Stary Pruszków nie wróci. Minęła moda na „chłopców z miasta”

Dorota Kowalska
Dorota Kowalska
123RF
Większość gangsterów ma dzisiaj swoje firmy, są biznesmenami, przynajmniej na takich się kreują. Zarabiają na wyłudzeniach VAT, dokonują przestępstw gospodarczych - nikt nie biega po mieście i nie wymachuje pistoletem. Najlepiej świadczy o tym historia Andrzeja Z., czyli „Słowika”, który świetnie dostosował się do zmieniającej się przestępczej rzeczywistości.

To nie pierwszy raz, kiedy Andrzej Z., pseudonim Słowik, opu-szcza zakład karny. Tym razem przesiedział za kratkami trzy i pół roku, został zwolniony za poręczeniem majątkowym w wysokości 400 tysięcy złotych. „Słowik” miał między 2014 a 2018 stać na czele mafii ochraniającej osoby wyłudzające VAT, miał zarządzać grupą i doradzać oszustom, jak legalizować pozyskane w przestępczym procederze środki finansowe. Jego gang poza przestępstwami gospodarczymi dokonywał rozbojów, fałszerstw, handlował narkotykami. Do grupy Andrzeja Z. należeli członkowie dawnych stołecznych ekip przestępczych, grupy ożarowskiej i grupy mokotowskiej.

Historia lubi się powtarzać. Kiedy w sierpniu 2013 roku „Słowik”, uważany swego czasu za jednego z najbardziej bezwzględnych bossów mafii pruszkowskiej, stawał przed bramą więzienia jego adwokat zadeklarował: - Mój klient zamierza teraz żyć zgodnie z prawem. Przebywa w Warszawie, chce się skupić na odbudowie relacji z synem.

Syn Andrzeja Z. miał wówczas 13 lat, a od 13 lat „Słowik” siedział w więzieniu.

- Kiedy się zobaczyli, wpadli sobie ze łzami w ramiona - opowiadał dziennikarzom adwokat. I podkreślał: - Mój klient jest pełnoprawnym obywatelem, a nie gangsterem. Proces resocjalizacji zakończył się sukcesem.

Nie wszyscy wierzyli w zakończony sukcesem proces resocjalizacji, ale nikt chyba nie wierzył, że „Słowikowi” uda się odbudować grupę na miarę tej pruszkowskiej z początku lat 90.

- Na pewno takich struktur odbudować się dzisiaj nie da - mówi gen. Adam Rapacki, były podsekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, jeden z twórców Centralnego Biura Śledczego. - Z kilku powodów. Po pierwsze, służby policyjne dysponują dzisiaj potężnymi instrumentami prawnymi, których w latach 90. nie było. Mają lepsze systemy ścigania, związane chociażby z konfiskatą mienia czy kontrolą majątku obywateli. Lepsze systemy informatyczne, przepływ informacji jest dużo sprawniejszy- wylicza generał.

Dzisiaj trudniej też kupić na czarnym rynku broń czy materiały wybuchowe. No i sami śledczy mają więcej czasu i środków, aby zajmować się najtrudniejszymi sprawami, ale też przestępczość spadała w stosunku do lat 90. o 70 procent. Te procenty „robiła” także osławiona grupa pruszkowska.

- Pruszków, zastraszając, strzelając w kolana, a czasem zabijając niepokornych, niemal podporządkował sobie wszystkie grupy przestępcze w Polsce. To był czas zmian systemowych i działy się rzeczy, które teraz nie mogłyby się wydarzyć. Obok Pruszkowa, już wtedy, działało jednak w Polsce kilka mniejszych grup, które nie wytykały nosa ze swojego terytorium. Kiedy Pruszków został w części wyeliminowany z gry, wielu z tych pomniejszych bandytów dostało skrzydeł, więc pojawiła się grupa nowodworska czy mokotowska, ale i one zostały sukcesywnie przetrzebione - opowiada gen. Adam Rapacki.

Ale wróćmy do początków gangu pruszkowskiego. Ewa Ornacka i Piotr Pytlakowski tak piszą w „Alfabecie mafii”:„Milicja zmieniona w policję dopiero uczyła się nowych obowiązków. Wszelkimi siłami odcinano się od PRL, przy okazji spuszczając ze smyczy tzw. osobowe źródła informacji, czyli agentów milicji i SB w świecie przestępczym. Wielu znanych w latach 90. gangsterów w poprzedniej dekadzie zajmowało się cinkciarstwem. Wśród waluciarzy SB miała mocną agenturę. Większość esbeków zweryfikowano negatywnie i role się odwróciły. Teraz oni stali się agenturą świata przestępczego. Gangsterzy wykorzystywali ich kontakty i znajomości z milicjantami przemianowanymi na policjantów, z prokuratorami, a nawet z sędziami. Wszyscy przestępcy, znani dzisiaj jako ojcowie chrzestni mafijnych grup, w latach 80. dziwnie łatwo wyjeżdżali do Niemiec (RFN) na wielomiesięczne pobyty. Bez problemów dostawali paszporty w czasach, kiedy nie było to wcale takie proste. Niemiecką mekką polskich złodziei był wtedy Hamburg i inne miasta nadmorskie. Bywali tam „Nikoś”, „Pershing”, „Wariat”, „Oczko”, a także podobno „Masa”, „Kiełbasa” i „Słowik”.

- Istniał dyskretny nadzór ze strony SB nad pruszkowską bandą „Barabasza”. (…) To była swego rodzaju opieka. (…) Za czyny, które ludzie „Barabasza”, popełniali, można było trafić do ciupy na bardzo długo. A oni nie trafiali. (…) W „Uroczej” (knajpa w Pruszkowie w latach 80.), bandyci „Barabasza” zajmowali połowę sali, drugą okupowali milicjanci po służbie. (…) Po kilku półlitrówkach, lody przełamywano i dochodziło do ogólnego zbratania, stoliki łączono i pito wspólnie. (…) Tak rodzą się nieformalne więzi. (…) Dzisiaj już wiemy, że wielu zwykłych złodziei z czasów PRL, członków bandyckich grup dokonujących włamań i napadów, dzięki opiece ludzi z peerlowskich służb specjalnych w III RP zmieniło się w opromienionych sławą mafiosów, liderów „Pruszkowa”, „Wołomina” i wielu innych przestępczych grup zorganizowanych”.

Ireneusz P., pseudonim Barabasz, to postać niesłychanie ważna w historii polskiej przestępczości, albo jak kto woli - mafii. Postrach Żbikowa, zapomnianej przez Boga dzielnicy Pruszkowa: prymitywny, brutalny, ale charakterny, twardy, nieugięty. To był bandyta starej daty, grypsował, połowę życia spędził za kratkami. Wokół „Barabasza” w latach 80. zaczął się skupiać krąg włamywaczy, którzy zarabiali tak, jak on.

„Barabasz” był przestępcą, któremu żyć pozwalały służby. W jego grupie obowiązywały zasady, dla kapusiów nie było w niej miejsca. Liczyła się lojalność i pełne oddanie. Ale „Barabasz” trafił za kraty, a kiedy wyszedł z więzienia na przełomie 1989 i 1990 roku, w gangsterskim świecie następowała właśnie pokoleniowa zmiana. Ci, którzy kiedyś podziwiali „Barabasza”, teraz dawali mu pracę.

Zmieniał się też rodzaj przestępstw, z którego żył półświatek. Włamaniami zajmowali nieudacznicy. Zresztą, wiosną 1989 roku Ireneusz P. zginął w wypadku samochodowym. Jechał rozpędzoną Ładą i wpadł w poślizg między Pruszkowem a Komorowem. Źle ocenił i wóz, i swoje możliwości, roztrzaskał się w drobny mak. A wtedy przyszedł najlepszy czas dla polskiej przestępczości.

„Polska mafia narodziła się w 1990 r. jednocześnie w dwóch miejscach - okolicach podwarszawskiego Pruszkowa i w środowisku Polaków przebywających w Niemczech. W Pruszkowie gang zorganizowali wychowankowie słynnego w czasach PRL bandyty „Barabasza”. W Niemczech skrzyknęli się złodzieje samochodów na czele z Nikodemem S., zwanym Nikosiem. Ambicje kierowania organizacją miał co prawda niejaki Zbigniew N., ale konkurenci podłożyli w jego aucie bombę i N. zamachu nie przeżył. Po zabójstwie Nikosia i jego dawnego ochroniarza „Szwarcenegera” oraz sukcesie w bitwie zgorzeleckiej, Pruszków tryumfował.

Można zaryzykować twierdzenie, że wyrósł na największą i najbardziej niebezpieczną przestępczą strukturę w Polsce. Poza Krakowem, gdzie jak dotychczas nie udało się ludziom z Pruszkowa zdobyć większych wpływów, podwarszawski gang opanował kraj. W większych miastach jego interesów pilnują (pilnowali?) rezydenci. Siatka jest szczelna i precyzyjnie skonstruowana. Być może do dzisiaj gang rósł-by w siłę, gdyby nie przerost ambicji poszczególnych pruszkowskich watażków. Początkowo działali zgodnie, ale szybko zaczęli rywalizować o wpływy” - pisał Piotr Pytlakowski, dziennikarz, publicysta „Polityki”.

Po śmierci „Barabasza” władzę przejął Zbigniew K. „Ali”, ten, o którym Jarosław Sokołowski opowiadał, że sporą część swojego życia spędził za kratkami, po nim Janusz P. „Parasol” oraz Andrzej K. „Pershing”. Inne ważne postacie to Zygmunt R. „Bolo”, Andrzej Z. „Słowik”, Mirosław D. „Malizna”, Leszek D. „Wańka” oraz Wojciech K. „Kiełbasa”, kolega Sokołowskiego, czyli „Masy”.

Mafia wołomińska była odłamem pruszkowskiej. Przejęła tereny na wschód od Warszawy. Tu rządzili bracia N., czyli „Dziad” i „Wariat”, Ludwik A. „Lutek”, Marian K. „Mańka”, Czesław K. „Cebera” czy Andrzej Cz. „Kikira”.

Na czym zarabiali? Przemyt spirytusu, papierosów i narkotyków, nielegalne rozlewnie alkoholu i wytwórnie amfetaminy, haracze od kupców, restauratorów, właścicieli agencji towarzyskich, a nawet znanych biznesmenów. Napady na TIR-y, konwoje z gotówką, kradzieże samochodów. Ogromne pieniądze.

Nic więc dziwnego, że zaczęli rywalizować ze sobą, także dawni kompani. Pierwszy zapłacił za to „Ali”, odsunięty na boczny tor. Gorzej skończył Wojciech K., pseudonim Kiełbasa. Za bardzo się rządził. Zginął w lutym 1996 roku pod sklepem spożywczym w Pruszkowie. Zabójcy czekali w dwóch samochodach zaparkowanych po drugiej stronie ulicy. Nie miał najmniejszych szans, zakupy rozsypały się na chodniku. Kolejny był „Pershing”, który zginął w Zakopanem, on też za bardzo się szarogęsił, chciał jednoosobowo zarządzać Pruszkowem. Koledzy nie byli zadowoleni z takiego obrotu sprawy.

Leszek D., pseudonim Wańka, jeden z liderów starego gangu pruszkowskiego, zgodził się swego czasu na rozmowę z Piotrem Pytlakowskim i tak opowiadał o tej wewnętrznej konkurencji, która z czasem przerodziła się w rzeź: „Zginął Kiełbacha, Nikoś, Wariat, Pershing - to fakty. Ale to nie była wojna, to były beznadziejne rozgrywki ludzi. Jakby umieli ze sobą rozmawiać, to by nie strzelali i bomb sobie nie podkładali”.

„Wańka” początki grupy pruszkowskiej widział zupełnie inaczej niż śledczy, którzy ją rozpracowali, czy chociażby „Masa”, stwierdził, że to media wylansowały grupę, a „Pru-szków był normalnym, zwykłym miastem, z którego wywodziło się kilka osób. Różnych osób”. Jego zdaniem, nie było żadnych założycieli ani szefów gangu pruszkowskiego: jedynie grupa kolegów, a czasem jedynie znajomych. Połączył ich wszystkich przemyt spirytusu na olbrzymią skalę. „W 1989 roku otrzymałem od grupy, nazwijmy ich urzędników państwowych, propozycję, że jest taka możliwość z tym spirytusem, tylko że oni tego nie zrobią, czy ja bym się tym nie zajął?” - opowiadał w rozmowie z Piotrem Pytlakowskim. To byli funkcjonariusze tzw. służb. Chcieli procentu od zysków.

Sąd nie uwierzył w „grupę znajomych”, Leszek D. został skazany za założenie i kierowanie gangiem pruszkowskim, wymuszenie pieniędzy i udział w przemycie kokainy. Za kratami spędził 15 lat.

Kres wewnętrznej walce dał nie kto inny, a Jarosław Sokołowski. Został zatrzymany przez policję w Korbielowie na Żywiecczyźnie, bawił u znajomych. Doniósł na niego jeden z handlarzy w Elektrolandzie Andrzej R., pseudonim Rudy. „Masa” miał od niego wymuszać haracz. W rzeczywistości Jarosław Sokołowski pożyczył mu ponad 100 tysięcy dolarów „na rozkręcenie interesu” i co jakiś czas zgłaszał się do niego po odsetki. „Rudy” oddawał pieniądze lub, jeśli mu ich brakowało, odsetki spłacał sprzętem elektronicznym, który kupował w Elektrolandzie. Nie wiadomo, dlaczego Andrzej R. zdecydował się na współpracę z policją. Jarosław Sokołowski wyszedł na wolność w połowie czerwca 2000 roku po pięciu miesiącach pobytu w areszcie, uzyskując status świadka koronnego. I zaczął sypać.

Pruszków, Wołomin to były silne, bandyckie grupy, ale jeszcze nie mafia. Mogły się jednak w nią zmienić, bo zaczynały łapać kontakt z politykami. Nie zdążyły, bo do akcji wkroczyło Centralne Biuro Śledcze.

Powołał je 15 kwietnia 2000 roku komendant główny policji, łącząc działające od 1994 roku Biuro do Walki z Przestępczością Zorganizowaną oraz działające od 1997 roku Biuro do spraw Narkotyków. Najlepszy sprzęt, najlepsi gliniarze, nowe zasady gry. Policja i prokuratura mogły przeprowadzać operacje specjalne, np. zakup kontrolowany, miały szerszą możliwość kontroli korespondencji, dostęp do niektórych baz informacyjnych, powołano wreszcie instytucję świadka koronnego.

- To był ostatni moment na tego typu działania, grupa pruszkowska zaczęła dominować w całym kraju - opowiada Marek Biernacki, polityk, były szef MSWiA. - Niemal codziennie wybuchały bomby albo dochodziło do strzelanin. Groziło nam powstanie wielkiej ogólnopolskiej mafii - tłumaczy.

Zeznania „Masy” też miały swoją wartość. Policja przystąpiła do akcji o pseudonimie „Enigma”, decyzję o jej rozpoczęciu wydał właśnie Biernacki, był wtedy ministrem spraw wewnętrznych i administracji w rządzie Jerzego Buzka.

- Uderzyliśmy w Pruszków, zatrzymywaliśmy gangsterów w całym kraju. To było jedno, skonsolidowane uderzenie, ale potem udało nam się wyłapać także tych, którzy zdołali uciec - opowiada Marek Biernacki. - Nie wszyscy byli zwolennikami przeprowadzenia tej akcji, niektórzy podnosili, że w miejscu starej grupy pojawi się nowa, być może jeszcze groźniejsza, jeszcze bardziej brutalna - tłumaczy Biernacki.

W 2003 roku m.in. dzięki zeznaniom Sokołowskiego sąd skazał szefów gangu pruszkowskiego na 7-letnie wyroki więzienia. W tym czasie prawie cały zarząd gangu już siedział w areszcie. W 2007 r. pierwsi szefowie grupy byli już na wolności.

Po rozbiciu „Pruszkowa” gang wołomiński starał się przejąć część interesów konkurentów, ale cały czas walczył o wpływy z grupą łomiankowsko-wołomińską kierowaną przez Jacka K. pseudonim Klepak, syna zastrzelonego w 1999 roku Mariana K., pseudonim Mańka. Tu także trup ścielił się często i gęsto. Część gangu wołomińskiego zginęła w porachunkach, część trafiła za kratki.

Ale wracając jeszcze do gangu pruszkowskiego, który uczył się rzemiosła u „Barabasza”, „Aliego” i starej pruszkowskiej recydywy, przed sądem sprawa grupy toczyła się kilka razy. Ostatni proces skończył się zresztą zupełną porażką wymiaru sprawiedliwości. W 2012 roku sąd zdecydował o skazaniu dawnego szefa Pruszkowa z lat 90. Janusza P., pseudonim Parasol, na półtora roku więzienia oraz uniewinnieniu dwóch innych przywódców gangu - Andrzeja S., pseudonim Słowik, i Zygmunta R., pseudonim Bolo.

„Stary „Pruszków” powraca! Bossowie gangu widywani są w kurortach, restauracjach i na meczach! Jak za starych „dobrych” czasów. Andrzeja Z. (53 l.), czyli Słowika widziano ostatnio w loży dla VIP-ów na stadionie warszawskiej Legii. Śmietance towarzyskiej nie przeszkadzała obecność byłego gangstera. Wybrańcy, których stać było na zapłacenie 600 zł, by pooglądać mecz przy winie i frykasach, nie okazywali mu wrogości. Wprost przeciwnie - przyjęli go jak swojaka.

Wiemy też, że „Słowik” nie wyrzekł się starych kompanów. Widywany jest w towarzystwie Leszka D. ps. Wańka. Po wyjściu z więzienia panowie regularnie spotykają się i długo rozmawiają. Czyżby znowu coś razem organizowali? Ostatnio byli razem w Sopocie. Widać, że świetnie się dogadywali.

Według naszych nieoficjalnych informacji Słowik, Wańka i Malizna odbyli niedawno już jedno „spotkanie na szczycie” w warszawskiej restauracji. Rozpracowujący gang pruszkowski nie mają wątpliwości, że członkowie zarządu Pruszkowa razem będą robić interesy” - pisał w 2013 roku „Fakt”.

Artykuł, opatrzony był zdjęciami panów około pięćdziesiątki, przyzwoicie ubranymi, podjeżdżającymi pod restauracje całkiem niezłymi samochodami. Siedzieli przy stoliku i rozmawiali.

- Odbudowanie takiej grupy przestępczej jak Pruszków byłoby dzisiaj niemożliwe: państwo jest lepiej zorganizowane, sprawniejsze służby, społeczeństwo bardziej świadome, minęła też swoista moda na „chłopców z miasta”. Zmienił się także sam charakter przestępczości - mówi Marek Biernacki.

Większość gangsterów ma dzisiaj swoje firmy, są biznesmenami, przynajmniej na takich się kreują.
Zarabiają na wyłudzeniach VAT, dokonują przestępstw gospodarczych - nikt nie biega po mieście i nie wymachuje pistoletem. Najlepiej świadczy o tym historia Andrzeja Z., czyli „Słowika”, który świetnie dostosował się do zmieniającej się przestępczej rzeczywistości.

Testy na Covid tańsze za granicą

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie