Steig Larsson zdobywa prawdziwą sławę w zaświatach. Do kin wchodzi pierwsza część sagi Millennium

Redakcja
Świat ogarnęło szaleństwo larssonomanii. A wchodząca dziś na ekrany "Dziewczyna z tatuażem" to dowód, że na zmarłym w 2004 r. szwedzkim pisarzu można nieźle zarobić - pisze Lucjan Strzyga

Popularność trylogii "Millennium" przypomina pędzącą kulę śniegową. Gdy jej autor Stieg Larsson (właściwie Karl Stig-Erland Larsson), lewicowy dziennikarz i tropiciel skandynawskich nazistów, umierał w 2004 r. na zawał, na globalną millennijną histerię wcale się jeszcze nie zapowiadało. Owszem, Larsson miał na koncie bukiet nagród za swoje powieści (w tym dwukrotną prestiżową Nagrodę Szklanego Klucza), ale prawdziwą sławę miał zdobyć dopiero w zaświatach. I taka sława niebawem nadeszła: w 2008 r. ogłoszono go jednym z najlepiej sprzedających się autorów na świecie, zaraz za Khaledzie Hosseinim, twórcy powieściowych wyciskaczy łez rodem z Afganistanu. Larssonowska statystyka przyprawia dziś o zawrót głowy. Jego mroczne, przesiąknięte pesymizmem społecznym książki okazały się silniejsze niż kryzys ekonomiczny. Według danych z zeszłego roku, w niemal 50 krajach świata saga sprzedała się w nakładzie 40 mln egzemplarzy. W Szwecji wydrukowano 5 mln sztuk "Millennium" (liczba ludności wynosi 9 mln), zaś w Polsce edycje książek, e-booków i audiobooków z jego logo przekroczyły liczbę 700 tys. Dało to naszemu krajowi 12. miejsce na świecie w rankingu przyswajalności Larssona, ale też powód zadumy dla socjologów: co sprawia, że jego twórczość tak bardzo podoba się ludzkości?

Jedni jej popularności upatrują w literackich walorach trylogii o świecie, w którym nie ma miejsca na sentymenty, a dusze ludzkie przepełniają czerń i pesymizm, inni zaś dopatrują się tu sprawnego marketingu, który z nazwiska Larsson zrobił niewyczerpalne źródło kasy. W praktyce sprowadza się to do jednego: "Millennium" przypomina złotą żyłę, na której każdy może dzisiaj zarobić krocie.
Nie bez powody jeden z najsłynniejszych hollywoodzkich reżyserów David Fincher (dla niezorientowanych w meandrach kina Fincher to ten dżentelmen, który zrobił "Zodiak" i "The Social Network") walczył jak lew o prawo zekranizowania powieści Szweda. Udało mu się pokonać nawet Ridleya Scotta i Martina Scorsese i przekonać producentów, że to on najlepiej zapełni im konta. Już w dziś efekt jego pracy - "Dziewczyna z tatuażem", filmowa wersja pierwszej części Larssonowskiej trylogii: "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" - wchodzi do polskich kin.

CZYTAJ TEŻ: "Dziewczyna z tatuażem" bardziej mroczna niż samo "Millennium" (TRAILER + ZDJĘCIA)
I na razie wszystko wskazuje na to, że "Dziewczyna..." spełni pokładane w niej nadzieje. Film grany jest w amerykańskich kinach już od grudnia i bilans na początek stycznia wskazuje, że opowieść o perypetiach dziennikarza śledczego Mikaela Blomkvista i ekscentrycznej hakerki Lisbeth Salander zarobi na siebie z nawiązką. Na początek przyniosła 60 mln dol., co przy budżecie 90 mln (wyłożonych lekką ręką przez amerykańskich producentów oraz szwedzko-niemiecko-angielskich pomagierów), świadczy o tym, że Fincher może spać spokojnie i myśleć o ekranizacji kolejnych części spuścizny Larssona.

Film zbiera doskonałe recenzje, ale też nie bez powodu występują w nim Daniel Craig i Rooney Mara, która za tę rolę już ma w kieszeni nominację do Złotego Globu. "Dziewczyna..." była od samego początku pomyślana jako ekranowy hit. Krytycy ekranowych superprodukcji mówią co prawda, że jego realizacja jest typową dla Hollywood kradzieżą cudzych pomysłów pod postacią remake'u, ale dla naszej tezy nie ma to żadnego znaczenia: film jest przecież najlepszym dowodem na to, że sława Larssona wciąż rośnie.
Grunt pod sukces Finchera przygotowali kilka lat temu dwaj Szwedzi - Niels Arden Oplev i Daniel Alfredson, którzy w 2009 r. nakręcili trzy kryminały odpowiadające trzem częściom "Millennium". Filmy cieszyły się sporym powodzeniem, a pierwszy, czyli "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet", zarobił blisko 35 mln dol. i został entuzjastycznie powitany podczas projekcji w Cannes.
Kino to najważniejsza ze sztuk" - dowodził Lenin i miał rację. To nie milionowe nakłady książek, artykuły prasowe, a nawet moc szeptanej plotki, ale właśnie kino wykuwa dzisiaj najbardziej nośne w świecie idee. Kto by usłyszał przykładowo o Danie Brownie, gdyby Ron Howard nie nakręcił w 2006 r. "Kodu da Vinci"? Zapewne tylko garstka entuzjastów historycznej sensacji. To kinu Larsson zawdzięcza pośmiertną sławę, podobnie jak Komunistyczna Liga Robotniczna zawdzięcza mu swój syty byt, bowiem to właśnie szwedzkim trockistom pisarz zapisał pośmiertne prawa do swych dzieł.
W ogóle wygląda, że na Larssonie wszyscy mogą sowicie zarobić. Biografowie prześcigają się w pisaniu jego powikłanej biografii (najnowsza "Dziewczyna z tatuażem. Nieautoryzowany przewodnik po świecie Stiega Larssona i trylogii Millennium" Dana Bursteina, Arne de Keijzer i Johna-Henriego Holmerga trafi do polskich księgarń już za kilka dni), a wykładowcy uniwersyteccy ściągają na swoje zajęcia studentów problemami pożyczonymi z jego powieści. Choćby w Göteborgu, gdzie od roku furorą cieszą się wykłady pod tytułem "Społeczeństwo Szwecji w świetle poglądów Stiega Larssona".
Ale prawdziwe kokosy pisarz przynosi branży turystycznej. Turyści - ochrzczeni już trafnym mianem milleturystów - walą do Sztokholmu w poszukiwaniu kryminalnych wrażeń: wędrują po

Bellmansgatan, ulubionej ulicy Blomkvista (tu pod numerem jeden miał swoje poddasze) i siorbią kawę w restauracji Kvamen, gdzie dziennikarz lubił posiedzieć przy gazecie. Zainteresowanie jest tak duże, że Muzeum Miejskie wydrukowało nawet specjalną mapę dzielnicy Södermalm, na której zaznaczono punkty występujące w trylogii.

Władze metropolii zorganizowały ponadto tzw. Millennium Tour, w ramach którego dwa razy w tygodniu przewodnicy wiodą chętnych po szkokholmskich zaułkach. Cena niewygórowana: 120 koron szwedzkich, czyli ok. 50 zł. W zeszłym roku na taką właśnie wycieczkę wybrał się nawet ekspremier Hiszpanii José Luis Zapatero, prywatnie wielki miłośnik prozy Stiega Larssona.
Szwed pośmiertnie dołączył zatem do literackich sław, którym turyści oddają dziś hołd pielgrzymkami i wydawaniem pieniędzy na pamiątkowe gadżety. Po szaleństwie browmanii mamy dziś tłumy zwiedzające Barcelonę Eduardo Mendozy, Pragę Jarosława Haška i Moskwę Michaiła Bułhakowa. Do tej listy zaliczyć też można nasz Wrocław, w którym wciąż kwitnie kult kryminalnego herosa Eberharda Mocka zrodzonego w wyobraźni Marka Krajewskiego.

Na modzie na Larssona nie skorzystała dotychczas jedynie jego była konkubina Eva Gabrielsson, którą pisarz pozostawił bez praw do spuścizny. Ale i ona ma argument w wielkiej wrzawie na temat "Millennium". Jest bowiem w posiadaniu laptopa, w którym Larsson pozostawił rzekomo czwartą część historii Mikaela Blomkvista. Może się zatem okazać, że na końcu to ona będzie dyktować warunki wydawcom i przyjmować wysłanników filmowych koncernów. Dzięki czemu moda na Stiega Larssona potrwa jeszcze trochę. Przynajmniej do momentu, aż świat oszaleje na punkcie kolejnego literackiego proroka.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie