Stefan Bratkowski: Są dziennikarze normalni i reszta. To nie są dwie równoprawne strony

Joanna Miziołek
Fot. archiwum
- Paweł Lisicki pozbył się całej naszej grupy czołowych dziennikarzy "Rzeczpospolitej". Nikt z nas nie narzekał, ponieważ jako naczelny miał prawo to zrobić. Nie wydrukował mojego felietonu, rozstaliśmy się i nie oskarżałem go o to, że zachował się jak cenzor. Teraz spotkało ich to samo, co nas wtedy - mówi Stefan Bratkowski w rozmowie z Joanną Miziołek.

Czy możemy dziś mówić o tym, że wolność słowa jest zagrożona? Prawicowi publicyści apelują, że tak i wchodzą w spór z lewicowymi.
Traktowanie na równi ludzi, którzy wykonują pracę dziennikarską, i tych, którzy wzywają do obalenia naszego ustroju, dłużej nie ma sensu. Trzeba odsłaniać to, co jest do odsłaniania, a nie robić tego na zasadzie równoprawnych wypowiedzi dwóch stron. To nie są żadne dwie strony. Mam do czynienia z dziennikarstwem przyzwoitym i dziennikarstwem stricte politycznym ludzi walczących o władzę, co więcej - bez żadnego programu, bez żadnych propozycji, co należałoby w tym kraju zrobić. A drugiej strony - mamy charakterystyczne sytuacje, kiedy nie ma w naszej prasie działów popularno-naukowych. Nie ma dziennikarzy popularnonaukowych. W rezultacie nikt się nie orientuje, że kiedy trotyl wybucha, nie zostają po nim resztki ładunku, a zostają ślady posiadania w rękach trotylu. Okazuje się, że brakuje podstawowych informacji. Ulega się mitom, które są naturalnie potrzebne politykom, tylko nie są potrzebne dziennikarzom.

Może to jest tak, że dzisiaj dziennikarstwo się zmieniło i polega tylko na emocjach?

Nie. Dziennikarstwo ma zawsze te same obowiązki. Ma przedstawiać rzeczywistość. To, że moi koledzy dają się angażować w rozgrywki polityczne i w rezultacie stają się uczestnikami gry politycznej, to są konsekwencje tego, że jeszcze jesteśmy świeżą demokracją, po odzyskaniu niepodległości. To, co teraz się dzieje, przypomina mi wczesne lata 20. Niemiec. Jakoś nie zauważa się, że ktoś tu wzywa do obalenia tego rządu, ktoś podważa stabilność tego państwa, ktoś oskarża rząd o morderstwa. To są rzeczy w normalnym państwie, w normalnych stosunkach nie do zaakceptowania. To wszystko traktuje się jako rzeczy normalne, a potem dziwimy się, że jakiś młody człowiek chce mordować wszystkich dziennikarskich przeciwników, a inny przygotowuje zamach na Sejm i na rząd.

Pamiętajmy, że w drugą stronę to również działa. Morderstwo w biurze PiS w Łodzi zostało dokonane przez człowieka, który przyznał się, że chciał zabić Jarosława Kaczyńskiego.
Takich ludzi nie brakuje. Ale nikt z tej strony normalnych dziennikarzy nie wzywa do obalenia władz tego kraju legalnie wybranych. To są te paradoksy sytuacji, w której mamy do czynienia z dążeniem do władzy bez żadnego programu. Najpierw trzeba wyjaśnić, co chce się w tym kraju zrobić, a potem można podnosić awantury.

Problem polega na tym, że dziennikarstwo musi wrócić do swoich podstawowych zadań, do informowania. Musimy pamiętać, że jesteśmy od objaśniania świata

Dziennikarze, którzy odeszli z "Uważam Rze" i "Rzeczpospolitej", Pana zdaniem, nie mają się o co awanturować?
Lisicki pozbył się całej naszej grupy czołowych dziennikarzy "Rzeczpospolitej".

Jak to?
Sam pozbył się osobiście mnie. Nikt z nas nie narzekał, ponieważ jako naczelny miał prawo to zrobić. Nie wydrukował mojego felietonu, rozstaliśmy się i nie oskarżałem go o to, że zachował się jak cenzor. W tamtym czasie on reprezentował właściciela. Nikt nie reprezentował jego uprawnień. Teraz spotkało ich to samo, co nas wtedy. Czytelnicy "Uważam Rze" czytali, że żyjemy w kraju rządzonym przez obcych, gdzie zamordowano prezydenta.

Przerysowuje Pan. Takich sformułowań nie było.
To chyba pani nie czytała tej gazety.

Widzi Pan coraz mocniej postępujący kryzys w mediach? Nie stać dziś redakcji na dziennikarzy.
My akurat od czterech lat z kolegami redagujemy gazetę internetową Studio Opinii za nic. Bez żadnych pieniędzy. Co miesiąc gazeta ma o 30 proc. większej klikalności. Świetnie się bawimy. Jesteśmy gazetą przyzwoitą i niezależną. Nikomu nie przeszkadzamy, nikomu nie służymy. Mamy oczywiście swoje uwagi do rządu, ale odnosimy się do niego z szacunkiem, jaki się należy gabinetowi niepodległego państwa. To, co się porobiło ze Stowarzyszeniem Dziennikarzy Polskich, kiedy jeden z najzdolniejszych radiowców, czyli Krzyś Skowroński, dziś jako polityk wycofał się praktycznie z dziennikarstwa. I efekt mamy taki, że SDP jest traktowane jako organizacja polityczna.
Młodzi dziennikarze, którzy dopiero zaczynają wchodzić do zawodu, mają dokąd iść? W mediach wciąż tną etaty.
Jak pani doskonale wie, w tym zawodzie trzeba się pokazać, trzeba zrobić coś takiego, co byłoby zauważone. Wtedy można liczyć na to, że człowieka zatrudnią. Takie stosunki były zawsze w tym zawodzie. Natomiast istotną kwestią jest sprawa stosunków między dziennikarzami normalnymi a światem, którego przedmiotem namiętności jest polityka. Potem efekty są takie, że rodzą się faceci, którzy mają wodę w mózgu i planują wysadzenie Sejmu. To są ludzie nienormalni. Ale taki nienormalny człowiek zabił Narutowicza. To daje do myślenia. Problem polega na tym, że dziennikarstwo musi wrócić do swoich podstawowych zadań, do informowania. Jesteśmy od objaśniania świata.

Nie ogłosiłby Pan w tym momencie kryzysu i coraz większego upadku dziennikarstwa?
Nie. To jest po prostu okres przesilenia politycznego. Jeżeli mamy do czynienia z żądaniem obalenia rządu, jeżeli mamy do czynienia z sytuacją, że część społeczeństwa ulega przekonaniu, że z tym trzeba skończyć, ale nie wiadomo z czym, to jest jasne, że ktoś daje się ponosić emocjom politycznym. Tak się właśnie zaczynały ruchy faszystowskie. To nie jest prawda, że nie można zrobić ludziom wody z mózgu. Jeżeli to się robi w sposób umiejętny, to potem dochodzi do zawirowań. Potrzeba dyskusji nad tym, jak widzimy potrzebę tego społeczeństwa i jaką rolę chcemy sobie przypisać.

Skoro już Pan dzieli dziennikarzy na tych normalnych i politycznych, to zapytam o tych normalnych. Czy ich rola nie sprowadza się często do tego, że podkładają sitko i nagrywają to, co mówi polityk?
Absolutnie w pełni się z panią zgadzam. Sytuacja, w której w mediach są tylko politycy, jest niepoważna. Dawniej na Zachodzie była zasada, że udziela się głosu politykowi wtedy, kiedy ma do powiedzenia coś ważnego albo coś bardzo mądrego. A u nas ma pani sytuację taką, że zabiera głos jeden, potem natychmiast dobierają drugiego, który mówi coś przeciwnego, ponieważ to podobno daje oglądalność. A tymczasem gdyby opowiadali, kto co ciekawego zrobił, to zaręczam, że to by budziło znacznie większe zainteresowanie. Ludzie są ciekawi karier, osiągnięć. To pobudza wyobraźnię. Obecne dziennikarstwo jest kulawe.

Więc jak je naprawiać?
Trzeba zacząć rozmawiać. To jedyne rozwiązanie, by dojść do wniosku, że trzeba poprawiać środowisko dziennikarskie. A jest co naprawiać.

Czeka nas w Polsce debata na temat mediów, standardów dziennikarskich?
Liczę na nią. Mam swojego wychowanka, niezwykle zdolnego chłopaka, który dzisiaj na ekranie wyłącznie się wymądrza. I oczywiście jest uosobieniem nieżyczliwości. Dawniej zaczynało się zawód od działu miejskiego, czyli od umiejętności zbierania informacji. Dziś każdy chce się mądrzyć na każdy dowolny temat. Młodzi ludzie całą swoją inteligencję i talent zużywają na to, żeby oceniać. Pokolenie młodsze ode mnie powinno samo rozpocząć debatę na temat zawodu.

Myśli Pan, że podejmą wyzwanie, by zaczynać od działu miejskiego?
Nie muszą zaczynać od działu miejskiego. Wystarczy, że będą opisywali świat, że będzie choć trochę reportażu. Nie sami publicyści. Dzisiaj nie mieliśmy w ogóle relacji na temat wyborów samorządowych. Bo nie ma kto tych informacji zbierać. Niezwykle ciekawe są gazety lokalne. Czytelnicy mają zaufanie do tych dziennikarzy. Oni reprezentują ich sprawy i rzetelnie opisują rzeczywistość. Nie wikłają się w puste spory.

Stefan Bratkowski, dziennikarz, pisarz, redaktor portalu Studio Opinii. Prezes honorowy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich

Wideo

Komentarze 35

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

o
ola
Stefan Bratkowski – żydowski komunista, w okresie stalinizmu członek Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, członek egzekutywy PZPR w Związku Literatów Polskich a także członek Komitetu Centralnego Związku Młodzieży Socjalistycznej. Założyciel Gazety Wyborczej i spółki Agora. Jego córką jest Katarzyna Bratkowska – zadeklarowana komunistka, zwolenniczka Józefa Stalina. Propagatorka gender, aborcji i pederastii. W 2011 roku wystawiała północnokoreańskie opery autorstwa Kim Ir Sena. Organizatorka corocznej „Manify”, wraz z żydówkami i feministkami Szczuką oraz Graff.
S
Stanisław Jawor
Proszę o podanie informacji w którym artykule Prawa prasowego uregulowany jest sposób podawania nazw niemieckich i polskich na terenie Dolnego Śląska. Czyli: - jak prawidłowo napisać, że Emil Krebs urodził się we Freiburgu czyli w Świebodzicach.
Dziękuj za odpowiedź.
[email protected]
O
OLDBOY
A co ty (celowo z malej litery) prezentujesz poza chamstwem i pogardą ?
G
Gabriel
Na pewno Cię posłuchają. Kogo to obchodzi co Ty oglądasz ?
P
Piotr
Chamstwo i pogarda dla innych typowo polskie - doprawdy?
k
kontakt z rzeczywistoscią
Stary cap utracił kontakt z rzeczywistością.
A wy chcecie bym jeszcze płacił za jego bełkot 9,90 zł...
Całkowicie wam odbiło.
Całkowicie.
G
Gość
"normalnym dziennikarzem czy resztą"?
j
jureq
hm, nie ma mojego komentarza o tym,że dzielenie przez pana Bratkowskiego na "normalnych i resztę" też jest dyskryminacją , ponieważ można dzielić według mnie na rzetelnych i nierzetelnych, uczciwych lub nieuczciwych, merytorycznych lub skróciarzy, ale kryterium normalności lub nie jest oceną typu ostatecznego negatywnego takiego samego jak to, które sam piętnuje.
k
klik
Janina Paradowska, wzór cnót dziennikarskich i patrzenia władzy na ręce, w swoim stałym kąciku wzajemnej adoracji w radiu TOK FM wraz z „komentatorami”: Radosławem Markowskim, Pawłem Wrońskim i Pawłem Fąfarą wyzłośliwiała się na wczorajsze posiedzenie sejmowej komisji sprawiedliwości, na którym prokuratura przyznała, że na wraku TU-154M w Smoleńsku znaleziono ślady trotylu.
K
Karramba
Trzeba przyznać, że dużo pierdolniętych maniaków propisowskich komentuje pod tutejszymi tekstami. Chamstwo i pogarda dla innych typowo polskie.
g
giga
Czy był w WSI ? Zawsze szybko awansował (w przeciwieństwie do Wołka). W 1990 rozpoczął pracę w "Życiu Warszawy", gdzie był dziennikarzem i reporterem, a następnie pełnił kolejno funkcje: sekretarza działu krajowego, zastępcy szefa działu krajowego i sekretarza redakcji. Z dziennikiem rozstał się pod koniec 1995 - był w grupie dziennikarzy, która odeszła z redakcji razem z Wołkiem.
A
ALA
PRAWDA DLA PANA NIEGDY NIE MIALA ZADNEJ WARTOSCI JAK DLA CALEJ MICHNIKOWSZCZYZNY. OBECNIE JEST PAN NA TYM ETAPIE ROZWOJU CO NIESIOLOWSKI - WIEC KONIEC PANSKIEGO DZIENNIKARSTW - I TYLE
b
bond 007
Tą resztą to jesteś ty, Michnik, Lis, Olejnik, Żakowski i cała reszta hołoty, podobna do ciebie.
p
polo
Warto wiedzieć, że gdy na rynek polski wchodzi taka gazeta jak Times,
to daje forsę i szukają redaktora naczelnego z Polski.
I kto zostaje im podstawiony? Własnie taki człowiek ideowy ja Fąfara.
Taki ideowiec szybko dobiera sobie zespół podobnych ideowców III RP i przerabia
Times na G..o wyborcze.
Czy Fąfara jest człowiekiem Dukaczewskiego za WSI ? Tego nie wiem,
ale wszystko na to wskazuje.
PS.
Podobnie było z "Newsweekiem" gdy pojawił sie na polskim rynku.
s
stud
M.Łaszcz i jej goście -(Fąfara, Wroński) sa siebie warci ,ci ludzie nie maja nic wspólnego z zawodem dziennikarza,bo to ze nie są analfabetami to zamało.Ale jaka stacja tacy i dziennikarze i jej goscie.Dno i ogromny wstyd.
Dodaj ogłoszenie