Sowiecki krokodyl połyka Polskę. Porażka polityki...

    Sowiecki krokodyl połyka Polskę. Porażka polityki Sosnkowskiego i Mikołajczyka

    Paweł Stachnik

    Dziennik Polski 24

    Aktualizacja:

    Dziennik Polski 24

    Naczelny wódz gen. Kazimierz Sosnkowski dekoruje Krzyżem Virtuti Militari przybyłego z kraju ppor. Jana Nowaka-Jeziorańskiego, Londyn, grudzień 1943
    1/2
    przejdź do galerii

    Naczelny wódz gen. Kazimierz Sosnkowski dekoruje Krzyżem Virtuti Militari przybyłego z kraju ppor. Jana Nowaka-Jeziorańskiego, Londyn, grudzień 1943 r. ©Fot. jezioranski.org

    Lipiec 1943. Naczelnym wodzem zostaje gen. Kazimierz Sosnkowski. Stanowisko premiera obejmuje Stanisław Mikołajczyk. Obaj uznają sowiety za zagrożenie. Ich polityka kończy się jednak fiaskiem.
    Dwaj polscy politycy czasu ostatniej wojny - premier Stanisław Mikołajczyk i naczelny wódz Kazimierz Sosnkowski usiłowali - każdy na swój sposób - kształtować politykę Polski wobec Związku Sowieckiego. Dla obu było jasne, że Stalin zdecydował się przyłączyć Kresy Wschodnie.

    Kwestią otwartą było natomiast, czy zadowoli się zdobyczami terytorialnymi, czy też będzie chciał podporządkować sobie Polskę również politycznie, narzucając jej komunistyczny ustrój. Mikołajczyk żywił nadzieję, że w zamian za ustępstwa graniczne i dopuszczenie komunistów do współrządzenia uda się ocalić jakąś część niezależności.

    Takich złudzeń nie miał Sosnkowski. ZSRR porównał do "żarłocznego krokodyla", którego alianci chcą nakarmić cudzymi ochłapami (czyli Polską), a który i tak "połknie wszystko, co tylko dosięgnie". Dlatego uważał, że nie należy iść na żadne ustępstwa polityczne ani terytorialne wobec Stalina. Trzeba unikać walki, minimalizować straty, chronić substancję narodową i czekać na przyszły konflikt Zachodu z Moskwą.

    Jak pokazał przebieg wydarzeń, i jedna, i druga strategia skończyła się fiaskiem. Polityka Stalina okazała się skuteczniejsza, jego dywizje silniejsze, a poparcie zachodnich aliantów dla Polski iluzoryczne. Dziś, mądrzejsi o całą wiedzę, jaka narosła od tamtego czasu, musimy chyba stwierdzić, że rozwiązanie tej kwadratury koła, jaką były pod koniec wojny stosunki polsko-sowieckie, przekraczało po prostu możliwości polskich polityków.

    Polsko-sowiecka kwadratura koła
    Po śmierci gen. Władysława Sikorskiego w lipcu 1943 r. pojawiła się paląca kwestia obsadzenia stanowisk premiera i naczelnego wodza. Naturalnym kandydatem na pierwszą z tych funkcji był Stanisław Mikołajczyk, lider Stronnictwa Ludowego.

    Ten 42-letni polityk - przed wojną należący do działaczy drugiego rzędu - dzięki ambicji, uporowi i inteligencji wypracował sobie znaczącą pozycję na polskiej scenie politycznej. Znaczącą do tego stopnia, że to jego prezydent Władysław Raczkiewicz - wbrew postulatom opozycji - 14 lipca 1943 r. desygnował na premiera. Rząd tworzyły te same cztery partie co dotychczas: SL, PPS, Stronnictwo Pracy i Stronnictwo Narodowe.

    Największy autorytet
    O ile w przypadku kandydata na szefa rządu prezydent Raczkiewicz ustąpił wobec koalicji rządzącej, o tyle na stanowisko naczelnego wodza mianował 8 lipca osobę bliską opozycji. Mowa o gen. Kazimierzu Sosnkowskim, niewątpliwie postaci o największym autorytecie wśród ówczesnych polskich polityków i wojskowych.

    58-letni Sosnkowski niegdyś bliski współpracownik marszałka Piłsudskiego, odsunięty później przez Rydza-Śmigłego i Mościckiego na boczny tor, uniknął kompromitacji związanej z klęską wrześniową. Na emigracji, prezentując wyważone i przemyślane poglądy i podkreślając, że najważniejszy jest zawsze interes Polski, stał się autorytetem, z którym liczyli się wszyscy.

    Rozdzielenie stanowisk premiera i naczelnego wodza, a przede wszystkim powierzenie ich osobom mocno różniącym się politycznie, stało się przyczyną nieustającego konfliktu w łonie najwyższych polskich władz. Główną jego osią było stanowisko, jakie rząd i kraj powinny zająć wobec Związku Sowieckiego. Przebieg walk na froncie wschodnim wskazywał od lata 1943 r., że inicjatywa strategiczna przechodzi tam w ręce Sowietów i to oni wcześniej czy później zajmą ziemie polskie. Tymczasem od ujawnienia sprawy katyńskiej stosunki między Moskwą a rządem londyńskim nie istniały.

    Premier Mikołajczyk zdawał sobie sprawę, że ułożenie jakiegoś modus vivendi ze wschodnim sąsiadem jest sprawą konieczną. Wiedział też, że niezbędne będą jakieś cesje terytorialne na rzecz ZSRR i godził się na nie, choć na pewno nie myślał o oddaniu całych Kresów. Uważał, że w zamian za przesunięcie granicy i obietnicę utrzymywania przyjaznych stosunków uda się wytargować od Stalina niezależność Polski i rekompensatę terytorialną na zachodzie. A poza tym przecież Polska mogła liczyć na poparcie Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych.

    Bez złudzeń
    Zupełnie inne podejście do relacji polsko-sowieckich miał gen. Kazimierz Sosnkowski. Ten przenikliwy polityk już wtedy przewidywał, do czego zmierza Stalin. Spodziewał się, że celem dyktatora będzie całkowite podporządkowanie Polski, a być może nawet włączenie jej do Związku Sowieckiego. Nie miał też złudzeń co do stanowiska zachodnich aliantów. Dla nich najważniejsze było utrzymanie udziału ZSRR w wojnie i uniknięcie sytuacji, w której Stalin zawiera separatystyczny pokój z Hitlerem (Moskwa co pewien czas wypuszczała takie właśnie sygnały). Rezygnowanie z militarnej siły ZSRR dla mało znaczącej Polski w ogóle nie wchodziło w grę.

    Wobec tych wniosków Sosnkowski postulował zajęcie pozycji wyczekującej: unikanie wykrwawiania się przez Wojsko Polskie i podziemie, ochronę substancji narodowej i czekanie na zmianę koniunktury politycznej, jaka miała nastąpić po pokonaniu Niemiec. Sosnkowski wyrażał opinię tych środowisk - piłsudczyków, konserwatystów takich jak Stanisław Cat--Mackiewicz czy części narodowców - które uważały, że nie należy wchodzić w żadne układy z Sowietami.

    - Byli oni przeciwni rezygnacji z niezbywalnych praw Polski. Uważali, że jeżeli są takie okoliczności historyczne, to Polska ulegnie przemocy, ale nie może sama zgodzić się na utratę terytorium i pozbawienie suwerenności. Zdawali sobie sprawę, że Stalinowi nie chodzi o taki czy inny przebieg granic, ale o bezwarunkową kapitulację Polski i całkowite jej podporządkowanie ZSRR - mówi historyk dziejów najnowszych dr Wojciech Frazik z Instytutu Pamięci Narodowej.

    ZPP działa
    Próbę nawiązania stosunków z Moskwą premier Mikołajczyk podjął zaraz po objęciu urzędu, mówiąc w exposé, że wzajemne porozumienie obu krajów jest historyczną koniecznością. Szybko okazało się, że Stalinowi na odnowieniu relacji wcale nie zależy. Na propozycję Mikołajczyka strona sowiecka odpowiedziała dopiero po dwóch miesiącach, potępiając wrogi stosunek rządu londyńskiego do ZSRR. Jednocześnie z Rosji dochodziły wiadomości o działaniu podporządkowanego Stalinowi Związku Patriotów Polskich i formowaniu tam polskich oddziałów wojskowych.

    Realista Mikołajczyk nie rezygnował jednak. Naciskali go zresztą Brytyjczycy, dla których konflikt polsko-sowiecki był niewygodny. Sondowana przez Londyn Moskwa ujawniła warunki, pod jakimi byłaby skłonna uznać rząd Mikołajczyka.
    1 »

    Czytaj treści premium w Polsce Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    W związku z ciszą wyborczą komentarze zostały wyłączone, zapraszamy z powrotem w niedzielę wieczorem.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Nie przegap

    Wideo