Suma wszystkich strachów, obaw i atutów Włodzimierza Cimoszewicza

Redakcja
Udostępnij:
Jedno jest pewne: Włodzimierz Cimoszewicz nadal jest w grze o prezydenturę. Nikt w świecie polityki nie bierze na serio jego zdystansowanych deklaracji. Wielu natomiast się go boi. Ale i on ma poważne obawy- piszą Michał Karnowski i Piotr Zaremba

Tomasz Kalita, rzecznik SLD i bliski współpracownik Grzegorza Napieralskiego, z entuzjazmem opowiada, jakie spotkania lider Sojuszu odbył w ramach starań o wybór Włodzimierza Cimoszewicza na sekretarza generalnego Rady Europy. Był więc u liderów socjalistów bułgarskich, węgierskich, hiszpańskich. Odwiedził brytyjskich laburzystów. Spotkał się z przyszłym szefem Parlamentu Europejskiego Martinem Schulzem. Słowem - kampania była dynamiczna i pracochłonna.

Ale kiedy pytam o spotkanie z samym Cimoszewiczem, Kalita milknie. Wreszcie odpowiada: - Kiedyś Grzegorz szedł akurat do radiowej Trójki i w hotelu sejmowym go spotkał. Pogadali kilkanaście minut.
To właśnie cały Cimoszewicz: jedyny polityk w Polsce, z którym spotkać się trudniej niż z premierem i prezydentem.

Unikający debat i kontaktów z ludźmi. Jako senator niezależny, ale bliski lewicy był zapraszany na wszystkie posiedzenia klubu SLD. Pojawił się raz. Gdy z kolei z rąk premiera Tuska przyjmował ofertę kandydowania na sekretarza Rady Europy, ludzie lewicy dowiedzieli się o tym z mediów. I można by się uśmiechnąć, gdyby nie poważne polityczne konsekwencje takiego modelu uprawiania polityki.

W kuluarach mnożą się makiaweliczne teorie o intencjach Tuska. A to, że chciał Cimoszewicza zagospodarować, by nie przeszkadzał w walce o prezydenturę. A to, że PO ma na niego jakiegoś haka

Wszystko to tworzy bowiem aurę tajemniczości i niepokoju, rodzi plotki, pogłoski i fantastyczne scenariusze. A także poczucie, że Cimoszewiczowi nie można do końca ufać. Że, jak mówi nam jeden z polityków SLD, zawsze może wyciąć jakiś numer. Dlatego w deklaracje o jego, jak to tytułowały portale internetowe i media elektroniczne, "rezygnacji z kandydowania", nikt nie wierzy. Z dwóch powodów.

Po pierwsze, jeśli wczytać się w wypowiedzi Cimoszewicza dokładnie, mówił o tym, że "nie ma takich planów". A to co innego niż niestartowanie. Po drugie zaś, bo w kuluarach krąży, przedstawiany przez ludzi będących w jego orbicie, scenariusz, w którym to wahanie jest tylko elementem przygotowania sobie sytuacji dużo bardziej komfortowej niż bycie kandydatem SLD.

Znający go dobrze Józef Oleksy mówił nam niedawno, że nie wierzy w deklarację Cimoszewicza, który będzie najprawdopodobniej zwlekał z decyzją do ostatniej chwili. Podobnie sytuację ocenia Artur Balazs, polityk konserwatywny: - Nie wierzę absolutnie w żadne wycofanie. Czeka, a decyzję podejmie wiosną - ocenia Balazs.

Osoba bliska byłemu premierowi stwierdza: - Wciąż jest gotowy. Ale czeka na szerokie porozumienie lewicy i demokratów. Choć jednocześnie w nią wątpi, bo mawia: "Porozumieją się na tydzień, a potem wszystko zacznie się od początku".

Lewicę irytują ciągłe krytyki ze strony Cimoszewicza. Na przyszły tydzień zaplanowano więc spotkanie, na którym działacze chcą pokazać mu, co naprawdę robią, i zapytać o stosunek do SLD. I kandydowania

Mariusz Edgaro, wieloletni współpracownik i prywatny znajomy Włodzimierza Cimoszewicza, w rozmowie z "Polską" tak odpowiada na pytanie, czy on deklaracje Cimoszewicza odczytuje jako jednoznaczne wycofanie: - Hm... trudne pytanie, ale dobre. Bo Włodzimierz Cimoszewicz jest naprawdę politykiem propaństwowym i jeżeli uzna, że interes państwa jest zagrożony, pewnie się zastanowi.

Wniosek jest oczywisty: Były premier nadal jest w grze. To wspólny mianownik wypowiedzi zdecydowanej większości naszych rozmówców. I jeszcze jedno jest też jasne: tę niepewność będzie podtrzymywał przez wiele miesięcy.

To jednak nie wszystkim jest na rękę. Lewica dość trafnie bowiem odczytuje, że taki rozwój sytuacji grozi jej paraliżem. Niesie ryzyko, że czekając bez końca na Cimoszewicza, nie zdąży wypromować żadnego innego kandydata. A na dodatek będzie osłabiana pojawiającymi się co jakiś czas prztyczkami ze strony Cimoszewicza. Takimi jak stwierdzenia, że SLD nie rozumie świata, że "postanowił stać się rzecznikiem rzekomej klęski w społeczeństwie, które jako całość odnosi sukces".
Dlatego jak ustał dziennik "Polska", Sojusz chce dowiedzieć się ostatecznie, jaki jest stosunek Cimoszewicza do tej partii. Grzegorz Napieralski chce go zaprosić na spotkanie z kierownictwem partii i klubem parlamentarnym, żeby usłyszeć ostatecznie, jaki jest jego stosunek do SLD. I czy zamierza kandydować. Spotkanie miałoby odbyć się w przyszłym tygodniu. Lider SLD podkreśla jednak, że on woli mówić o tym spotkaniu inaczej: - Nie chcemy go odpytywać, dlaczego nas krytykuje, tylko pokazać mu, co robimy. Ile jest naszych pomysłów, ustaw.

A także, gdzie popieramy Donalda Tuska, a gdzie go krytykujemy - stwierdza Napieralski. Jednak wśród działaczy nastroje nie są najlepsze. Jest zbyt potężny, by ktoś go krytykował pod nazwiskiem, ale często można usłyszeć to, co anonimowo mówi jeden z członków kierownictwa partii: - Mamy żal, bo, po pierwsze, startował i pozostawił nas w roku 2005. Broniliśmy go wtedy, a on dziś nas biczuje. Podobnie jak całe SLD, dzięki któremu sprawował tyle funkcji państwowych.

I tu dochodzimy do pierwszego strachu, jaki budzi Cimoszewicz. Jest to strach w samym Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Obawa przed scenariuszem, w którym polityk ten wykorzystuje partię, bierze od niej wszystko: ludzi, pieniądze, wysiłek, a potem po ewentualnej wygranej z odrazą odrzuca. Ale to nie jest jeszcze dla działaczy lewicy najgorszy scenariusz. Obawiają się, że w wypadku, gdyby przegrał, ale osiągnął dobry wynik, mógłby zacząć budować nową lewicę. - Zapewne ze środowiskiem Adama Michnika i dawną Unią Demokratyczną. A nas znowu wypchnięto by na margines, rozbito, burząc z trudem zbudowaną jedność - mówi jeden z działaczy. Do tego dochodzi niepewność, czy tym razem by nie zawiódł, wytrzymał trudy kampanii. Mariusz Edgaro ocenia: - Jeśli teraz zdecydowałby się kandydować, byłaby to decyzja bardziej pewna i twarda niż cztery lata temu. Nic bowiem nie służy politykowi tak jak dystans do stanowisk, funkcji. Będąc na zewnątrz, znacznie więcej się czuje i widzi. I podejmuje się decyzje bardziej stabilne.

A jednak, obaw lewicy nie można lekceważyć. Po partii do dziś krążą anegdoty o tym, jak w czasie kampanii wyborczej w 2005 roku zawracał samochód z trasy na spotkania z wyborcami, bo ktoś z Kalinówki dzwonił, że coś tam zaczęło się cielić. I nie dawał się przekonać, że tak nie można, bo na miejscu czekają już setki ludzi i wydano masę pieniędzy. Zresztą, mało kto wie, że dopiero niedawno partia skończyła spłacać zaciągnięty wtedy kredyt. Kiedy podjął decyzję o rezygnacji z kandydowania na prezydenta, zrobił to z godziny na godzinę. Nawet członkowie jego najbliższego sztabu dowiedzieli się o tym z telewizyjnej relacji z jego konferencji.

Wygląda na to, że teraz Cimoszewicz jako warunek startu postawiłby wcześniejszą integrację lewicy według swoich oczekiwań. Znający go dobrze Tomasz Nałęcz, pracujący z nim zarówno w kampanii prezydenckiej w 1990 roku, jak i piętnaście lat później, tłumaczy: - Nie zgodzi się na to, żeby być kandydatem SLD. I ma rację, bo ta partia dałaby mu struktury, ale nie stanowiłaby wartości dodanej. Wyborcy, którzy wskazują w sondażach Cimoszewicza, nie są w dużej części zwolennikami partii Napieralskiego .

Czy to oznacza, że Cimoszewicz zagraża bezpośrednio obecnym SLD-owskim elitom? - Na pewno nie będzie żądał głowy Napieralskiego, przemeblowania w partiach w ogóle go interesują - ocenia Nałęcz. Ale już tworzenie szerszego frontu, w którym partia Napieralskiego jest tylko elementem, tym Cimoszewicz zapewne nie pogardzi

Być może, ale to niestawianie kropki nad i, czego tak naprawdę oczekuje Cimoszewicz, musi być dla SLD-owców jeszcze bardziej irytujące. Nawet gdyby przynieśliby mu na tacy porozumienie wszystkich: od Demokratów.pl po SLD, nie byliby pewni, czy to wystarczy, aby go skłonić do kandydowania. Nie żądając zmian personalnych czy programowych wprost, Cimoszewicz mógłby wpływać na ich programy i na personalia. Pytanie tylko, w jakim kierunku. Poza narzekaniami na zbyt populistyczną, zbyt opozycyjną wobec rządu linię Napieralskiego próżno szukać wytycznych w jego enigmatycznych wypowiedziach. Wiadomo tylko, że nie podoba mu się obecna lewica. To SLD-owców irytuje najbardziej.

Ale przecież tak było zawsze. Włodzimierz Cimoszewicz to w już latach 90. postać skomplikowana. Z jednej strony na początku III RP twardością wobec świata solidarnościowego przebijał wielu kolegów próbujących się zaprzyjaźnić z "nowymi panami". Jako kandydat na prezydenta w roku 1990 był brutalny, a swój wywiad rzekę zatytułował "Czas odwetu", co miało charakteryzować politykę nowej Polski wobec ludzi PZPR.
Równocześnie coraz mocniej słał sygnały, że chce być niezależny także od własnego obozu. W 1991 roku groził, że nie złoży ślubowania poselskiego, o ile Leszek Miller nie wytłumaczy się ze sprawy moskiewskich pieniędzy. Ostatecznie nie stanął na czele klubu parlamentarnego SLD. Nie był zresztą także członkiem najsilniejszej partii postkomunistycznej - SdRP, w której brylowali Kwaśniewski, Oleksy i Miller.

W roku 1995 Cimoszewicz nieoczekiwanie zaczął twierdzić, że jego koledzy z postkomunistycznej lewicy nie powinni wysuwać własnego kandydata, a poszukać kogoś, kto łączyłby "ponad podziałami" ludzi dawnej PZPR i Solidarności. Te idee przypisywano wpływowi Adama Michnika. Obaj podpisali wtedy artykuł wzywający do kompromisu wokół interpretacji najnowszej historii.

Cimoszewicz fatalnie się pomylił, mówił bowiem, że kandydat samego SLD nie ma szans, a Aleksander Kwaśniewski odniósł wówczas błyskotliwe zwycięstwo. Zarazem w jego sporze z własnym obozem pojawiały się też wątki moralne, wystawiające Cimoszewiczowi dobre świadectwo. Jako wicemarszałek Sejmu poparł wniosek o uchylenie immunitetu poselskiego Ireneusza Sekuły. Wywołało to wściekłość w klubie. Polityk będący niedawno ministrem sprawiedliwości tłumaczył, że nie mógł inaczej postąpić.

Analizując te wszystkie obawy i wątpliwości lewicy, nie sposób jednak zgubić z oczu tego polityka, który Cimoszewicza ma prawo obawiać się najbardziej. - To Donald Tusk - mówi Edgaro. Grzegorz Napieralski ocenia, że Cimoszewicz mógłby nawet z Tuskiem wygrać. Na pewno sporo dają do myślenia sondaże. Bo gdy wstawia się do nich nazwisko Cimoszewicza, spadają notowania lidera Platformy. Lech Kaczyński jest niemal zawsze trzeci, zazwyczaj ze stałym, kilkunastoprocentowym poparciem. Kandydatura byłego polityka SLD byłaby niebezpieczna dla PO z jeszcze jednego względu: promując go do Rady Europy, ludzie tej partii wypowiedzieli o nim dużo ciepłych słów.

Dziś ciężko byłoby je odkręcać. Zresztą, wyczuwa to także świat dziennikarski. Stąd tyle makiawelicznych teorii, że to tak naprawdę próba "zagospodarowania" Cimoszewicza, by nie zagrażał premierowi w wyścigu prezydenckim. Więcej, żeby pomógł pozyskać głosy lewicy. A kiedy Cimoszewicz przegrał, spekulowano, że premier widzi go w rządzie. Zwłaszcza że jedno ze spotkań odbyło się w czasie afery hazardowej. Cimoszewicz miał dostać ofertę zostania ministrem sprawiedliwości i ją odrzucić.

- Nie było takiej propozycji. To w ogóle nie był temat tej rozmowy, rozmawiali o Radzie Europy - zapewnia Sławomir Nowak, wtedy szef gabinetu politycznego premiera. Ale w kuluarach krążą jeszcze bardziej spiskowe teorie. Że oferta była, ale uwarunkowana deklaracją niestartowania w wyborach prezydenckich. I że gdy Cimoszewicz odmówił, Tusk miał mu powiedzieć, że Platforma ma na niego jakieś haki. - Nie było takiej rozmowy! To bzdury - ucina Nowak.
Jednak od kilku osób z zaplecza PO usłyszeliśmy, że są sprawy o których PO wie, a które mogłyby być dla Cimoszewicza nieprzyjemne.

Oczywiście, ten bicz boży na PO mógłby się okazać groźny także dla PiS, mimo że w tej partii nadzieje na wzmocnienie lewicy były niedawno modne. Niechby Cimoszewicz osłabił Tuska, ba, może nawet wyeliminował go z drugiej tury. Z sondaży wynika, że Polacy odbierają go jako kogoś odmiennego od rozemocjonowanych zawodników świętej wojny PO-PiS. Cimoszewicz mógłby wyciągnąć największe korzyści z korupcyjnych afer PO czy z jej niepowodzeń. Paradoksalnie, bo wcale się nie kwapi, aby Platformę za to atakować, podczas gdy PiS zdziera sobie gardło w krytyce. Wystarczy, że Cimoszewicz jest. - Przystojny mężczyzna, dawny marszałek i premier zgłaszany do europejskich stanowisk, Tusk sam zgłaszając go na sekretarza Rady Europy, wyhodował sobie potwora - mówi z obawą polityk PiS.

Ale PiS-owscy spin doktorzy nie wierzą w sukces Cimoszewicza. - Cimoszewicz wirtualny, z początku kampanii, zbierze dużo głosów w sondażach. Ale kampania to także emocje, on pokazał, że ich nie wytrzymuje. Realny Cimoszewicz zostanie szybko przykryty bitwą dwóch głównych rywali - ocenia Adam Bielan.

Jednak dla PiS najbardziej niebezpieczny może się okazać scenariusz, w którym polityk lewicy wchodzi do drugiej tury wraz z Tuskiem. Wtedy przegrana zostałaby nie tylko prezydentura, ale zagrożone byłoby też przywództwo Jarosława Kaczyńskiego w PiS. - PiS może być główną ofiarą Cimoszewicza. PO też, ale mniej. Elektorat Włodka nie jest w ogóle partyjny, więc może uszczknąć różnym kandydatom - ocenia Tomasz Nałęcz. Zdaniem wielu polityków PiS Zbigniew Ziobro tylko czeka na okazję, żeby zawalczyć o przywództwo w partii. Także i Kaczyńscy mają się więc czego obawiać.
No dobrze, czas zadać to pytanie, a może czegoś obawia się sam Włodzimierz Cimoszewicz? - On nie wystartuje. Będzie się bał. Ma jakąś skazę pierwotną po sprawie Jaruckiej. To mi wygląda, jakby ta sprawa w wymiarze transferów finansowych nie była zakończona. Poza tym on wszedł na wysoki pomnik i nie chce mu się schodzić - ocenia Janusz Piechociński, polityk PSL. Oczywiście, trzeba podkreślić, Jarucka kłamała, a cała sprawa, jak dziś wiemy, mogła być prowokacją ludzi służb specjalnych. Jednak Piechociński ma sporo racji. Pewien polityk SLD tak to tłumaczy: - On się nie boi wielkiej afery, ale samego procesu sprawdzania go. Bo oni wszyscy z tego pokolenia nie są przyzwyczajeni do ciężkiej demokratycznej walki. Najpierw wszystko dostali na tacy w PRL, potem jechali na sentymentach. A tu trzeba się bić i być odpornym na ciosy, Cimoszewicz tego nie umie. Bo to nie to samo, co pozycja milczącego autorytetu zaszytego w puszczy.

Prezes PiS Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla "Polski" zwraca uwagę na inny aspekt: - Jeśli do wyborów stanie silny kandydat Platformy, Cimoszewicz ma się czego obawiać. Z jednej strony będzie się spodziewał silnego ataku, dużo mocniejszego niż ten z 2005 roku. Pozycja luźnego zaplecza PO wysłanego za granicę jest wygodniejsza. Ale może to też pchnąć Cimoszewicza do innej decyzji: zgłosić się, ale w ostatniej chwili. Wtedy każdy atak można przypisać motywacjom wyborczym - ocenia Kaczyński.

Na ciekawy element zwraca uwagę Jerzy Szmajdziński: - On się bardzo zmienił, przesunął swoje poglądy w kierunku centrum, co widać w jego wywiadach. Poza tym po tym, jak Tusk go wskazał i wspierał w wyborach na sekretarza Rady Europy, ciężko byłoby mu go teraz atakować. Stąd obawy przed startem - ocenia lewicowy wicemarszałek Sejmu. Z kolei Bielan powtarza: - To kandydat bez struktur, nieumiejący działać w zespole. Jest też pytanie, czy Polacy czekają na kandydata niejednoznacznego. Niby chcą, żeby się wszyscy pogodzili, ale odnajdują się w sporze PiS-PO.

Na dodatek poglądy Cimoszewicza trudno opisać jako spójne. Początkowo występował jako zagorzały antyklerykał i zwolennik socjalnego państwa. Ale jako premier walczył z ludowcami i z ministrem Kołodką z pozycji bardziej liberalnych. Jako szef MSZ w rządzie Millera prezentował twardy kurs wobec Unii Europejskiej, na przykład w sporze o Niceę. Później z kolei w rządzie Belki stał się zagorzałym rzecznikiem najgłębszej europejskiej integracji. Te przykłady można mnożyć.

Wydaje się, że to jeden z tych polityków, którego mają charakteryzować nie tyle poglądy, ile styl politykowania. Wiele razy demonstrował swoje rozczarowanie klasą polityczną. Dystansował się - nie tylko od przeciwników z prawicy, ale i od kolegów. W 1997 jako premier pogrążył własny obóz radą skierowaną do powodzian: "Trzeba się było ubezpieczyć".

Nie przeszkadzało mu to później w ławach opozycji okazywać zniesmaczenia lewicową polityką. Wyjechał na pół roku do USA i nie pojawiał się w Sejmie. To prowadzi do jeszcze jednego pytania: może on boi się zwykłej porażki? Prezydentury bowiem, w przeciwieństwie do wszystkich innych stanowisk, nikt na tacy nie poda. Tu trzeba gryźć trawę. A parafrazując stwierdzenie Józefa Oleksego komentującego wahania Cimoszewicza, trzeba uznać, że "ten typ tak nie ma".

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Więcej informacji na stronie głównej PolskaTimes
Dodaj ogłoszenie