Solarz: Lubię przedmieścia. Jeśli gubimy wsie, małe...

    Solarz: Lubię przedmieścia. Jeśli gubimy wsie, małe miasteczka, gubimy siebie

    Piotr Zaremba

    Polska

    Polska

    Wojciech Solarz

    Wojciech Solarz ©Szymon Starnawski

    „Okna okna” to film o potrzebie domu, tęsknocie za miłością, rodziną. To opowieść o kimś, kto nie może się uwolnić od przeszłości. Myśli o tym na ambonie, z której wypatruje demonicznego głuszca. Kiedyś to ja nie mogłem się uwolnić - mówi Piotrowi Zarembie, Wojciech Solarz, aktor i reżyser
    Wojciech Solarz

    Wojciech Solarz ©Szymon Starnawski

    Długo aktor Wojciech Solarz nosił się z zamiarem nakręcenia filmu pełnometrażowego „Okna okna”?
    To film o potrzebie domu, tęsknocie za miłością, rodziną, o pożegnaniu z dawnym życiem. Zaczęło się w roku 2010, pod wpływem osobistych doświadczeń, od pisania opowiadania o bohaterze, który idzie przez las i nagle coś widzi i nie do końca wie co.. ale nie może tak po prostu przejść.. bo coś co mu się ukazuje, czuje, że to ważne.. To opowieść o kimś, kto nie może się uwolnić od przeszłości, pożegnać. Myśli o tym na przykład na ambonie, z której wypatruje demonicznego głuszca. Wtedy to ja nie mogłem się uwolnić.

    Dlaczego film wtedy nie powstał?
    Scenariusz napisałem w dwa dni i mieliśmy go realizować z operatorem Łukaszem Żalem. Ale kręcić trzeba było latem, zrobiła się jesień. Więc mój tata mówi, a mieliśmy kręcić w rodzinnym Michalinie: gdzie będziecie kopać doły jesienią. Ostatecznie nakręciliśmy z Żalem film „Norbert Juras i syn”, potem wciągnęła mnie aktywność kabaretowa, coś odeszło. Wróciło dwa i pół roku temu.

    Jak wygląda podejmowanie takich decyzji?
    Mamy z kilkoma przyjaciółmi grupę filmową.. i też firmę producencką Gardenia Saska Film, i czasem w moim mieszkaniu siadamy i radzimy. Zaproponowałem im powrót do tego scenariusza. A grupa to: Maciej Makowski, Robert Jarociński, Janusz Onufrowicz, Marcin Cygal, Sebastian Stanky Stankiewicz, Krzysztof Jankowski, Jacek Różański, Robert Majewski.

    A Wojtek z filmu to Pan?
    Chyba ja. Chociaż może to zbyt megalomańskie opowiadać o sobie?

    Jeśli to ma być Pan, to mocno Pan z samego siebie żartuje. Przecież Pan nie jest ofermą, która wpada ciągle w leśne doły.
    Dobrze, więc to jestem ja i nie jestem.

    Wprzągł Pan całą ekipę w kino bardzo osobiste.
    Opowiadanie historii to zawsze jest odsłanianie swojej wrażliwości. W szkołach filmowych, także aktorskich, chcą żebyśmy zaczynali od poznawania samego siebie. Ja próbuję opowiedzieć swoją historię jako uniwersalną. Dopiero się tego uczę. Jest tu chyba poza tym sporo abstrakcji, poezji, trochę zabawy. Jerzy Grzegorzewski powtarzał: jeśli ty wszystko wiesz o swoim spektaklu, to musi być zły spektakl. Ja nie wiem wszystkiego o własnym filmie. Zresztą wszystkich z Gardenii pytałem o ten scenariusz.

    Robert Majewski czy Maciej Makowski, świetni aktorzy, zgodzili się tu na role niemal statystów.
    Jestem za to wdzięczny. I na dokładkę wszyscy grali bez kasy. Ale na podobnej zasadzie powstaje Kabaret Na Koniec Świata. Przyjaźń bywa w naszym świecie ważna. Może wszyscy czegoś się uczymy. Robert Majewski sam kręci filmy. Zrobił połowę filmu „Rzeka” z Łukaszem Żalem, to opowieść poetycka, trochę w stylu Witolda Leszczyńskiego, mam nadzieję, że go dokończy. A takie przyjacielskie robienie filmu daje okazję do nauki w atmosferze pewnego komfortu. Uczymy się lubić grać.

    Ale wie Pan, że jak się aktorzy dobrze bawią na planie, niekoniecznie potem bawią się widzowie?
    Odbiór zweryfikuje. Do konkursu w Gdyni ktoś nas dopuścił.

    Sprawdzianu w postaci kupionych biletów jednak nie będzie. Na razie jest Pan wciąż na etapie kina garażowego.
    Trochę już droższego niż garażowe. Nikt mi nie da pieniędzy na osobiste wynurzenia, wiem. Będę próbował opowiadać ciekawe historie z osobistymi wtrętami.

    Myślał Pan już o tym kręcąc „Okna”.
    Jeszcze nie. Ale z osobistego kina nie zrezygnuję, tak jak nie zrezygnowali Kolski, Barański, Leszczyński. Albo Andrzej Jakimowski z przepięknymi „Sztuczkami? To wielcy reżyserzy a ja robię swoje offowe kino.

    Od dzieciństwa myślał Pan obrazami i marzył żeby być filmowcem? Czy będąc już aktorem, na planie filmu powiedział Pan sobie: ja bym to nakręcił lepiej?
    Żadna z tych wersji nie jest do końca prawdziwa. Ale, że jako dziecko myślałem obrazami, to prawda. Pisałem sobie rozmaite historie, wierszyki. A w domu, w Michalinie mam okno. Siadałem w nim i nadawałem mu sam różne klimaty. Każdego dnia inny. Albo to był klimat z południowej Francji, albo z podwarszawskiego biednego przedmieścia, ze swoją historią, gdzie ludzie po wojnie zaczęli się osiedlać w sosnowych lasach pamiętających jeszcze partyzantkę.. Mój ojciec budował dom 20 lat na takim właśnie podwarszawskim osiedlu. I zbudował. Historie przychodziły do mnie same. To się zaczęło kończyć gdzieś w wieku 17, 18 lat.

    Dziecko ma wyobraźnię, dorosły ją traci.

    No tak, ja sobie nawet zapisałem przy tym oknie, że światy przestają dla mnie pulchnieć. Czy urodzi się nowy Wojtek? Czy będzie widział nowe światy? To zostało w moich notatkach. Miałem iść na SGH, poszedłem do szkoły teatralnej i światy wróciły.

    Wróciły w postaci twórczości kabaretowej. Ale skąd kino?
    Praca z kamerą wzięła się u mnie ze wstydu przed kamerą. Zacząłem grać szybko w filmach, w serialach, ale to był dla mnie problem. W teatrze znaleźliśmy od razu dom, w Akademii Teatralnej, na scenie, czuliśmy się bezpiecznie. A pracy z kamerą nikt nas nie uczył. Ona ma w sobie coś obnażającego. Pracowałem z kolegą z roku Robertem Jarocińskim, teraz głównym aktorem „Okien”, w Teatrze Narodowym. Zaczęliśmy wychodzić na ulice z kamerą, improwizować, nagrywać się nawzajem. To były wygłupy, ale siedzieliśmy całe dnie w Ogrodzie Saskim. I nasza firma producencka nazywa się do dziś Gardenia Saska Film. Z Robertem i Modestem Rucińskim nagraliśmy 35-minutowy film niemy. Kamera dawała mi możliwość stworzenia całego świata.

    To jest tercet, który zagrał 10 lat temu w Pana pierwszym offowym filmie „Tajemnica Alberta”. On był najpierw, czy szkoła Wajdy?
    Pierwszy był „Albert” - abstrakcyjna głupiutka historia. Towarzyszył jego kręceniu mój straszny stres, czy ja się nie ośmieszam, czy to ma sens. Ale przecież ten film jest właśnie o tym - każdy z nas ma swoje wstydliwe pasje.

    To film o tolerancji i przyjaźni.
    Też, ale i o tym, że każdy ma w swojej szufladzie jakieś wstydliwe jesiotry. To dotyczy wszystkiego, na przykład pisania wierszy. Może i dorobiłem sobie ideologię do absurdalnej fabułki, ale tak czuję.

    Kręcił Pan niespełna półgodzinny filmik z jakimś celem?
    Ja nawet nie wiedziałem, że kino offowe ma swoje własne festiwale. Równolegle napisałem inny scenariusz - o Tomku i trzepaku. Taka opowiastka o chłopcu przeprowadzającym się na nowe osiedle, i potrzebie okiełznania nowej przestrzeni. Złożyłem do szkoły Wajdy treatment, bo kazali mi skrócić. Ale trzeba było też pokazać coś już nakręconego. Więc zmontowaliśmy szybko „Tajemnicę Alberta”. Pierwszym, który go naprawdę obejrzał, był sam Wajda, na zajęciach. Jemu się spodobał mój chaplinowski mastershot z niejasnymi kodami, i ze świetną muzyką Maćka Makowskiego, mojego przyjaciela. Wajda chwalił też grę. Powiedział: czuje się, że się znacie, dobrze na siebie reagujecie. To był wielki komplement.

    Ten osobisty wymiar relacji ekipy wyczuwa się w każdym z Pańskich filmów. Szkoła pchnęła Pana dalej?
    Uczono mnie tam pisania historii. Na pierwszych zajęciach Wojciech Marczewski powiedział, że przyjęto nas za te nasze nieopierzone, nieubrane w konstrukcje pierwiosnki twórczości. A ich rolą jest pokazać, co działa, a co nie, co trzeba wywalić. Mówił 2 i pół godziny, że przyjmują nas za coś własnego, oryginalnego, ale kompletnie nas przemielą. Mnie jednak zainteresowało ostatnie zdanie: „My was nauczymy alfabetu, ale to wy sami zdecydujecie, czy weźmiecie to pod uwagę czy nie”. Na tydzień przed zdjęciami do „Okien” przyśnił mi się Marczewski, Podszedł do mnie na jakiejś gali i powiedział: Wiesz, Wojtek, nie możemy dać ci na film pieniędzy, bo twoje filmy są dziwne. Ale ty je rób.

    To z pieniędzmi się sprawdziło?
    Złożyłem parę lat temu projekt „Okien” do studia Munka i pieniędzy nie dostałem. Nie mam pretensji, film jest dziwny.

    „Norbert Juras i syn”, kolejny Pana film, powstał już po szkole Wajdy?
    „Jurasa” zrobiliśmy na zamówienie festiwalu Off Plus Camera z Krakowa. Sponsorował go portal Allegro. Oni powiedzieli: wymyślcie sobie rzeczy potrzebne do filmu, na przykład sofę, komodę, patelnię i ułóżcie do tego fabułę, to my wam te rzeczy ufundujemy. Więc ułożyłem historię, jak prostaczkowie ze wsi idą do wieszcza Jurasa żeby im wyjaśnił sens życia z przedmiotów, które do niego przynieśli.. I zanoszą mu: narty, stół pingpongowy. A na końcu z nieba spada 600 piłeczek. Rzeczywiście sponsorowało to wszystko Allegro, choć w filmie to był znak z nieba.

    Imponujące: pragmatyzm Allegro nałożony na wasze wizje.
    Miał być film 10-minutowy, wyszedł 30-minutowy.

    Te filmy miały jakąś swoją późniejszą historię?
    Wiszą po prostu w internecie. „Albert” jeździł po festiwalach, „Norbert Juras i Syn” był nawet w Walencji.” Albert” dostał nagrodę w Gdyni, wtedy był tam jeszcze konkurs kina niezależnego. Został też uznany za jedno z offowych wydarzeń roku.

    1 »

    Czytaj treści premium w Polsce Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (1)

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    Jak byłem mały myślałem że PRL będzie wiecznie trwał

    jak dorosłem nawet sporo (gość)

    Zgłoś naruszenie treści

    przyszli solidarni i wszystko rozpierdolili. I teraz nie mam domu.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Nie przegap

    Wideo