała nie możemy w żaden sposób zapanować. Jeden z polityków, przyłapany na kłamstwie, pocił się jak w saunie, plątał mu się język, zachowywał się jak spłoszone zwierzę, miał rozbiegany wzrok, był cały czerwony na twarzy.
    Jego ciało mówiło: "Kłamię, kłamię", choć on starał się zapewnić - bezskutecznie - że jest bez winy. Jego emocje były widoczne jak na dłoni. Nie był w stanie, nawet w minimalnym stopniu, nad nimi zapanować. U polityków bardzo ciężko jest wykryć, kiedy kłamią, ponieważ rzadko mówią prawdę - trzeba się mocno skupić, żeby dostrzec jakiś gest, grymas na twarzy, załamanie głosu. Bardzo, ale to bardzo się kontrolują. Lata praktyki.

    Można się nauczyć dobrze kłamać?
    Oczywiście, ale kłamstwo zawsze da się zdemaskować. Można oszukiwać godzinę, dwie, dzień, tydzień, ale prędzej czy później prawda i tak wyjdzie na jaw. Kłamca musi się bardzo pilnować, kontrolować emocje, gesty, ale zawsze przychodzi taki moment, że już nie daje rady i choć na chwilę traci nad sobą kontrolę i kłamstwo wylewa się z nas jak mleko pozostawione za długo na kuchence gazowej...

    Rozmawiał Robert Migdał

    Czytaj też:
    *CBOS: Kaczyński znowu liderem rankingu braku zaufania. Najwięcej Polaków wierzy Komorowskiemu
    *Psychologia miłości i seksu obowiązkowa na uniwersytetach w Chinach
    *Górnicy testowani jak komandosi



    Czytaj treści premium w Polsce Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Nie przegap

    Wideo