Skład rządu na ciężkie czasy poznamy najpóźniej 18 listopada

Redakcja
Pod wpływem niepokojących sygnałów i prognoz o możliwości drastycznego pogorszenia sytuacji gospodarczej w Europie premier Donald Tusk zmienia plany i przyśpiesza meblowanie swojego nowego rządu. W czwartek ustalono, że podział resortów między PSL a PO zostanie utrzymany.

- Przekonanie Jacka Rostowskiego jest takie, że lada dzień sytuacja we Włoszech może tąpnąć, a to już, delikatnie mówiąc, naprawdę nie żarty - mówi nam osoba z otoczenia szefa rządu. Podczas czwartkowego spotkania koalicjanci podzielili między siebie najważniejsze resorty. Szczegółowe ustalenia powinny zaś być znane w ciągu tygodnia.

- Nie ma wątpliwości, że wtedy będziemy zmuszeni dokonywać tak ostrych ruchów, o jakich nie śniło się nawet najgorętszym zwolennikom reform - dodaje inny współpracownik premiera. Dlatego wczoraj podczas rannego spotkania z prezydentem Bronisławem Komorowskim Tusk zadeklarował, że skład nowego gabinetu poznamy najpóźniej 18 listopada. Kilka godzin później rzecznik rządu Paweł Graś ogłosił, że premier chce już w piątek za tydzień wygłosić exposé w Sejmie i poddać swój rząd pod głosowanie o wotum zaufania.

Kto zatem znajdzie się w tym gabinecie na ciężkie czasy? Spekulacje i plotki mnożą się. Faktycznie, według informacji "Polski" z wielu źródeł, przesądzona wydaje się na razie odpowiedź na pytanie numer jeden w tej układance: pierwszy wiceszef PO i były marszałek Sejmu Grzegorz Schetyna wbrew spekulacjom nie wejdzie do nowego rządu. Przynajmniej na razie. W trakcie w sumie od ostatniego poniedziałku trzech spotkań premiera ze Schetyną nie padła żadna propozycja dla marszałka Sejmu. - Nie wiem - tak on sam wczoraj odpowiadał na pytania dziennikarzy, czy zostanie w Sejmie, czy też jednak obejmie jakąś tekę. - Na dziś Schetyna nie wchodzi do rządu. Ale zawsze może wydarzyć się jakieś trzęsienie ziemi, które zmieni decyzje Tuska - mówi tajemniczo jeden z polityków z kierownictwa Platformy. - Powiedziałbym, że na 98 proc. nie wejdzie do rządu, ale zostawiłbym margines. Donald nieraz zmieniał decyzję w ostatniej chwili i dziś też wydaje się w środku do końca kalkulować.

Za tydzień, 18 listopada, Donald Tusk wygłosi w Sejmie exposé, odbędzie się też głosowanie wotum zaufania dla rządu

Poza tym najbliższe otoczenie Donalda Tuska jest podzielone w tej sprawie i próbuje go ciągnąć w różne strony. Bielecki na przykład, choć szczerze Schetyny nienawidzi, radzi Tuskowi wciągnąć go jednak do rządu - relacjonuje jeden z naszych informatorów z kręgów rządowych. Co faktycznie oznaczałaby decyzja premiera i szefa PO o pozostawieniu poza rządem swojego niegdyś najbardziej zaufanego współpracownika i osoby numer dwa w PO?

Tu pojawią się dwa scenariusze. Wielu polityków Platformy nie ma wątpliwości: to ruch, który w krótszej czy dłuższej perspektywie obliczony jest na kompletną, wyrafinowaną i upokarzającą akcję marginalizacji Schetyny. Dowodem na to ma być m.in. ruch premiera z powierzeniem kierownictwa klubu PO Rafałowi Grupińskiemu uważanemu za głównego stronnika Schetyny. Grupiński dostał taką ofertę od Tuska - według naszych informacji - już dwa tygodnie wcześniej, zanim ujawniona została w ubiegły poniedziałek. - Większości szczęki opadły - opowiada jeden z członków zarządu PO, który brał udział w poniedziałkowym posiedzeniu zarządu, na którym Tusk podał nazwisko Grupińskiego. - W ten sposób Tusk wbija klin między nich.

Co prawda Grupiński przyjął propozycję po konsultacji ze Schetyną, ale z czasem ich relacje muszą naturalnie się zmienić na bardziej nieufne. Tusk próbuje zachować dwie zwalczające się grupy w partii: Grabarczyka i Schetyny, tyle że docelowo bez Schetyny - interpretuje ruch Tuska jeden z polityków z kierownictwa PO. Jednak jeden ze współpracowników premiera relacjonuje, że sam Tusk tłumaczył swoją decyzję bardziej prozaicznie, mówiąc, że ławka poważnych kandydatów, którzy - jego zdaniem - będą w stanie poprowadzić klub, mając naprzeciw kompletnie nieprzewidywalnego Janusza Palikota i twardego, doświadczonego zawodnika Leszka Millera, jest niewielu.
I tu pojawia się drugi scenariusz wydarzeń, który w rozmowie z samym Schetyną miał nakreślić sam premier. - Na razie pozostaniesz poza rządem, w rezerwie na cięższe czasy. Oczekuję, że potwierdzisz swoją lojalność, by w odpowiednim momencie wejść do rządu - taki komunikat miał dostać od Tuska Schetyna, jak streszczają współpracownicy obu polityków. A co do tego, że rekonstrukcja rządu najpóźniej w ciągu roku nastąpi, przekonani są niemal wszyscy. O tym też mówi wprost sam premier za kulisami KPRM.

Co wiemy o tworzonej dziś za kulisami KPRM układance rządowej? Faktycznie niewiele. Spośród pojawiających się plotek nasze źródła potwierdzają dwie. Były szef gabinetu politycznego Tuska, a potem prezydencki minister Sławomir Nowak dostał od premiera ofertę objęcia kierownictwa resortu transportu. W prywatnych rozmowach Nowak miał opowiadać, że zabrzmiała ona jak ultimatum: albo bierzesz to, albo nie wchodzisz do rządu. Ale żadna decyzja ostatecznie nie zapadła.

Podobnie jak nie ma wciąż decyzji o tym, jakie resorty przypadną ostatecznie ludowcom. Wiadomo, że nieoczekiwanie dla samych polityków Platformy Tusk, chcąc nie dopuścić do ponownego objęcia resortu pracy przez Jolantę Fedak, przy której kandydaturze upiera się Waldemar Pawlak, zaproponował PSL Ministerstwo Zdrowia zamiast resortu pracy. W klubie PO zaś poszła za tą informacją plotka, że w tym wariancie Fedak zostałaby docelowo szefową ZUS. - Już wiadomo, że w resorcie zdrowia tyka spora bomba w postaci ustawy refundacyjnej przygotowanej przez Ewę Kopacz. W krótkim czasie będzie trzeba przeprowadzić negocjacje w sprawie kilku tysięcy specyfików. To jest praktycznie nie do wykonania. Donald więc mógł uznać, że lepiej, żeby to spadło na PSL - spekuluje jeden z dobrze zorientowanych polityków PO.

Wczoraj sam Pawlak przyznał, że resort zdrowia obok Ministerstwa Środowiska pojawia się w rozmowach koalicyjnych. Jednocześnie ludowcy upierają się, że wciąż najbardziej zależy im na utrzymaniu status quo. Decyzja nie zapadła, ale wiadomo, że jeżeli zdrowie przeszłoby rzeczywiście w ręce PSL, to ministrem zostałby młody polityk PSL i lekarz Władysław Kosiniak-Kamysz, syn Andrzeja Kosiniaka-Kamysza, byłego ministra zdrowia i opieki społecznej w rządzie Tadeusza Mazowieckiego.

Taki scenariusz wbrew oczekiwaniom wielu polityków PO nie oznaczałby jednak, że Tusk powierzyłby resort pracy obecnemu szefowi doradców premiera Michałowi Boniemu. Ten, według naszych informacji, otrzymał na razie od premiera propozycję objęcia teki ministra ds. cyfryzacji i administracji. Spekuluje się, że w związku z nieuchronną potrzebą przeprowadzenia głębokiej i niepopularnej reformy emerytalnej Tusk będzie chciał resort pracy powierzyć w ręce kogoś spoza polityki, tzw. eksperta.

O takim eksperckim raczej kryterium doboru ministra mówi się też w przypadku resortu edukacji, z którym pożegna się Katarzyna Hall. W praktyce więc pewniaków w nowym rządzie wciąż jest czterech. To ci, których nazwiska wymienił wprost Tusk na ścisłych gremiach. Chodzi o ministra finansów Jacka Rostowskiego, minister ds. rozwoju regionalnego Elżbietę Bieńkowską, szefa MSZ Radka Sikorskiego i szefa MON Tomasza Siemoniaka.
Premier dopytywany na spotkaniu z odchodzącym kierownictwem klubu, kto jeszcze może pozostać w jego rządzie z obecnych ministrów, miał powiedzieć, że na liście rezerwowych znajduje się m.in. minister nauki Barbara Kudrycka. Możliwe jest też wciąż, że ministrem kultury pozostanie nadal Bogdan Zdrojewski, który odmówił przejścia na szefa klubu PO. Według naszych informacji podobną rolę jak dotychczas ma pełnić przy Tusku obecny rzecznik rządu i najbliższy współpracownik Paweł Graś. W kontekście układanek rządowych warto też odnotować słowa Tuska z wtorkowej rady krajowej PO. Premier zapowiedział, że "Platforma zaproponuje współpracę także tym, którzy nie są w parlamencie i w jego partii".

W środę zaś Tusk rozmawiał ze Schetyną i nowym szefem klubu PO Rafałem Grupińskim o wstępnym podziale foteli szefów komisji sejmowych. Jeżeli Schetyna rzeczywiście nie wejdzie do rządu, jest pomysł, by stanął na razie na czele prestiżowej sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych. Choć, jak twierdzą nasi rozmówcy z PO, nawet co do tego Donald Tusk nie podjął jeszcze ostatecznej decyzji. - Ta komisja dawałaby mu jednak jakieś narzędzia do utrzymania wpływów i walki o samego siebie. Z drugiej strony pozbawiony tego Schetyna naprawdę w trudnym momencie może przejść do wewnętrznej opozycji.

Tak więc wydaje się, że Donald do końca kalkuluje, co opłaca mu się bardziej. Na razie w ostatnich dniach obaj wykonują w stosunku do siebie życzliwe gesty. Co z tego wyjdzie? Zobaczymy - rozkłada ręce osoba z rządu.

Narrację o tym, że Schetyna będzie zatrzymany na inne, być może gorsze czasy, premier przemyca już w publicznych wypowiedziach. Podczas wtorkowej rady krajowej partii, która oficjalnie przypieczętowała koalicję z ludowcami, Tusk w swoim wystąpieniu mówił o Schetynie bardzo ciepło jako o współtwórcy i filarze Platformy, swoim pierwszym prawdziwym zastępcy. Jednocześnie zapowiadał, że w rozpoczynającej się kadencji "trzeba będzie być może także szybko, mądrze, odważnie reagować również poprzez zmiany, także w nowym rządzie". - Liczę tu bardzo na współpracę pierwszego wiceprzewodniczącego Platformy Grzegorza Schetyny - podkreślał Tusk. I zaznaczał, że wspólnie ze Schetyną będzie chciał programować przyszłość PO z przekonaniem, że to nie są ostatnie cztery lata.

Te słowa wśród gorących zwolenników Schetyny wywołały nawet marzenia o tym, że Tusk być może będzie chciał swojego zastępcę w partii wskazać jako następcę na fotelu szefa partii czy rządu. Ale naprawdę w to nie wierzy już chyba sam były marszałek. - W rozmowach Grzegorz wydaje się świadomy, że te ruchy Tuska obliczone są na jego wcześniejsze czy późniejsze zabicie. Problem w tym, że jednocześnie cierpi wyraźnie na syndrom sztokholmski, więc gdzieś podświadomie nie dopuszcza myśli, że naprawdę koniec ich dawnych relacji - diagnozuje jeden ze współpracowników Schetyny z PO.

Anna Wojciechowska

Wideo

Komentarze 4

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

s
spokojny

Przestańcie k..wa straszyć ciągle „kryzysem“. Od lat słyszę, że jest „największy kryzys” i nawet jak wszelkie wskaźniki są w normie i nie można bezczelnie powiedzieć, że „jest kryzys” to się trąbi dla checy „może i kryzysu jeszcze nie ma ale na pewno będzie”. I potem jak zwykle bez umiaru dowala się ekstremalnych przymiotników typu „katastrofalny”, „dramatyczny”. A jak za 100 miliardów lat naprawdę będzie koniec świata, bo Słońce zgaśnie to też będą te same słowa, że jest „katastrofalnie” i „dramatycznie”?

m
muzyk

te dwie niemiłe ciotki - Pitera i Radziszewska. I tak długo im się udawało żyć w nieróbstwie.

s
siulik

Zamienił stryjek siekierkę na kijek. Co Kosiniak ruszy kosa to w kamysz trafi.Kosił razy kilka i wykosili kamilka.

A
Administrator

To jest wątek dotyczący artykułu Skład rządu na ciężkie czasy poznamy najpóźniej 18 listopada

W
Widukind

Przecież cały czas , Wy, prostytutki pióra, lizaliście odbyt Partii Obłędu aż do końca czyli do wyborów . Bełkotaliście o zielonej wyspie, silnym złotym, stabilnej gospodarce, o wzroście gospodarczym że aż wskaźniki POpękały! Łajdacy, Was też już dopadły oszałamiające ceny paliw, prądu , gazu, różnych podatków...Matoł Wam nie odda bo spełniliście rolę POżytecznych idiotów.

Dodaj ogłoszenie