Sławomir Klimkiewicz: 3. wojna światowa nam nie grozi

    Sławomir Klimkiewicz: 3. wojna światowa nam nie grozi

    Aleksandra Gersz AIP

    Polska

    Aktualizacja:

    Polska

    Sławomir Klimkiewicz: 3. wojna światowa nam nie grozi

    ©MOHAMED AL-BAKOUR/AFP/EAST NEWS

    - III wojna światowa nam nie grozi. Konflikt USA z Rosją i Iranem czy Koreą Północną będzie polityczny, nie militarny, a wojna nie leży w interesie Amerykanów – mówi agencji AIP doktor nauk politycznych, ekspert w dziedzinie rozwiązywania kryzysów oraz konfliktów politycznych i etnicznych Sławomir Klimkiewicz.
    Sławomir Klimkiewicz: 3. wojna światowa nam nie grozi

    ©MOHAMED AL-BAKOUR/AFP/EAST NEWS

    Iran i Rosja grożą, że jeśli Amerykanie powtórzą atak w Syrii [ubiegłotygodniowy atak na bazę pod Hims - red.], to one zaatakują USA. Prezydent Donald Trump mówi, że będą następne ataki. Czy to oznacza, że grozi nam konflikt militarny na linii Waszyngton – Moskwa – Teheran?
    Na pewno może być to konflikt polityczny, ale nie sądzę, by mógłby to być konflikt militarny. Ponieważ niestety gdyby wszystkie te państwa taki konflikt zaczęły, to byłaby to wojna światowa.


    Czytaj także: Donald Trump: Atak chemiczny w Syrii był przekroczeniem wszelkich granic

    Czyli groźby Rosji i Iranu to raczej tylko czcze pogróżki?
    Moim zdaniem tak. Bo zupełnie inaczej jednak wygląda zbombardowanie lotniska wojskowego w Syrii (co też było swoją drogą zaskoczeniem i pokazało, że w polityce wszystko się może zdarzyć). Wcześniejsze deklaracje prezydenta Trumpa na temat wyjątkowych stosunków z Rosją zostały poddane bardzo mocnemu i zaskakującemu do Moskwy sprawdzianowi. Ale nie uważam, aby tego rodzaju pogróżki mogły przerodzić się w konflikt światowy.

    Czy to oznacza, że świat boi się Donalda Trumpa i ataku na Stany Zjednoczone? Czy to może prezydent Trump boi się na przykład Kremla?
    Prawda jest taka, że Donald Trump jest postrzegany przez większość światowych polityków jako osoba wciąż trudna do zdefiniowania i nieobliczalna. Jednak jeśli porównamy jego wcześniejsze wypowiedzi z jego późniejszymi działaniami, to widzimy, że dzieje się to, na co wskazywali różni eksperci – że jednak doradcy Trumpa będą starali się przemówić mu do rozsądku. Będą starali się mu pokazać, że nie można rzucać różnych czczych pogróżek, bo polityka zagraniczna polega na budowaniu sojuszów i pewnego porozumienia, a także oczywiście na realizacji interesu narodowego. A jakakolwiek konfrontacja militarna nie leży w interesie Stanów Zjednoczonych. Ważny jest jednak tutaj także aspekt psychologiczny. Trump jest – a myślę, że można tak sądzić – bardzo szczęśliwy, że okazał się człowiekiem zdecydowanym, który wydał polecenie ostrzelania bazy w Syrii, co było zaskoczeniem dla wszystkich. Wszystkie ośrodki analityczne są zgodne, że nikt się tego nie spodziewał. A więc zaskoczył, a jego działania są trudne do przewidzenia.

    Czytaj także: ONZ: Ostry spór Rosji i USA po amerykańskim ataku na lotniczą bazę w Syrii

    A czy Pana zdaniem będą następne naloty Amerykanów w Syrii?
    Praktycznie rzecz biorąc, atak w Syrii był spowodowany użyciem gazu [w mieście Chan Szajhun – red.]. Na to czy zrobiły to rzeczywiście syryjskie oddziały rządowe, nie ma tak naprawdę stuprocentowego dowodu. Pojawiają się takie opinie, że to w żadnym wypadku nie leżało w interesie prezydenta Baszara al-Assada i wojskowych skupionych wokół niego, bo można było przecież przewidzieć konsekwencje. Na pewno Władimir Putin i rosyjskie jednostki, które znajdowały się na terenie Syrii były bardzo zaskoczone. Bo był to jednak w pewnym sensie strzał w stopę.

    Czy interwencja amerykańskiej armii w Syrii może jakoś wpłynąć na przebieg syryjskiej wojny domowej, na przykład na jej zakończenie?
    Jeśli taka interwencja miałaby być, to USA musiałoby się przede wszystkim zdecydować z kim będzie walczyć u boku. Obraz sytuacji w Syrii jest bardzo złożony. Mamy opozycję, która jest bardzo poszatkowana i ma różne oblicza polityczne i trochę przeciwstawne cele, a łączy je tylko chęć eliminacji – zmuszenia do ustąpienia i wyjazdu – prezydenta al-Assada. To otworzyłoby by bowiem jakiś obszar do działania. Barack Obama nie chciał angażować się w bezpośredni konflikt zbrojny w Syrii. Stany Zjednoczone zaczęły udzielać pewnym polityczno-wojskowym ugrupowaniom opozycyjnym pomocy – i w zakresie szkolenia, i jeśli chodzi o broń - ale były to działania, które nie przyniosły żadnego pozytywnego efektu, ponieważ ci, którzy zostali przez Amerykanów wyszkoleni, zostali częściowo wyłapani i zlikwidowani przez wojowników Państwa Islamskiego. Były oni także zbyt słabi, by stawić czoła siłom Baszara al-Assada. Podsumowując ten wątek, wydaje mi się, że najpierw Waszyngton powinien odpowiedzieć sobie na pytanie, kto będzie ich sojusznikiem, ponieważ Amerykanie nie będą mogli przerzucić przecież wielkich sił i rozpocząć wojny z wszystkimi. Oczywiście byłaby to wojna z dwoma przeciwnikami – siłami prezydenckimi i oddziałami Państwa Islamskiego, które nadal okupują część Syrii. Do tego al-Assad korzysta z poparcia Rosji i Iranu i korzystać z niego będzie nadal. Sama opozycja z kolei przez te wszystkie lata nie osiągnęła jeszcze swoich celów.

    Czytaj także: Dyktator zabija Syryjczyków sarinem

    Czy gdyby prezydent Trump zdecydował się jednak na interwencję w Syrii, to gdzie mógłby znaleźć sojuszników? Czy Europa wsparłaby go militarnie?
    Nie sądzę. To ogólnie jest do pewnego stopnia trudna kwestia. Stany Zjednoczone same takiej kampanii prowadzić nie będą, a szansa na uchwalenie rezolucji w Radzie Bezpieczeństwa ONZ jest stosunkowo niewielka, ponieważ zarówno Rosja, jak i Chiny złożą veto. Czyli taka wspólna walka jest mało prawdopodobna.

    Jest także kwestia Korei Północnej. Teraz w kierunku Półwyspu Koreańskiego płynie grupa amerykańskich okrętów. Czy to oznacza, że prezydent Trump grozi Kim Dzong Unowi? Czy on naprawdę mógłby zaatakować Koreę Północną?
    Nie, nie wydaje mi się. To jest po prostu zwiększenie sił amerykańskich w tym regionie i oczywiście też pogrożenie palcem Kim Dzong Unowi. Północnokoreański przywódca w ostatnim czasie też testował granice, do których może się posunąć. Te próbne odpalenia rakiet miały więc oprócz aspektu wojskowego, także bardzo ważny aspekt polityczny. Kim Dzong Un chce po prostu podnieść swoją cenę jako potencjalnego rozmówcy. Oczywiście Chiny też nie były z tego zadowolone, bo to nie leży w ich interesie, aby ich region był regionem zapalnym. Zwiększenie obecności amerykańskiej będzie więc pewną odpowiedzią i podkreśleniem, że „my tutaj jesteśmy, Japonia i Korea Południowa są naszymi sojusznikami i jesteśmy gotowi stawić się tutaj, nie po to by zacząć nawet konflikt, ale pokazać, że jesteśmy silni i gotowi".

    A czy Kim Dzong Un, wiedząc o tych zbliżających się amerykańskich okrętach, mógłby sam jakoś zareagować? Bo też ciągle się odgraża, że zaatakuje USA.
    Nie sądzę, by było to w ogóle możliwe. Na pewno namierzone są i wszystkie północnokoreańskie ośrodki badawcze, i zakłady produkujące bardziej nowoczesną broń, więc Kim Dzong Un więcej na tym by stracił, niż zyskał.

    Jeśli ewentualnie doszłoby do konfliktu na linii USA – Korea Północna, to po czyjej stronie stanęłyby ostatecznie Chiny?
    Chiny chcą być rozgrywającym. Nie leży w ich interesie, by obecny reżim upadł. Jest tu jeszcze inna istotna kwestia: gdyby reżim się rozpadł, to byłby to wielki wstrząs, nastąpiłaby masowa migracja, cały region byłby podminowany. Chinom nie zależy, by Pjongjang przestał funkcjonować, ale chciałby pewnie bardziej go kontrolować i trzymać pod kontrolą. Wspólne interesy z kolei zbliżają Chiny do USA. Ale z drugiej strony Pekin jest bardzo dobrym graczem. A więc istnienie reżimu północnokoreańskiego wpisuje się, można powiedzieć, w ich politykę, ponieważ jest to kraj, którym grać mogą. I przy pomocy którego mogą również szachować i Stany Zjednoczone, i Koreę Południową, i Japonię.

    Czytaj także: Armia USA zbombardowała bazę powietrzną w Syrii. "To amerykańska agresja"

    Czyli podsumowując, na razie III wojna światowa nam nie grozi? Szczególnie w kontekście Syrii?
    Nie. Szczególnie jeśli się popatrzy na konsekwencje. Oczywiście te słowa wypowiedziane przez Trumpa w Waszyngtonie pod adresem prezydenta Syrii należy potraktować poważnie, ale pamiętajmy o ograniczeniach prawnych i o tym, że Stany Zjednoczone same na pewno nie chciały zaangażować się w wielki konflikt. Tym bardziej, że - patrząc w kontekście syryjskim - jest to konflikt wyjątkowy i trudny. Nie byłoby tak, że w Syrii wylądują G.I. boys [amerykańscy żołnierze – red.] i z wszystkimi się rozprawią w ciągu dwóch tygodni. Potrzebne byłoby zaangażowanie, dobre rozpoznanie opozycji i przeprowadzenie negocjacji z tymi grupami, z którymi chciałoby się współpracować. Trzeba tez byłoby pamiętać, że wojsko al-Assada będzie na pewno popierane przez Rosję. Więc byłaby to bardzo skomplikowana sytuacja. I z politycznego, i militarnego punktu widzenia.

    Czytaj treści premium w Polsce Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (1)

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    "doktor nauk politycznych"

    PrawNIK (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 11 / 5

    "doktor nauk politycznych" czyli człowiek naukowo badający politykę, a jednocześnie człowiek nie mający pojęcia o mechanizmach rządzących polityką. To tragedia komu teraz przyznają doktoraty :(
    TO...rozwiń całość

    "doktor nauk politycznych" czyli człowiek naukowo badający politykę, a jednocześnie człowiek nie mający pojęcia o mechanizmach rządzących polityką. To tragedia komu teraz przyznają doktoraty :(
    TO NIE ROSJA I CHINY POTRZEBUJĄ WOJNY. USA w zasadzie też nie, ale ... potrzebują by Rosja poszła drogą Polski i całkowicie podporządkowała się rodzinom rządzącym stanami.zwiń

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Nie przegap

    Wideo