Świat pasji retro. Jak spędzało się wolny czas, kiedy nie było radia, telewizji i internetu?

Agaton Koziński
Agaton Koziński
Spędzamy w domach więcej czasu niż kiedykolwiek wcześniej. Kolejne godziny przed ekranami komputerów, telewizorów i laptopów. Ale czy tak być musi? Oto przegląd analogowych rozrywek, które często są po prostu ciekawsze niż możliwości, jakie stwarza świat cyfrowy.

"A co, jeśli nie ma żadnego jutra? Dziś już go nie było” - mówi Phil Connors, bohater „Dnia świstaka”. Film opowiada historię dziennikarza telewizyjnego Phila (w tej roli Bill Murray), który dziwnym trafem codziennie przeżywa ten sam dzień. Jego życie zaczyna się toczyć w rytmie identycznych 24 godzin - a fabuła filmu sprowadza się do prób Phila wyrwania się z tej pułapki czasu.

Teraz swój „dzień świstaka” przeżywamy wszyscy, zamknięci w pułapkę izolacji, w którą wpędził nas koronawirus. Póki co, nikt nie ma pomysłu, jak z tej zapadki się wymknąć. A nudę ciągle powtarzającej się codzienności zabijamy coraz więcej siedząc przed ekranami - czy to telewizorów, czy komputerów, czy smartfonów.

Siedzimy, choć mamy świadomość problemów, jakie to generuje. Nie trzeba być żadnym ekspertem, żeby połączyć fakty. Na przykład takie: im więcej czasu spędzamy przed monitorem laptopa lub telewizorem, tym trudniej nam zachować prawidłową wagę czy utrzymać na dłużej koncentrację na jednym zadaniu. Nieuchronne konsekwencje zmian cywilizacyjnych. A teraz, z powodu pandemii, ten proces jeszcze przyspieszył. Właściwie cały świat znalazł się na kwarantannie, co oznacza, że spędzamy w domach jeszcze więcej czasu niż zwykle - a więc przede wszystkim przed ekranami, które już dawno zastąpiły kuchnie i domowe biblioteki w roli serca domu.

NASZE WYWIADY:

Brakuje na razie pełnych danych, jak koronawirus zmienił nasz styl życia, ale pierwsze dane wskazują niezbicie, że zmiany są wręcz radykalne. Choćby badanie wykonane w połowie kwietnia na rzecz amerykańskiej organizacji Parents Together. Wykazało ono, że obecnie niemal połowa dzieci w USA spędza ponad sześć godzin dziennie przed ekranami. Wzrost o 500 proc. w porównaniu z sytuacją sprzed pandemii. O ile przed koronawirusem tyle czasu przed smartfonem, laptopem lub telewizorem spędzało 8 proc. amerykańskich dzieciaków, to teraz tak długo podłączonych jest 49 proc. z nich.

Wytłumaczeniem tej zmiany jest fakt, że teraz szkoły są nieczynne, a lekcje odbywają się on-line. Ale wytłumaczenie to częściowe - bo badanie wykazało, że 30 proc. dzieci spędzają czas przed ekranami bez nadzoru dorosłych przez minimum cztery godziny dziennie. Wyraźnie więc widać, że nie chodzi tu o naukę, lecz przede wszystkim o formę spędzania czasu.

Oczywiście, nie można tych danych traktować jako w pełni wiarygodnych. I z powodów metodologicznych (badanie przeprowadzono tylko wśród 3 tys. członków organizacji Parents Together, w dodatku przez internet), i z powodu krótkiego czasu badania - przecież kwarantanna jest z nami około miesiąca, więc zbyt krótko, by bić w dzwony wzmożenia z powodu nieodwracalnych strat zdrowotno-psychicznych wywołanych zmianami w stylu życia.

Z drugiej strony wszyscy intuicyjnie czujemy, że w tę stronę nasze życie skręciło. Danych cząstkowych tę intuicję potwierdzających nie brakuje. Liczba abonamentów wykupionych w serwisie Netflix w pierwszym kwartale tego roku wzrosła dwukrotnie w porównaniu z ostatnim kwartałem roku poprzedniego. CD Projekt, producent gier komputerowych, bije swoje giełdowe rekordy wycen, choć cała GPW pogrążyła się w marazmie z powodu kryzysu - bo inwestorzy wiedzą, że teraz nastał czas gier komputerowych, więc ta spółka stała się najlepiej wycenianą firmą na warszawskiej giełdzie, wyprzedzając wszystkie banki i petrochemie. Generalnie giełdowe wyceny firm z branży nowoczesnych technologii mają się nieźle, mimo wyraźnych spadków głównych indeksów. Większość spółek krwawi - ale nie one.

Dzieje się tak też dlatego, że trochę zapomnieliśmy, że kiedyś istniał świat bez internetu. A przecież nie po raz pierwszy w historii ludzkości nie można wychodzić z domu i wieczorami jest zwyczajnie nudno. Na takie okazje wynaleziono całe mnóstwo rozrywek pozwalających zabić czas - inaczej niż przejściem kolejnego poziomu „Call of Duty”, czy następną serią modnego serialu. Można w tym czasie poczytać książki. A jeśli lektur też Państwo macie przesyt, to poniżej prezentujemy przegląd najbardziej popularnych rozrywek retro. W czasach mody na vintage warto sprawdzić, jak można zabić czas bez wślepiania się w ekran.

Pasjans

Nie, nie chodzi o znaną grę komputerową, lecz o formę gry karcianej. Nie wiadomo dokładnie, jakie są ich korzenie, pierwsze wzmianki o tym, że zdobywają one popularność, pochodzą z Francji z końca XVIII wieku. Ich popularność nałożyła się jednak na zmiany modelu życia, który wywołała rewolucja przemysłowa w XIX wieku.

Pasjanse są formą łamigłówki, którą się układa z kart - choć, jak to w kartach, przy każdym rozdaniu pojawia się element niepewności, bo karty mogły się rozłożyć w sposób nieukładalny. Także to sprawiało, że dla wielu pasjanse były formą wróżby karcianej. Podobno pasjami układali je m.in. Napoleon podczas izolacji na wyspie Świętej Heleny (brzmi znajomo?), książę Albert (jako mąż brytyjskiej królowej Wiktorii miał na to sporo czasu) czy spędzający sporo czasu w szpitalach Franklin Delano Roosevelt.

NASZE WYWIADY:

Namiętnie układał je Juliusz Słowacki - wciągnął się do tego stopnia, że szczegóły poszczególnych rozgrywek opisywał w listach do matki. Jednak najsłynniejszym zwolennikiem pasjansów w dziejach Polski pozostaje Józef Piłsudski. Stawiał je całe życie, także w chwilach politycznego napięcia. Ulubioną rozrywką była Piramida - układał ją tak często, że zaczęto nazywać ją nawet „pasjansem Piłsudskiego”. Z tą grą związana jest też jedna ze smaczniejszych anegdot związanych z Marszałkiem. Przytoczył ją Stefan Żeromski, który na początku 1909 r. spotkał się z „Dziadkiem” w Zakopanem. „Zastałem go siedzącego przy stole, stawiającego pasjansa. Siedział w kalesonach, bo jedyną parę spodni, jaką posiadał, oddał właśnie krawcowi do zacerowania dziur, (…) założyłem sobie [powiedział Piłsudski], że jeśli mi ten pasjans wyjdzie, to będę dyktatorem Polski”. Lepszego więc dowodu na to, jak wielki wpływ pasjanse na dzieje naszego kraju miały nie znajdziemy.

Ale nie tylko dlatego warto się czasami nimi pobawić. Wystarczy krótki przegląd nazw najbardziej znanych. Nie chodzi o klasykę jak Piramida, Klondike czy Pająk. Mamy przecież także pasjans: Królewski, Sułtański, Grobowiec Napoleona, Metternicha czy pasjans Wielki Paganini. Nie działa na wyobraźnię? Już dla samego dźwięku tych nazw warto na chwilę dać odpocząć oczom od monitora i skupić się na kartach.

Filatelistyka

Jednym z najważniejszych dzieł w dorobku Krzysztofa Kieślowskiego jest cykl „Dekalog”, w którym reżyser w filmowy sposób opowiada o poszczególnych przykazaniach. Kino wybitne, choć utrzymane generalnie w poważnych klimatach.

Wyjątkiem jest 10. część tego cyklu („Dekalog X”), który opowiada historię dwóch braci, którzy odziedziczyli po zmarłym ojcu jego kolekcję znaczków. Jako że kompletnie się na filatelistyce nie znają, traktują pełne klasery jako szansę na szybki zastrzyk gotówki. Gdy jednak zorientowali się, ile znaczki ojca są naprawdę warte, zaczęli sobie zadawać pytanie, o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi. I szybko łapią bakcyla - tak bardzo, że jeden z nich oddaje własną nerkę, byle tylko móc kupić rzadki znaczek brakujący do kolekcji.

Kieślowski w ten sposób sportretował przykazanie „Nie pożądaj żadnej rzeczy, która jego jest” - ale przy okazji też pokazał pasję, jaką może być zbieranie znaczków. Filatelistyka wydaje się być bardzo stara, ale widać, jak pozory mylą. Ta pasja zaczęła zyskiwać popularność dopiero w połowie XIX wieku. I trwa do dziś. Złośliwi mówią, że to zwykłe zbieractwo. Pasjonaci przekonują, że coś zdecydowanie więcej - także opowieść o podróżach, historii państw czy poszczególnych dziedzin życia, które znajdują swoje odwzorowanie na znaczkach. Że potrafi stać się całym życiem.

Na pewno nie dla każdego. Ale nie brakuje osób, które uwielbiają spędzać czas nad klaserami. Nie starczy jednej pandemii do tego, żeby stworzyć własną kolekcję znaczków - trzeba na to wielu lat oraz dużych sum (najdroższy znaczek świata kosztuje 9 mln euro). Ale kto wie? Może koronawirus i dzień świstaka, w którym przez niego żyjemy, okaże się momentem, kiedy ktoś tego bakcyla połknie?

Numizmatyka

„O wierę, pogański synu, żeś ty siedział pod ławą, gdy dwór rabowali. Powiedz to innemu - ot, tu leży czerwony złoty, a tam czeladnik z mieczem stoi - obieraj! W ostatku i wieś spalimy, krzywda ubogim ludziom przez ciebie się stanie” - na takie dictum postawione przez Mikołaja Zaćwilichowskiego w „Ogniem i mieczem” trudno było zareagować inaczej niż powiedzieć prawdę. Nie tylko dlatego że wizja spalenia wsi i bycia potraktowanym mieczem przerażała. Przede wszystkim dlatego że nagroda kusiła. Czerwony złoty - posiadanie go w połowie XVII wieku było naprawdę rarytasem.

I to zostało do dziś. Cały czas posiadanie czerwonego złotego to symbol bogactwa. Ba, teraz stał się symbolem prawdziwego bogactwa - bo to najdroższa polska moneta. W 2008 r. kolekcjoner zapłacił za nią 1,38 mln dolarów. Wartość jej podnosi fakt, że jest wykonana ze złota, ale przede wszystkim to, że na świecie do dziś znane są zaledwie trzy takie monety (w nominale 100 dukatów). Takiej nie ma nawet w Warszawie - w stołecznym Zamku Królewskim można oglądać monetę o nominale 40 dukatów (można ją obejrzeć na ilustracji nr 3).

Na świecie za monety płaci się jeszcze więcej. Najdrożej kosztował „Flowing Hair dollar”, który był bity bardzo krótko, tylko w latach 1794-1795. Jeden z pierwszych jej egzemplarzy został w 2013 r. wyceniony na 10 mln dolarów.

Ale też zawrotne sumy nie dziwią, bo też numizmatyka to jedna z najstarszych istniejących pasji. Popularność zaczęła zdobywać w XIV wieku, a później zrobiła się na nią w Renesansie moda - w miarę jak ówczesna ludzkość zaczęła odkrywać czasy starożytne, to jedną z form tego odkrywania było również zainteresowanie antycznymi monetami. I w ten sposób numizmatyka zaczęła się upowszechniać.

I moda na nią trwa do tej pory. By się przekonać, jak popularna jest ta pasja w Polsce, wystarczy wejść do oddziału NBP w dniu, gdy bank wydaje nową monetę kolekcjonerską - kolejki, jakie po nią się ustawiają, wskazują jednoznacznie, że numizmatyka to hobby ponadczasowe. Być może warto je potraktować jako odskocznię od ciągłego siedzenia przed ekranem?

Nie muszą być to zresztą monety. Kolekcje mogą być najróżniejsze. Można zbierać stare meble czy radia (w Polsce o tyle to trudne, gdyż w czasie okupacji Niemcy niszczyli odbiorniki radiowe - dziś przedwojenne polskie radio to naprawdę rzadkość). Można zbierać tak powszechne wydawałoby się rzeczy, jak widokówki (kolekcjonowanie pocztówek ma nawet specjalną nazwę - określa się je mianem deltiologii lub filokartystyki), pudełka od zapałek czy etykiety z butelek. Ostatnio coraz popularniejszy staje się design z lat PRL - kolekcjonowanie sztuki użytkowej powstającej w latach komunizmu. Ale na pewno w miarę upływu czasu pojawiać się będą nowe kolekcje (choćby starych telefonów komórkowych) - bo takie „zbieractwo” wyraźnie tkwi w naturze ludzkiej. Zamknięcie spowodowane pandemią to dobry moment, by sprawdzić, czy to przypadkiem nie pasuje także do naszego temperamentu.

Gra w szachy

Wyżej wymienione propozycje mają jeden wspólny mianownik: są rozrywkami dla jednej osoby. A co jeśli chcemy połączyć swoją pasję z możliwością towarzyskich interakcji? Wtedy należy rozważyć opcję gier planszowych.

Jest ich całe mnóstwo - tak dużo, że istnieją całe sklepy specjalizujące się w ich sprzedaży. Od najprostszych, najbardziej klasycznych, jak Chińczyk czy Monopol, po wielopiętrowe strategie typu Carcassonne, Farmer lub Wsiąść do pociągu. Tego typu planszówki to gwarancja rozrywki na wiele godzin z daleka od ekranów i monitorów.

Ale obok nich są też gry, które są czymś więcej niż prostą rozrywką. Ich wybór staje się wręcz decyzją o stylu życia, który zamierzamy prowadzić. Zgłębianie arkanów tych rozgrywek może trwać latami i stać się pasją na całe życie. Mowa teraz o takich grach, jak brydż czy warcaby. Jednak o status gier najtrudniejszych, najbardziej wyrafinowanych (ale też najbardziej szlachetnych) walczą ze sobą dwie: Go i szachy.

Pierwsza w Europie jest mniej znana, natomiast cieszy się ogromną popularnością na Dalekim Wschodzie, w kręgu kultury konfucjańskiej. Natomiast w naszym kręgu cywilizacyjnym status gry królewskiej posiadają szachy. Bezapelacyjnie najbardziej prestiżowa, najważniejsza gra planszowa. To nie przypadkiem każdy, kto osiągnie w niej poziom choć trochę wyższy niż amatorski, natychmiast z dumą wpisuje to sobie do CV i chwali się tym w mediach społecznościowych.

Tak wysoka pozycja społeczna szachów to nie tylko konsekwencja trudności tej gry. Owszem, na 64 polach szachownicy możliwości podejmowania strategicznych decyzji jest bez liku. Policzono, że pierwsze cztery tury rozgrywki można poprowadzić na 300 mld różnych kombinacji. To najlepiej pokazuje, jak złożone znaczenie ma szachowe powiedzenie „myśleć kilka ruchów do przodu”. Jest ich tak dużo, że Oscar Wilde mówił: „jeśli chcesz zniszczyć człowieka, naucz go grać w szachy”.

Ale ta gra to nie tylko prosta rozrywka. Do niej muszą usiąść dwie osoby. Jeśli grają ze sobą częściej, zacznie się między nimi wytwarzać więź, specyficzna mieszanka rywalizacji, wzajemnego szacunku i sympatii. To ważna część tej rozgrywki, kto wie, czy to nie ona uczyniła z szachów grę królewską. Bo pary szachowe stały się równie sławne jak niektóre rozgrywki. Choćby pojedynki Alberta Einsteina z Robertem Oppenheimerem, Humpreya Bogarta z Charlesem Boyerem (przyglądała się im Lauren Bacall) czy Marcel Duchamp z Man Rayem. Benjamin Franklin, późniejszy prezydent USA, napisał nawet książkę „Moralność szachów”. Nic więc dziwnego, że ta gra obrosła aż taką legendą - a jej symbolem stał się kadr z filmu „Siódma pieczęć” Ingmara Bergmana, na którym rycerz siada do szachowego pojedynku o życie ze Śmiercią. Bo też dla wielu gra w szachy jest metaforą życia i śmierci.

Czytanie gazet

Dlaczego Henri de Toulouse-Lautrec na swoim obrazie pokazał kompozytora i swojego przyjaciela Desire-Dihau’a z gazetą? Bo chciał w ten sposób okazać, że go szanuje. I to się nie zmieniło do dziś, stereotyp jest zbyt silny. Łatwo to sprawdzić. Gdy wchodzi się do kawiarni (w końcu muszą je otworzyć) i patrzy na osoby zgromadzone w środku - osoba siedząca z komórką w ręku, wygląda banalnie, osoba z rozłożoną gazetą natychmiast przyciąga wzrok i momentalnie jawi się jako ktoś inteligentny i interesujący.

Taka jest właśnie magia papierowej gazety. Ale lektura dobrze napisanej, starannie zredagowanej gazety ciągle przebija wszystko, co są w stanie zaoferować internety. Państwa, którzy czytacie te słowa w wydaniu papierowym „Polska Times”, nie trzeba do tego przekonywać. A jeśli czytacie to w sieci, to nawet ile nie tracicie nie sięgając po papier.

Rusza kanał TV dla seniorów, Antena HD

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

K
Karolina Raj

To były czasy :) Ja dziś nie wyobrażam sobie siedzenia w domu bez internetu czy telewizji. Wykupiłam abonament na VOD bo chcę nadrobić wszystkie zaległości filmowe :) Dziś obejrzałam Zenka dla relaksu :)

Dodaj ogłoszenie