Smaki świata: Teodor Szacki następcą majora Szczęsnego

Redakcja
Polskapresse/archiwum
Udostępnij:
Zdarzyło mi się przed laty pracować, szczęśliwie krótko, w pewnym miesięczniku dla panów lubiących goliznę i inne męskie uciechy. W takich miejscach roiło się w tamtych czasach od przeflancowanych esbeków i wszelkich sierot po socjalizmie. W tamtym piśmie moim przełożonym był H., sfrustrowany były dziennikarzyna "W Służbie Narodu", którego kumple zaangażowali do redagowania tekstów o sztuce podrywu. Mniejsza o nazwisko, facet zajmował się głównie popijaniem z flaszki schowanej w biurku (lubił Old Smugglera), pomstowaniem na kobiety, które wystawiły go do wiatru, i wyklinaniem solidaruchów. Namiętnie czytał też peerelowskie kryminały.

"Pamiętaj - mówił rozwalony w fotelu. - Dobry kryminał musi spełniać dwa warunki. Główny bohater musi być mocnym gościem, który - jak trzeba - da w mordę, zaserwuje babce pięć orgazmów i wypije litra, jakby ciągnął kompot na imieninach u cioci. Nie żaden pedał czy baba, ale cyniczny twardziel ze złamanym nosem. Po drugie musi być trup, a najlepiej dwa. Przez pół książki twardziel musi błądzić jak dziecko we mgle i nic nie kumać, przez następne pół ścigać zabójcę, a na końcu go zatłuc. Im mniej psychologii, tym lepiej. Opisy przyrody wykluczone".

Czytaj też:Truman Capote zweryfikowany pod kątem rasy

Od tamtego czasu zauważyłem, że o tym patencie na dobry kryminał wiedzą w Polsce również inni. Sporą kasę zarobił na nim choćby Marek Krajewski, który uatrakcyjnił schemat pana H. przeniesieniem bohaterów w czasy przedwojennego Wrocławia. Wie o nim Mariusz Czubaj i, o dziwo, nawet Marcin Wroński. mimo że jest z Lublina. No i jest jeszcze oczywiście Zygmunt Miłoszewski, którego "Ziarno prawdy" właśnie skończyłem. Tak, Miłoszewskiego i mojego byłego wyjadacza z "W Służbie Narodu" łączy chyba najwięcej.

Kto czytał wcześniej "Uwikłanie", wie, że bohaterem Miłoszewskiego jest prokurator Teodor Szacki, smutny przystojniak o sporym libido i z nieznośnym poczuciem krzewienia sprawiedliwości. O ile w "Uwikłaniu" zaliczył tylko jeden romans, to w "Ziarnie prawdy" kotłuje się w wyrku na potęgę. Szacki ma jasne włosy i ciemne brwi, niczym major Szczęsny z kryminałów Anny Kłodzińskiej, PRL-owskiej piewczyni milicyjnych śledztw (H. byłby uszczęśliwiony), jego naturalnym stanem jest zgorzknienie, a poza tym teraz przyszło mu mieszkać w Sandomierzu. Dlaczego akurat tam? Pewnie z czystej złośliwości, żeby utrzeć nosa Ojcu Mateuszowi, najpiękniejszemu księdzu w Polsce.

Czytaj też:Pozostałe felietony Mariusza Grabowskiego

Dalej też jest jak w wykładzie H.: Szacki szuka sandomierskiego zabójcy, który bawi się w żydowskiego rytualnego rzezaka. Nieboszczyków jest troje i Szacki przez większość książki daje się wodzić za nos. Dopiero pod koniec spada na niego lawina olśnień i akcja przyśpiesza. Tu Miłoszewski trochę przedobrzył, bo serwuje nam wariacje o NSZ, gonitwę po labiryncie podziemi, piekielne psy, a nawet fajerwerki niczym w "Harrym Potterze". Szacki odzyskuje zwykłą ponurość dopiero pod koniec, gdy aresztuje mordercę (niestety, nie dokonuje spodziewanego samosądu) i ciągnie kolejną babkę do łóżka. Tak oto sprawdzają się proroctwa.

Zygmunt Miłoszewski, "Ziarno prawdy", wyd. W.A.B., Warszawa 2011, cena 39,90 zł

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie