Siwiec: W Unii nie wysyła się czołgów. Inny interes ma Polska, inny Niemcy

Redakcja
Marek Siwiec
Marek Siwiec WALDEMAR WYLEGALSKI
- W Unii to się nie odbywa na zasadzie wysyłania czołgów dla zdobycia miasta albo braku tych czołgów i wtedy nic nie można zdobyć. Przy stole spotykają się rozsądni ludzie, z których każdy przedstawia swój problem - inny mają Niemcy, inny jest Polski - mówi Marek Siwiec, europoseł SLD, w rozmowie z Agatonem Kozińskim.

Jak Pan ocenia dotychczasowy przebieg polskiej prezydencji?
Mam mieszane uczucia. Przede wszystkim muszę ją oceniać w kontekście buńczucznych zapowiedzi, jakie były wygłaszane na jej początku. Wszyscy mieli wtedy wrażenie, że nastąpi era cudownego wzrostu znaczenia Polski, będziemy świadkami wielkiego festiwalu rozgrywającego się w naszym kraju. Nic takiego nie miało miejsca - przynajmniej w sensie politycznym. Unia szła swoim kursem. To, co było wcześniej przewidziane wśród nowych zadań, to się działo - wpływu na to nie miał fakt, jaki kraj objął prezydencję. Drugi punkt oceny dotyczy poważnej polityki.

Jaką Pan notę w tej kategorii wystawia rządowi Donalda Tuska?
W kryzysie, będąc poza strefą euro, mieliśmy bardzo ograniczone pole manewru. Mam jednak wrażenie, że nawet to wąskie pole do działania nie zostało wykorzystane. Dopiero pod koniec prezydencji Polska zaznaczyła swą obecność w Europie przemówieniem, jakie wygłosił Radosław Sikorski. To wystąpienie mogło się stać ważnym elementem w europejskiej dyskusji na temat kryzysu. Tak się jednak nie stało. Także najwyższą ocenę wystawiam rządowi za działania wokół głównego nurtu. Mam na myśli imprezy kulturalne. Akurat pod tym ostatnim względem prezydencja była udana, za co trzeba oddać szacunek ministrowi Zdrojewskiemu. Pokazał, że potrafi mobilizować instytucje państwowe do działania.

Twierdzi Pan, że z dużej chmury o nazwie "prezydencja" spadł mały deszcz. Ile w tym winy rządu? Dziś Unia znajduje się w całkowicie innym miejscu, niż była jeszcze kilka miesięcy temu. W jaki sposób gabinet Tuska mógł wpłynąć na ten proces zmian?
Prowadząc dyskusje, w których odwoływałby się do traktatu lizbońskiego. W chwili, gdy tego typu dyskusje prowadzono w Europie we wrześniu, Polska w nie się nie angażowała. Oczywiście będąc poza strefą euro, nasza obecność w tego typu dyskusji jest w naturalny sposób ograniczona. Ale od jakiegoś czasu mówi się o kryzysie całej europejskiej konstrukcji, o zmianach traktatów, o konkretnych pomysłach. W tym miejscu nas zabrakło. Niestety, nie udało nam się wejść do głównego nurtu europejskiej debaty.

Polska we wrześniu była skoncentrowana na przeforsowaniu "sześciopaku", pakietu regulacji wzmacniających kontrolę fiskalną poszczególnych krajów UE.
Ależ na czym tak naprawdę Polska miała się koncentrować? Nie oszukujmy się. "Sześciopak" był negocjowany przez długi czas. W końcu udało się uzgodnić kompromis i ustalić wersję, która zyskała aprobatę większości. Nie widzę w tym specjalnych zasług Polski.

Co w takim razie Donald Tusk powinien zrobić, aby znaleźć się w głównym nurcie debaty europejskiej?
Na pewno siłę naszych argumentów osłabia to, że jesteśmy poza strefą euro. Gdybyśmy w niej byli podczas prezydencji, niewątpliwie dysponowalibyśmy silniejszym mandatem do włączania się do rozważań o kierunkach, w jakich ona ma się rozwijać. Jednak dziś debata o przyszłości nie ogranicza się tylko do krajów Eurolandu, mówi o zmianach w zarządzaniu gospodarczym całej Unii Europejskiej. W tym miejscu można było przedstawić polskie propozycje. Tego zabrakło.

Czytaj także:
* "Kościół doi polskie państwo. Władze nie dość, że dają się doić, to jeszcze merdają ogonem"
* SLD vs Palikot, czyli walka na partyjne transfery. Kolejna runda po 10 grudnia
* "Była lewica kawiorowa, teraz jest terrorystyczna". Kim są ludzie Krytyki Politycznej?

Bo reformy narzucają kraje strefy euro, przede wszystkim Francja i Niemcy. One nie są zbytnio zainteresowane kondycją państw będących poza strefą euro.
Ale za to my jesteśmy zainteresowani strefą euro, w końcu jedziemy na tym samym wózku. Nie wiem, czy można było lepiej rozgrywać w Unii swoją prezydencję. Na pewno premierowi Tuskowi nie pomagały wybory w kraju, bo najpierw skupiał się na tym, jak ma je wygrać, a później, jak je skonsumować. Taki jest urok prezydencji w trakcie kampanii wyborczej.

W którym kierunku, Pana zdaniem, podąży teraz Unia? Czy uzasadnione jest mówienie, że ta, do której wstępowaliśmy, już się skończyła?
Nie. Nie ma rozwiązań rewolucyjnych. Jest inercja, jest przyzwyczajenie i nieufność wobec radykalnych zmian. Jeśli mówi się dzisiaj o zmianach w jakiejś formie, to o federalizacji państw UE, o centralizacji zarządzania gospodarczego, o dyscyplinie budżetowej. Ale to wszystko będzie wprowadzane dobrowolnie. Po drugie, poszczególne państwa muszą mieć pewność, że poczucie ich godności nie zostanie naruszone. Biorąc pod uwagę różne dramatyczne doświadczenia z Unii, to zawsze raczej postępowano ostrożnie i koncyliacyjnie, co też nie znaczy, że bez zdecydowania. Nie chciałbym też pozostawić wrażenia, że uważam premiera Tuska za hamulcowego, który sprawił, że Polska znalazła się w ogonie UE. On zaczął tę prezydencję dobrze. Wystarczy przypomnieć sobie jego początkowe wystąpienie w Strasburgu. Wtedy dobrze zdefiniował wszystkie zjawiska, które miały miejsce w Unii. Dziś jego powiedzenie "więcej Europy" właśnie zaczyna się materializować.

Czy rzeczywiście? Francja z Niemcami sprawiają wrażenie zdeterminowanych, aby zawęzić Unię do strefy euro, a nawet do państw ze strefy euro, których rating to AAA. Paryż i Berlin nie myślą w kategoriach wszystkich państw UE.
Owszem, widać takie tendencje. Rzecz w tym, by skonfrontować te egoizmy z myśleniem solidarnym, jakie reprezentuje np. Polska.

Jak to osiągnąć?
Jeśli ktoś uważa, że ma panaceum na rozszerzenie Unii i integrację, z której skorzystali ci, którzy byli biedni, jak i ci, którzy byli potężni, to jest w błędzie. Dzisiaj próba jakiegokolwiek zamknięcia spowoduje refleksje w krajach, które zostaną. Bo z jakiej racji one nadal mają być otwarte i kooperatywne, skoro w pewnych sprawach zostały wyeliminowane? W ten sposób może się zacząć erozja - i ten proces będzie bardzo trudno zahamować.

Wielka Brytania już zaczęła się tej erozji obawiać i zaczęła dyskusję o referendum o wystąpieniu z Unii.
Wiemy, jak to się skończyło.

Tamtejszy rząd przestraszył się konsekwencji takich działań i odwołał referendum, wiedząc, że obywatele wypowiedzieliby się przeciwko członkostwu.
Nie wiemy, jak by się skończyło to referendum. Pewne jest, że ten projekt nie wyszedł w ogóle z brytyjskiej Izby Gmin.

Ale dyskusja trwa.
To element polityki wewnętrznej Wielkiej Brytanii. Można straszyć Unią Europejską, ale ja nie traktuję poważnie brytyjskich deklaracji. Dzisiaj nie ma ani jednego mocnego argumentu na rzecz występowania z Unii czy też pozbawiania jej jakichkolwiek kompetencji. Jest tylko pytanie, na ile szybko będzie postępowała integracja i kto będzie chciał w niej uczestniczyć.

Taka jest definicja formuły "Europa Plus" zakładającej integrację ze strefą euro państw, które są tym zainteresowane. Ale dziś państwa, które są poza tą strefą, choć siedzą przy jednym stole, to nie posiadają prawa głosu.
Jednak gdy się siedzi przy stole, to zawsze można się dzielić swoją opinią. Trzeba mieć tylko mocne argumenty i pamiętać, że będą one wysłuchane. Potencjał ewentualnych uczestników strefy euro w przyszłości jest na tyle duży, że państwa mające już euro będą ten potencjał brały pod uwagę. Gdyby było inaczej, wtedy będzie to zamknięty twór, który będzie generował problemy.

Strefa euro stanie się zamkniętym tworem generującym kłopoty?
Tak. Problem polegałby na tym, że gdyby nastąpiło wykluczenie państwa, choćby już na etapie opisywania nowego modelu, to czego można oczekiwać od krajów, które chcą wejść do strefy euro, a które od razu są wykluczane z dyskusji?

Takie państwo musi się wtedy szybko dostosować.
Na razie traktat o stabilności został złamany 60 razy i to przez największe kraje, a nie przez Grecję. Nie chcemy czekać bezczynnie, tylko powinniśmy być co najmniej świadkiem, jeśli nie kreatorem nowych rozwiązań.

Czytaj także:
* "Kościół doi polskie państwo. Władze nie dość, że dają się doić, to jeszcze merdają ogonem"
* SLD vs Palikot, czyli walka na partyjne transfery. Kolejna runda po 10 grudnia
* "Była lewica kawiorowa, teraz jest terrorystyczna". Kim są ludzie Krytyki Politycznej?

Cały tekst przeczytasz w weekendowym wydaniu "Polski" lub na stronie prasa24.pl.

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

K
Karol

Ten Siwiec urwał się z choinki albo wyskoczył jak Siwiec z PRL (konopi). Marzą mu się czołgi - ta rdza stoi w Obwodzie Kaliningradzkim.

K
Karol

Ten Siwiec urwał się z choinki albo wyskoczył jak Siwiec z PRL (konopi). Marzą mu się czołgi - ta rdza stoi w Obwodzie Kaliningradzkim.

Dodaj ogłoszenie