Superwtorek wygrał dotychczasowy prezydent USA, Barack Obama

Redakcja
Republikański superwtorek miał wyłonić pewniaka tej partii do prezydenckiej nominacji. Najbliższy wygranej był Romney, ale w starciu z Barackiem Obamą ma on niewielkie szanse. Catherine Philp

Wygrana przez Romneya w prestiżowym Ohio i zwycięstwo w pięciu innych stanach nie przesądziły jeszcze po wtorku o walce w republikańskim obozie. Nadal więc Romney, Santorum i Gingrich muszą agitować swoich wyborców, muszą jeździć po kraju, by zdobywać elektorskie głosy. Ale bez względu na to, który z nich dostanie na sierpniowej partyjnej konwencji nominacje do walki o najwyższy urząd w Ameryce - choć wszystko wskazuje na to, że będzie to Romney - Obama może być raczej spokojny o drugą kadencję.

Czy kandydat, który zapewni sobie republikańską nominację, zdobędzie Biały Dom? Takie pytanie rodziło się zaraz po superwtorku, który dowiódł, że w szeregach Partii Republikańskiej toczy się wojna między pragmatykami a ideologami.

Tylko nieliczni wątpią, że to Mitt Romney zdobędzie nominację, choćby ze względu na siłę jego machiny wyborczej i brak sensownej alternatywy. Jednak jego wysiłki mające na celu przekonanie kluczowych członków partii, że jest jej godnym reprezentantem, wydają się hamować kampanię wyborczą, jeszcze zanim się zaczęła.

Problemy Romneya po części są produktem antyestablishmentowego sprzeciwu, jaki ogarnął Partię Republikańską po porażce Johna McCaina w 2008 r. Konserwatyści obwiniali partię o to, że udzieliła nominacji umiarkowanemu kandydatowi, i poprzysięgli, że nie pozwolą, by ten błąd się powtórzył.

Ruch Tea Party, który w założeniu miał być oddolnym głosem sprzeciwu wobec rządu, a ostatecznie okazał się organizacją wspieraną finansowo przez bogatych ideologów, zyskał poparcie wyborców poszukujących kozła ofiarnego, którego można obciążyć winą za amerykański kryzys.

W wyborach uzupełniających w 2010 r. nowe pokolenie politycznych karierowiczów stanęło do dialogu z demokratami i republikanami, obiecując wykorzenienie starego systemu. Odnieśli sukces, o ile miarą sukcesu może być paraliż legislatyw, nad którymi pracował znienawidzony przez nich prezydent.

Lecz ich sukces w przeciąganiu republikanów na prawo i rzucaniu kłód pod koła machiny politycznej najwyraźniej widać dopiero dziś, w wyścigu o nominację. Bez "rewolucji" Tea Party kandydatury Michele Bachmann i Rick Santorum byłyby nie do pomyślenia. W tej gorączkowej atmosferze pojawił się Romney, były gubernator Massachusetts, niegdyś głoszący umiarkowane poglądy, których wyparł się, gdy nastroje wśród republikanów przechyliły się na prawo.

Takie zmiany nie przekonują ideologicznie zaangażowanych konserwatystów, na dodatek zniechęcają do Romneya ogólny elektorat, który z coraz mniejszą sympatią przygląda się rewolucji Tea Party.

Republikanie trwonią pieniądze na walkę między sobą zamiast z Obamą, zadając przy tym rany, które prezydent z pewnością wykorzysta.

Nieprawdą jest, jakoby superwtorek nie wyłonił zwycięzcy. Wyłonił. Jego nazwisko to Barack Obama.
W superwtorku zabrakło nokautujących uderzeń. Nie doszło do niespodziewanych zwycięstw. Tak samo nie widać końca niemiłosiernego, siermiężnego wyścigu o nominację partii Republikańskiej w nadchodzących wyborach prezydenckich.

Republikańskie szychy liczyły na dużo więcej. Ośmielili się marzyć, że dostaną to, czego chcą. To było spowodowane przez niedawny nagły rozpęd prowadzącego w wyścigu o nominację Romneya. W ubiegłym miesiącu wygrał serię wyborów od Arizony po Michigan. Dołożył do tego niedawne zwycięstwo w północno-zachodnim stanie Waszyngton.

Mimo tych oczekiwań superwtorek przyniósł Republikanom zupełnie odwrotny efekt od zamierzonego. Choć tak naprawdę wyniki ostatnich prawyborów doskonale odzwierciedliły panujące podziały w ich partii. Kolejny południowy stan poparł Newta Gingricha, Rick Santorum natomiast wygrał w jednym z centralnie położonych stanów. Każdy mógł przewidzieć, że te stany zagłosują na tych kandydatów. Zwłaszcza że stan mormonów głosował na Romneya. Jedynie nieznaczna wygrana lidera prawyborów w Ohio została uznana za nie bardzo przewidywalne zwycięstwo.

Jednak nawet ta wygrana nie była znacząca. Zwłaszcza że Santorum był bardzo blisko. Dziabał Romneya w jego drogie obcasy, mimo że jego kampania była niezwykle uboga. Kosztowała zaledwie odsetek tego, co lider wyborów zapłacił za jego wątłe zwycięstwo w Ohio.

Republikanie przez to mają olbrzymie obawy. Teraz, kiedy Santorum był tak bliski wygranej, może w uparty sposób odmówić wycofania się z wyścigu. Choć taka decyzja pozwoliłaby Romneyowi wyjść na prostą.

Wraz z każdym dniem spędzonym w wyścigu o nominację partii coraz bardziej ciągnie całą kampanię na prawo. Zmusza kontrkandydatów do walki o konserwatywnych wyborców. Lecz czas spędzony na krytykowaniu antykoncepcji oraz seksu przedmałżeńskiego jest czasem straconym. Wielu uważa, że to czas, który można byłoby przeznaczyć, by uderzyć w prezydenta Obamę. Skrytykować go za jego gospodarkę. Jałowe dyskusje Republikanów powodują, że nie skupiają się na niezależnych wyborcach, których głosy będą się liczyć podczas wyborów prezydenckich.

Pomimo tego dobry kontakt Romneya z niezależnymi wcale mu nie pomaga w prawyborach, które znacząco zmierzają na prawo. To tylko powoduje, że jest oskarżany o nieszczerość.

Ostatnio zespół Romneya starał się wytłumaczyć sobie, jak to jest, że wciąż mają dużą przewagę, jeśli chodzi o liczbę delegatów na sierpniowe wybory, które zostaną przeprowadzone podczas konwencji partii. W końcu to oni po zdobyciu głosów w prawyborach stanowych będą potem decydowali o tym, kto otrzyma nominację republikańską.

Prognoza jest mało optymistyczna dla Romneya. Jego doradcy przekazali mu jedną, ważną, mało inspirującą wiadomość. W trakcie prawyborów nie jest w stanie tak jak Santorum wprowadzić jakiegokolwiek tłumu Republikanów w stan konserwatywnej wrzawy.

Choć pojawiają się także sygnały, że Santorum też pewne rzeczy dostrzega. Już przyznał się do tego, że to, co ekscytuje najtwardszych Republikanów, niekoniecznie może zadziałać na wyborców spoza partii.

W ostatnich kilku dniach został zmuszony do przyznania się do pewnych błędów. Za niemądre uznano to, że nazwał Obamę snobem, bo pragnął posłać wszystkich Amerykanów do college'ów. Także musiał wyrazić skruchę za oświadczenie, że JFK powodował u niego "odruchy wymiotne". Aczkolwiek mimo tych zmian wciąż nie zamierza wycofać się z kilku
ważnych dla niego punktów programowych. Takim jest chociażby sprawa antykoncepcji. To kosztuje jego oraz markę republikańską utratę sporej ilości kobiecych głosów.

O wszystkim i tak zdecydują gospodarka, spadek lub wzrost bezrobocia. Bo w wyborach Amerykanie głosują stanem swoich portfeli. Dla Obamy idzie - jak się wydaje - dobry czas, bo bezrobocie, choć nadal jest na poziomie ponad 5 proc., to jednak systematycznie spada. Jeśli taki trend utrzyma się do listopada, już dziś Obama może świętować swoje zwycięstwo.

Czytaj także:

Polskie weto ws. planu redukcji emisji CO2. Zieloni: Czas zakończyć ten dyktat

Aby spacyfikować protesty, Kreml gotów uwolnić Chodorkowskiego

Słowacja: ruszyły przedterminowe wybory parlamentarne

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

A
Administrator
To jest wątek dotyczący artykułu Superwtorek wygrał dotychczasowy prezydent USA, Barack Obama
G
Gabriel
Jeżeli wygrałby oligarcha / Romney / to stosunki z USA Polski się pogorszą.
Obama to mimo wszystko rozsądny Prezydent.
Dodaj ogłoszenie