"Skazane na potępienie". Jak naprawdę wygląda życie kobiet za kratkami? Na motywach książki Ewy Ornackiej powstał serial "Skazana"

Bogna Skarul
Bogna Skarul
Ewa Ornacka, autorka książki "Skazane na potępienie"
Ewa Ornacka, autorka książki "Skazane na potępienie" Andrzej Szkocki
"Losy mojej narratorki są przestrogą, że tak naprawdę każdy może się znaleźć w więzieniu" - mówi Ewa Ornacka. To na motywach jej książki powstał serial "Skazana", w którym główną rolę gra Agata Kulesza. To historia, w której sędzia Alicja Mazur, znana ze swojej surowości wobec przestępców zostaje oskarżona o zabójstwo, którego nie popełniła.

Do tej pory pisałaś książki o przestępczości zorganizowanej. A tu zupełnie inny temat - kobiety. Jak to się stało, że postanowiłaś o tym napisać?
Rzeczywiście, pierwsze wrażenie może być takie, że moja książka „Skazane na potępienie” jest oderwana od tematów, którymi zajmowałam się do tej pory. Tymczasem pomysł zrodził się parę lata temu na planie filmowym, podczas zdjęć do serialu dokumentalnego "Kobiety i mafia". Każdy z odcinków opowiadał o głośnych w Polsce wydarzeniach, którymi żyła generalnie męska część świata przestępczego. Tym razem jednak historie zostały przedstawione przez pryzmat kobiet, np. żonę słynnego Słowika z grupy pruszkowskiej, czy córkę gangstera, której zastrzelono mamę, ponieważ ojciec zaczął zeznawać. Pani Beata, narratorka mojej najnowszej książki, także miała być jedną z bohaterek tamtego serialu.

Dlaczego nie zrobiłaś o niej programu?
W tym czasie odbywała wyrok, lecz już starała się o warunkowe przedterminowe zwolnienie. Razem uznałyśmy, że występowanie przed kamerą w takim momencie i robienie z siebie "gwiazdy" lub cierpiętnicy niekoniecznie będzie dobrze postrzegane przez sąd penitencjarny i służbę więzienną. Nie zależało jej na rozgłosie, lecz by jak najwcześniej wyjść z więzienia. Myślę, że to była słuszna decyzja. Pani Beata jest już na wolności i książka mogła powstać.

To aż tak ciekawa bohaterka, że postanowiłaś ją opisać?
Narratorka „Skazanych na potępienie” w przeszłości sama wydawała wyroki w imieniu Rzeczpospolitej Polskiej - była asesorem sądowym w Wydziale Cywilnym Sądu Rejonowego w Gryficach, a potem prowadziła swoją kancelarię w Świnoujściu i jej losy mocno się skomplikowały. Za kratami zachowywała się wzorowo: miała liczne wnioski nagrodowe, prowadziła radiowęzeł, pomagała resocjalizować młodociane współwięźniarki. Historia skazanej prawniczki jest jedyna w swoim rodzaju, ciebie by to nie zaciekawiło?

Masz rację. Oczywiście. Ale co ona przeskrobała?

Została skazana za oszustwa i wyłudzenia, przy czym najcięższe zarzuty okazały się mafijną mistyfikacją i w tym zakresie została uniewinniona. Dlaczego ktoś taki, tzn. pozytywnie oceniany przez służbę więzienną, zostaje przeniesiony z aresztu w Kamieniu Pomorskim akurat do Grudziądza - najcięższego więzienia dla kobiet w Polsce, gdzie przebywają głównie zabójczynie z długimi wyrokami? Ani ja, ani ona do końca tego nie rozumiemy, chociaż może właśnie dlatego tak się stało, by mogła powstać taka książka. Losy mojej narratorki są przestrogą, że tak naprawdę każdy może się znaleźć w więzieniu.

Zauroczyła cię pani Beata?
Jest wymarzonym „materiałem” dla dziennikarza: odważna w ujawnianiu szokującej prawdy o polskich więzieniach, krytyczna wobec siebie i tego, za co została skazana. Do tego mówi piękną polszczyzną, a w swojej opowieści trzyma się faktów, w przeciwieństwie do żon gangsterów, które wmawiają nam, że „o niczym nie wiedziały” i nie miały pojęcia, w jaki sposób zarabiali na życie ich mężowie. Stanęła przede mną z otwartą przyłbicą, ujawniając nazwisko i akta sądowe spraw, które przeciwko niej się toczyły, niczego nie ukrywając.

Co ci opowiedziała?
Jak naprawdę wygląda życie za kratkami i że niewiele ma ono wspólnego z filmami sensacyjnymi. Opowiedziała historie innych kobiet, o których głośno było w mediach i to, jak potoczyły się ich losy po wyroku. Na przykład o nauczycielce ze Śląska, która zabiła syna swojego kochanka, zadając mu w szkolnym gabinecie lekarskim 37 ciosów nożem po sam kręgosłup. Zabijając chłopca ukarała jego ojca za to, że nie odszedł od żony. W więzieniu zadurzyła się w wychowawcy, który też miał syna i żonę… Opowiedziała o Katarzynie W. znanej w całej Polsce jako matka małej Madzi. Ta kobieta strasznie hałasowała po nocach, stawiając na nogi całe więzienie. Szlochała, waliła pięściami w drzwi krzycząc w niebogłosy, że jest niewinna, żeby ją wypuścić. W Grudziądzu miała status tzw. księżniczki na zamku - zamek w slangu więziennym to nie forteca, tylko cela zamykana na klucz. Inne cele są otwarte i kobiety mogą prowadzić życie towarzyskie. Przechodzą sobie z celi do celi, pożyczają lokówki, lakiery do paznokci, wymieniają się gazetami i książkami. Matka małej Madzi nie miała z nikim kontaktu i może dlatego fiksowała. Jej nocne krzyki nie dawały spać innym więźniarkom. Po kilku dniach wszystkie były umęczone, wyzywały ją więc i wygrażały. Katarzynę W. izolowano przede wszystkim dla jej własnego bezpieczeństwa. Kobiety jej nienawidziły, musiała być przed nimi chroniona.

Dlaczego? Przez te krzyki?
Nie za krzyki, ale za to, co zrobiła swojemu dziecku, i że oszukała całą Polskę, która śledziła w mediach poszukiwania jej rzekomo uprowadzonej córki. Swoją fałszywą rozpaczą wyłudziła współczucie od ludzi. Okoliczni mieszkańcy bezinteresownie pomagali policji w przeczesywaniu lasów, tymczasem dziewczynka już nie żyła. Matka trzasnęła nią o ziemię, a ciało ukryła pod stertą kamieni. Potem przez wiele dni kłamała przed kamerami, udzielała licznych wywiadów, pozowała fotoreporterom. Nawet wtedy, gdy wydało się, że jest dzieciobójczynią. Takie kobiety nie mają za kratami lekkiego życia.

To co mówisz oznacza, że w więzieniu panuje też swoisty kodeks.
Skazane same są matkami, grzechy i wyroki nie pozbawiły ich uczuć. Najgorsza kategoria osadzonych to są właśnie "dziecioboje". Tak mówi się w slangu więziennym o dzieciobójczyniach. Ale lepiej nie używać tego nazewnictwa, niech pozostanie ono za kratami.

O czym jeszcze ci opowiedziała twoja narratorka?

O miłości lesbijskiej w celach, seksie ze strażnikami, przyjaźniach i nienawiści, których nie określisz w żadnej skali. Na początku naszej pracy nad książką spisałam jej na kartce tematy, które mnie interesowały.

Co to były za tematy?
Z więziennego życia wzięte, tęsknoty, pragnienia, namiętności. I skąd ta ciąża u żony prezesa Amber Gold, skoro jej mąż był aresztowany i ona też przebywała w areszcie, więc nie mieli spotkań. I jak wyglądają tzw. mokre widzenia, czyli właśnie spotkania intymne.

To delikatna kwestia.
Tak, ale przecież to ludzka rzecz, element, który podtrzymuje związki.

A inne tematy?
Pytałam o wychowywanie dzieci urodzonych w więzieniach, o przemoc i samobójstwa w celach. Akurat wtedy, gdy pani Beata odbywała karę, powiesiła się w nocy kobieta w ósmym miesiącu ciąży. Ale przede wszystkim rozmawiałyśmy o kobietach, które spotkała w więzieniu, m.in. o pani wiceprezes banku SKOK w Wołominie, z którego wyprowadzono ogromne pieniądze (ponad 3 miliardy złotych), siatkarce z pierwszoligowego klubu – postrachu polskich jubilerów, mistrzyni olimpijskiej, która działała w gangu i siostrze Bernardetcie z zakonu boromeuszek, znienawidzonej przez współwięźniarki chyba jeszcze bardziej, niż matka małej Madzi.


Dlaczego?

Bo znęcała się nad wychowankami ośrodka, którego była dyrektorką. W tym ośrodku dochodziło do przemocy psychicznej, przyzwalano na wykorzystywanie seksualne młodszych chłopców przez starszych wychowanków. Sprawa ujrzała światło dzienne dopiero po latach, a skrzywdzeni wychowankowie, którzy są już dorośli, mimo upływu lat nie wyzwolili się od koszmarów z przeszłości. Kobiety w Grudziądzu uznały, że wyrok dla siostry Bernadetty nie był adekwatny do jej winy. Dwa lata odsiadki za krzywdę i tak skrzywdzonych przez los dzieci to stanowczo za mało. Nie będę opowiadała szczegółów, w jaki sposób postanowiły to „wyrównać”, ale proszę wierzyć – zgotowały jej piekło na ziemi. Wyrok, jaki zapadł w sądzie można śmiało policzyć jako cztery, albo nawet sześć lat pozbawienia wolności. Siostra Bernardetta znalazła się na końcu więziennego łańcucha pokarmowego. Pogardzano nią i poniżano. Próbowała polepszyć swój los, ponownie chroniąc się za habitem, ale nie uzyskała zgody na jego noszenie w więzieniu.

Chciała współwięźniarki wziąć na litość?
Oczywiście. Usiłowała je też przekupić. Miała tzw. bogatą wypiskę, czyli dużo pieniędzy na zakupy w więziennej kantynie.

Skąd te pieniądze?
W więzieniu mówiono, że księża ją finansowali. Siostra Bernardetta kupowała w kantynie papierosy i czekoladę. Przychodziła z tym do cel i usiłowała rozdawać prezenty, ale żadna dziewczyna nigdy od niej niczego nie wzięła. „Won, szmato!” przeganiały ją, przyjęcie od niej czegokolwiek byłoby traktowane jak hańba. Takim osobom nie podaje się ręki, nie rozmawia się z nimi, nie siada do posiłków przy jednym stole. Zakonnica przemykała pod ścianami jak cień, chroniąc plecy przed atakiem.

W więzieniu jest też przemoc?

Oficjalnie jest zabroniona i można z tego powodu napytać sobie biedy. Ale przemoc to nie tylko uderzenia, to też przemoc psychiczna. Można kogoś doprowadzić do rozpaczy, do depresji, a nawet samobójstwa wyłącznie słowami, sposobem traktowania.

A jak była traktowana pani Beata?
Była lubiana przez osadzone, pisała im prośby do Prezydenta RP o ułaskawienie, wnioski alimentacyjne, apelacje, podpowiadała, jak prowadzić sprawy rozwodowe. Często okazywała się skuteczniejsza, niż wynajęci na wolności prawnicy. W pewnym sensie stała się więziennym autorytetem. Myślę, że pomogło jej to, iż już na początku postawiła sprawę uczciwie, że chce wrócić do domu jak najszybciej i nie będzie wojować ze służbą więzienną. Poza tym nie była dwulicowa, nie plotkowała, co w środowisku kobiet nie zdarza się zbyt często. Starała się nie wartościować ludzi ze względu na paragrafy kodeksu karnego. Potrafiła się zaprzyjaźnić nawet z kobietami, które siedziały za zabójstwo. Na przykład z Patrycją, która popełniła okrutną zbrodnię, gdy miała niespełna 18 lat.

Co to było za zabójstwo?
Będąc pod wpływem narkotyków i alkoholu, razem ze swoim chłopakiem zakatowała taksówkarza. Chodziło o pieniądze. Zabrali mu 500 zł i poszli przehulać je w miasto. Gdy pieniądze się skończyły przypomnieli sobie, że ten taksówkarz miał na palcu złotą obrączkę. Wrócili na miejsce zbrodni i wtedy ona obcięła mu palec, aby ją zdjąć. Obrączkę sprzedali za parę groszy i pili dalej. Patrycja dostała wyrok 25 lat więzienia.

Dlaczego pani Beata tak polubiła Patrycję?
Może dlatego, że widziała jej cierpienie i potworne wyrzuty sumienia? Sumienie okazało się dla Patrycji surowsze niż wyrok sądu, skazało ją na permanentną bezsenność. Zabójczyni taksówkarza, każdego dnia odbywania kary w Grudziądzu, wstawała przed piątą rano i szła do więziennego żłobka przygotowywać dzieciom posiłki. Każdego dnia starała się dawać z siebie coś dobrego, odpokutować winy. Ale czasu cofnąć się nie da, zbrodni nic już nie wymaże.

A co z panią Beatą?
Jest już na wolności, na przedterminowym, warunkowym zwolnieniu, szuka pracy. Wierzę w nią, chociaż z więzienia wyszła psychicznie poszarpana. Ma ogromne wsparcie ze strony bliskich - pochodzi ze znanej i szanowanej w Świnoujściu rodziny - obcy ludzie okazują jej życzliwość. W Świnoujściu jej historia była dość głośna.

Co to za historia? Dlaczego pani Beata trafiła do więzienia?
Zainwestowała swoje pieniądze w prywatną aptekę i wybrała na wspólnika nieodpowiedniego człowieka. Poznała go w domu swoich znajomych, wszyscy zwracali się do niego "Szwed", bo kilka lat spędził w Szwecji. Żalił się, że ma problemy wychowawcze z synem, że chce mu zmienić szkołę, ponieważ popadł w złe towarzystwo. Pani Beata pomogła mu załatwić miejsce dla syna w szczecińskim liceum salezjańskim. Chłopak się "wyprostował", zdał maturę, przestał sprawiać ojcu problemy. Narratorka mojej książki zaufała "Szwedowi" nie wiedząc, że jego pseudonim wziął się stąd, że odbywał w Szwecji wyrok za międzynarodowy handel narkotykami. Wrócił do Szczecina i Świnoujścia do starych struktur, w których działał. Ta znajomość i wspólny biznes pogrążyły prawniczkę. Pożyczała pieniądze od rodziny, znajomych, zaciągała kredyty. Miała mnóstwo długów, których nie była w stanie spłacać. Koledzy z przestępczej branży „Szweda” skrzętnie to wykorzystali, a policja zamiast pomóc – tylko dolała oliwy do ognia.

Nadal masz kontakt z panią Beatą?
Tak, obie uczestniczymy w spotkaniach z czytelnikami, promujemy książkę i prawdopodobnie pojedziemy do Zakładu Karnego w Grudziądzu, aby zawieźć tam kilka egzemplarzy „Skazanych na potępienie”. Ciekawa jestem jej spotkania z towarzyszkami niedoli, ulubionym wychowawcą i znienawidzoną strażniczką. Szanuję ją za odwagę, bo przecież opowiedziała mi niechlubną dla siebie historię. Na swoim przykładzie pokazała, że do więzienia można trafić łatwiej, niż to sobie wszyscy wyobrażamy.

Rozmowa z autorką z kwietnia 2021 roku.

Zastanawiałeś się kiedyś jak wygląda w więziennej celi? Czy naprawdę wygląda tam jak w hotelu? Zajrzeliśmy do środka.

Hotel... czy nie? Tak wyglądają więzienne cele w Polsce [zdjęcia]

Tokio Raport - rozmowa z Karoliną Pęk

Wideo

Materiał oryginalny: "Skazane na potępienie". Jak naprawdę wygląda życie kobiet za kratkami? Na motywach książki Ewy Ornackiej powstał serial "Skazana" - Strona Kobiet

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie