Siostra Chmielewska: Przestańmy rozpaczać! Katastrofy były, są i będą. Wyciszmy emocje

Dorota Kowalska
Dorota Kowalska
Anna Kaczmarz/Polska Press
Trzeba spokojnie patrzeć na to, co mamy, a nie na to, co straciliśmy - to jest pierwsza rzecz. Zwłaszcza że ta utrata, dla większości z nas, jest czasowa. Druga rzecz - musimy zrobić wszystko, żeby te święta - mimo trudnego czasu - były świąteczne - mówi siostra Małgorzata Chmielewska.

Smutne będą te święta Wielkiej Nocy, prawda?
Trudno powiedzieć. Oczywiście smutne, w takim ludzkim wymiarze, bo będziemy pozbawieni wspólnej radości, wspólnego świętowania, ale sam sens świąt pozostaje ten sam - to święta Zmartwychwstania, święta, które przynoszą nadzieję. Myślę, że jeszcze bardziej potrzebną w czasach szalejącej epidemii, w czasach, kiedy umierają ludzie, kiedy wszyscy borykamy się z ogromnymi problemami, kiedy ludzie się boją o utratę pracy, a niektórzy już nie muszą się bać, bo ją stracili. Także myślę, że oprócz takiego ludzkiego smutku, to, co się dzieje, pomoże nam odnaleźć głęboki sens tych świąt - nadzieję. Nadzieję na to, że może ten świat mógłby być lepszy, że nie ma sytuacji, z której wyjść nie można, że każde życie ma sens, nawet to najsłabsze, nawet, kiedy nie jesteśmy już aktywni, bo nie możemy być. Często nasze poczucie sensu czy własnej wartości budujemy na tym, co możemy zrobić, a tu okazuje się, że jesteśmy warci bardzo wiele, dla Boga szczególnie, nawet wtedy, kiedy nie możemy już zrobić nic.

Co zrobić, żeby te święta przeżyć w ten właśnie sposób - mimo smutku, że nie jesteśmy ze swoimi dziećmi, ze swoimi rodzicami, którzy często po raz pierwszy pozostali w te święta sami?
Myślę, że trzeba spokojnie patrzeć na to, co mamy, a nie na to, co straciliśmy - to jest pierwsza rzecz. Zwłaszcza że ta utrata, dla większości z nas, jest czasowa. Druga rzecz - musimy zrobić wszystko, żeby te święta - mimo trudnego czasu - były świąteczne. Na tyle, na ile możemy nie rezygnujmy z elementów świątecznych, jeśli ktoś chce - niech upiecze ciasto. A jednocześnie powinniśmy wykorzystać ten czas na głęboką refleksję nad sensem tych świąt. Dla wielu z nas święta kojarzą się z zewnętrzną oprawą, a tu zostaliśmy nagle zmuszeni przez sytuację do wejścia w głąb, w sens miłości, w sens istnienia, w sens naszego życia, naszych relacji. Być może dla tych, którzy są zamknięci w ciasnych domach z rodziną, będzie i jest to trudny okres, ale będzie to też wielka lekcja miłości najzwyczajniej w świecie, bo jesteśmy zmuszeni przebywać z ludźmi, nawet najbliższymi, 24 godziny na dobę. Trzeba mieć przy tym trochę poczucia humoru, trochę luzu. Przede wszystkim należy jednak odgonić smutek - to są święta radosne, które mówią nam o tym, że po pierwsze - zło nie wygrało na tym świecie, a po drugie - to są święta Zmartwychwstania wskazujące chrześcijanom na to, że życie na tym świecie, to nie jest jedyne życie, że to jest jedynie droga ku lepszemu światu. I w ten sposób możemy nabrać dystansu do rzeczy, o których do tej chwili myśleliśmy, że nie możemy bez nich żyć.

Ta pandemia uświadomiła nam chyba, że nie wszystko zostało nam dane raz na zawsze.
O tam właśnie mówię, życie tu na ziemi, to droga i w jakimś sensie może te święta pozwolą nam wyzwolić się z całej masy gadżetów życiowych, które uważaliśmy za niezbędne do tego, żeby istnieć. Pozwolą nam się wyzwolić z naszych drobnych przyzwyczajeń, sposobu myślenia o sobie i innych, a generalnie o życiu, sensie życia. Ten czas można potraktować z punktu widzenia chrześcijańskiego, jako szkołę ubóstwa - nie jesteśmy na tej ziemi na zawsze, bez względu na to, czy będziemy żyć jeszcze miesiąc, dwa, lat pięć czy dziesięć. Jeśli ten okres dobrze wykorzystamy, to możemy wyjść z niego wolnymi.

WYWIADY

Boli zwłaszcza fakt, że osoby starsze będą w tych dniach same, dorosłe dzieci boją się jechać do swoich starych rodziców, żeby ich najzwyczajniej w świecie nie zarazić. Tych osób najbardziej szkoda, prawda?
Ależ oczywiście, tak! Mówiłam o tym na początku - to bolesne, ale na szczęście ten stan jest przejściowy. Wszyscy wierzymy, że epidemia w końcu się skończy. Ze strony dzieci, zwłaszcza dorosłych dzieci, powinien pójść jasny sygnał do rodziców, można mieć najrozmaitsze pomysły na to, jak to zrobić, ten sygnał powinien brzmieć: „Nie jesteśmy z wami nie dlatego, że was nie kochamy, ale dlatego, że was kochamy, nie jesteście sami, kiedy przejdzie epidemia, odbijemy to sobie, przyjedziemy, będziemy razem”.

A tak swoją drogą, dziwny to świat, w którym nieodwiedzanie rodziców i przyjaciół stało się aktem miłości, nie uważa siostra?
Ale to sytuacja przejściowa. Traktujemy tego typu sytuacje w sposób nazbyt dramatyczny. Proszę pamiętać o tych milionach ludzi, którzy nie będą w czasie świąt z bliskimi nie tylko w tym roku czy przyszłym. Mam u siebie pana, uchodźcę z Syrii, który ma 75 lat, w Syrii zostały jego dzieci, wnuki - on nigdy ich nie zobaczy. Może cierpienie w samotności pozwoli nam uświadomić sobie, że jest wielu ludzi na świecie, którzy mają tak na zawsze, na stałe. U nas to, powtarzam, sytuacja przejściowa, musimy cierpliwie i z humorem do tego podejść.

Wiele osób zadaje sobie pytanie: Dlaczego nas to spotkało? Niektórzy odpowiadają, że spadł na nas gniew Boga, bo gonimy za dobrami materialnymi, zapominając, co tak naprawdę jest w życiu najważniejsze.
Bzdura! Pan Bóg na pewno nie karze człowieka, bo pan Bóg jest miłością. Nie ma jasnej odpowiedzi na pytanie, dlaczego dzieci umierają na raka, dlaczego nawiedzają nas trzęsienia ziemi, huragany, powodzie, wreszcie dlaczego dopadła nas pandemia. Wizja chrześcijańska mówi jasno, że ten świat Pan Bóg stworzył jako świat, w którym w pierwotnym zamiarze nie było cierpienia. Natomiast ogromnie wiele zależy od człowieka. Człowiek wybiera zło, powodując niejako dysharmonię we wszechświecie i po to Chrystus przyszedł na świat, żeby tę harmonię przywrócić. Miłością, bo świat jest stworzony do miłości. Natomiast epidemia w żadnym wypadku nie jest karą za nasze grzechy, bo jeśli zarazi się koronawirusem noworodek, to co? Przecież on, na Boga, nie ma za co być karany. Takie podejście do sprawy jest niezgodne z wiarą chrześcijańską. Pandemia, można tak powiedzieć, jest jednym z epizodów przyrodniczych i tyle. Jaki jest sens tego cierpienia? Każdy musi go odnaleźć w sobie i we własnej refleksji, ale epidemia w żadnym wypadku nie jest karą za grzechy. Pan Bóg nie siedzi, nie liczy naszych grzechów i nie mówi: „Dobrze, to ja wam teraz walnę epidemię, boście trochę przesadzili”. Sorry, ale tak to nie działa.

Z drugiej strony, myśleliśmy, że jesteśmy wszechmocni, wszechwładni, a tu nas zwykły wirus pokonał! Bezradni jesteśmy!
Z tym bym się zgodziła. Otóż, człowiek ma ogromne osiągnięcia technologiczne i może dlatego wydaje mu się, że jest panem wszechświata, panem życia, panem przyrody. To ciągle powracające przekonanie w każdym z nas, generalnie w ludzkości rozbija się o takie mury, jak epidemia - o fakty, rzeczywistość. Człowiek nie jest w stanie zapanować nad tsunami, nie jest w stanie zapanować nad wieloma chorobami - to nas uczy pokory. Nie jesteśmy panami wszechświata, jesteśmy niejako sługami wszechświata. Od nas w dużej mierze zależy, jak ten świat będzie wyglądał tu na ziemi, chociaż sięgamy również do kosmosu. Takie sytuacje, jak obecna, pokazują nam, że człowiek nie jest wszechmocny. Wszechmocny dla człowieka wierzącego jest Pan Bóg.

Jak widać, świat bez człowieka doskonale sobie radzi: świeci słońce, po ulicach miast biegają sarny i dziki, a w kanałach Wenecji pojawiły się ryby, odkąd nie pływają po nich gondole wypchane turystami.
Świat sobie bez nas poradzi, ale my bez świata sobie nie poradzimy. Jesteśmy częścią tego świata, potrzebujemy go, ale, jak mówiłam, nie jesteśmy panami świata, jesteśmy jego sługami. Takie katastrofy, bo epidemie nimi są - były już w Europie, ostatnia pandemia grypy hiszpanki na początku XX wieku - wiele nas uczą. My w Polsce, oprócz wojen oczywiście, nie doświadczaliśmy czegoś takiego, jak trzęsienia ziemi, tsunami, jak szarańcza czy Ebola. To, co się dzieje, pokazuje nam, że Europa nie jest potężniejsza niż Pan Bóg i nie chodzi o to, że pan Bóg zrzucił nam tę epidemię, tylko o to, że jesteśmy tak jak wszyscy inni mieszkańcy ziemi zależni od świata przyrody, bo przecież wirus jest elementem świata przyrody.

Jak z tego czasu przymusowej kwarantanny najwięcej wyciągnąć dla siebie? Jak go z głową wykorzystać? Jak go przetrwać?
Przede wszystkim na luzie. Bardzo wielu ludzi, ciężko zapracowanych, marzyło o tym, żeby mieć trochę luzu. Mówiło: „O, gdybym tak miał dwa miesiące wolnego i posiedział w domu, to byłoby super”. No to właśnie masz ten czas dla siebie! Oczywiście problem jest też taki, że całe masy ludzi nie mogą sobie pozwolić na całkowity luzik, bo wiedzą, siedząc w domach, że za chwilę albo stracą pracę, albo stracą firmę, którą budowali przez lata i zarówno ich pracownicy, jak i oni sami zostaną bez środków do życia. Ten niepokój będzie nam, niestety, towarzyszył. On mi też towarzyszy, dlatego że jestem odpowiedzialna za dziesięć domów dla ludzi bezdomnych i wiele innych rzeczy. W tych domach mamy między 250 a 300 osób. I jeśli to się zawali, te osoby znajdą się po prostu na ulicy, a to są starzy, chorzy bezdomni ludzie, już nie mówiąc o pracownikach tych domów, którzy przecież muszą z czegoś żyć. Więc ten niepokój jest jakby naturalnym, normalnym niepokojem.

I jak sobie siostra z tym niepokojem radzi?
Staram się jednak zabezpieczyć na tyle, na ile jest to możliwe zarówno byt codzienny naszych domów, jak i najbliższą przyszłość, na dalszą nie mam aż takiego wpływu. Jednak potrafię pewne rzeczy przewidzieć, nawet szybciej niż rząd i władza. W związku z tym zamknęliśmy nasze przedszkole i nasze domy dla osób z zewnątrz, zanim jakiekolwiek władze to nakazały. Nie trzeba było być prorokiem, żeby przewidzieć pewne sytuacje. Staramy się zabezpieczać w możliwie najlepszy sposób, wszyscy pracujemy nad tym, żeby przetrwać ten czas z jak najmniejszymi stratami. Przede wszystkim staramy się jednak, żeby ludzie, którzy są z nami, przetrwali z jak najmniejszymi stratami. Oczywiście, straty będą, nie ma się co łudzić. Jednocześnie staramy się przygotować do tego, co za chwilę nastąpi.

Co nastąpi, siostry zdaniem?
Ogromne bezrobocie i wzrost ubóstwa.

Mówi się, że w najgorszej sytuacji są właśnie bezdomni, którzy mieszkają na ulicy: niespecjalnie wiedzą, co się dzieje i nieustannie narażeni są na zarażenia.
Zgadza się, na szczęście organizacje pozarządowe, które od wielu lat pracowały z ludźmi bezdomnymi na ulicy, dlatego właśnie, że są pozarządowe i nie czekały na jakiekolwiek dyrektywny, nie mówiąc o pieniądzach, których nikt nie zobaczył i wsparciu w postaci chociażby środków zabezpieczających, zaczęły działać.

Nikt wam nie pomógł? W nic nie zaopatrzył?
Władze Warszawy przekazały organizacjom pracującym z bezdomnymi trochę środków dezynfekujących i ochronnych, ale generalnie nie - władze nam nie pomogły. Tymczasem, ludzie bezdomni są rzeczywiście w najtrudniejszej sytuacji, bo oprócz wszystkiego zostali odcięci od możliwości przeżycia. Z drugiej strony, na szczęście, organizacje pozarządowe nie zamknęły się całkowicie, ale zmieniły sposób działania. Choćby „Zupa na Monciaku” w Sopocie, która jest dzisiaj agendą naszej Wspólnoty, przestawiła się na wydawanie suchego prowiantu w sposób, który utrudnia zakażenie zarówno ludzi bezdomnych, jak i wolontariuszy, bo trzeba wiedzieć, że to często my zagrażamy tym ludziom, ludziom bezdomnym. Oni nam, ale my im także. I to jest niesamowite, i to jest wielkość organizacji pozarządowych, które momentalnie zareagowały na zaistniałą sytuację. To bardzo trudny okres dla najsłabszych, dla najuboższych - nie tylko dla osób bezdomnych. Są ludzie, którzy mieszkają na wsiach, nie mają własnych środków transportu, jednymi autobusami, które jeździły w ich okolicy, były te dowożące dzieci do szkół, tak jest na przykład w woj. świętokrzyskim, i ci ludzie nie mają możliwości zrobienia dzisiaj zakupów. Oczywiście, istnieje pomoc sąsiedzka, ale ci ludzie są także w bardzo trudnej sytuacji. Bardzo wiele z nich, jeśli są to osoby niepełnosprawne, nie za bardzo się orientuje, co się właściwie dzieje.

Siostra już o tym wspomniała, ale jak siostra myśli, jaki będzie ten świat po pandemii, bo na pewno nie taki, jak jeszcze dwa miesiące temu?
Nie jestem prorokiem. Na pewno będzie to świat, jeśli chodzi o życie materialne, dużo uboższy, dużo skromniejszy. Trochę się obawiam - każda sytuacja kryzysowa, kiedy czegoś brakuje, wyzwala w ludziach z jednej strony - ogromną solidarność i takiej solidarności doświadczamy, a z drugiej strony - agresję. Tworzą się grupy uprzywilejowane, które mają dostęp do pewnych dóbr, i grupy, które nie są uprzywilejowane i tego dostępu nie mają. Tego się trochę obawiam. Zwłaszcza że w Polsce jest bardzo niski kapitał społeczny i zaufanie społeczne. Politycy, absolutnie społeczeństwu nie pomagają. Wręcz przeciwnie, co widać obecnie. Myślę, że może być różnie, ale nasze życie na pewno będzie skromniejsze, będzie wymagało większego wysiłku w odbudowie, a być może w przebudowie rzeczywistości. I to dwie rzeczy, które nas czekają w stu procentach.

Niektórzy uważają, że wielu ludzi bardziej skupi się na duchowości, na tym, co wewnętrzne, także na wierze. Może tak być?
Niewykluczone. Przede wszystkim może ich do tego zmusić sytuacja, ponieważ pogoń za dobrami materialnymi będzie, przynajmniej przez jakiś czas, mocno ograniczona - ograniczona dla bardzo wielu do zabezpieczenia podstawowych potrzeb życiowych. Natomiast, nie wiem jak długo będziemy odbudowywać kraj, Europę, świat generalnie, bo żyjemy w jednej globalnej wiosce.

Mamy tyle złych komunikatów, które napływają do nas z zewnątrz: pandemia, waląca się gospodarka i jak w tym wszystkim skupić się na tym, co w najbliższych dniach dla wielu z nas najważniejsze: na świętach? Jak się od tego wszystkiego oderwać?
Wyłączyć komputer, wyłączyć Facebooka, a przynajmniej ograniczyć korzystanie z komunikatorów, powiedzieć sobie dokładnie tak, jak powinniśmy sobie powiedzieć: „Nie jesteśmy panami świata, od mojego spokoju, od tego, czym będę teraz żyć, od moich gestów miłości zależy również przyszłość”. Nie można dać się pożreć przez emocje, a środki masowego przekazu ogromnie te emocje nakręcają. Spokojnie! Trzeba się nauczyć, że katastrofy spowodowane przez naturę, ale także przez człowieka, żeby wspomnieć chociażby wojny, były, są i będą. Świat nie zginie, więc jeśli parę dni możemy pożyć radośnie, cieszyć się obecną chwilą, to trzeba z tego korzystać. Wtedy wszystko będzie dobrze. Przestańmy rozpaczać! Bo rozpaczamy jak dziecko po stracie piątego, elektrycznego samochodzika. Oczywiście, są tacy, którzy mają powód do trosk i smutku, ale jeśli będziemy sobie tych trosk dodawać, to nic nie osiągniemy. Jeśli dzisiaj nic nie mogę zrobić, to nie mogę nic zrobić. Jeśli za dwa tygodnie będę mógł coś zrobić, to wtedy to zrobię.

Tylko dla wielu osób bardzo ważne było, że mogą pójść do kościoła poświęcić palmę, potem święconkę, że mogą usiąść przy stole z rodziną. I teraz im tego strasznie brakuje, nie potrafią się w tej nowej sytuacji odnaleźć.
I to jest właśnie problem. Niepójście do kościoła może być bolesne, ale może zmusi nas to do refleksji, czym tak naprawdę jest kościół. Zamiast się złościć, że nie mogę pójść do kościoła, co jest śmieszne, trzeba sytuację przemyśleć i powiedzieć sobie: „Nie mogę pójść do kościoła ze względu na przykazanie miłości bliźniego”, a więc jest to najdoskonalszy sposób oddawania czci panu Bogu, o czym mówi Ewangelia. W związku z tym pomodlę się w domu, nie będę panikować. Chrystus mieszka w kościele, mieszka w Eucharystii, ale mieszka także we wspólnocie Kościoła. I być może umówię się z sąsiadką mieszkającą po drugiej stronie klatki schodowej, że razem się pomodlimy, ona w swoim domu, ja w swoim o tej samej godzinie i to już będzie Kościół, „gdzie dwóch albo trzech zebranych jest w imię moje”. Ten czas może być również momentem oczyszczenia. Na szczęście dla nas to trwa bardzo krótko. Są przecież całe rzesze katolików na całym świecie, którzy nie mają dostępu do Eucharystii. Ameryka Południowa, niektóre kraje Afryki - tam muszą się zadowolić obecnością kapłana i mszy świętej raz na parę lat. Dla nas jest to sytuacja wyjątkowa, ale nie na świecie.

Może nas ta sytuacja zmusi, żeby poszukać Boga w sobie?
Poszukać Boga w sobie, pogłębić nasze osobiste relacje z panem Bogiem. Generalnie to czas wielkiego postu, epidemia została nam dana właśnie w tym okresie, tak się zdarzyło i myślę, że mamy ogromne pole do działania. Mamy czas modlitwy, medytacji, czytania Pisma Świętego, refleksji, zwyczajnego wyciszenia się i pogłębienia naszych osobistych relacji z panem Bogiem. To w naszym polskim katolicyzmie jest często zaniedbane. Kładziemy nacisk na obrzędy, ale naprawdę można być dobrym katolikiem nie święcąc jajek wielkanocnych. Można być dobrym katolikiem nie będąc w kościele. Przepraszam, ale ludzie, którzy latami leżą w łóżkach sparaliżowani, w Polsce raz w miesiącu komunię przynosi im ksiądz, nie są katolikami? No są, częściej lepszymi niż ci, którzy co niedziela biegną do kościoła.

Więc może nam ta pandemia wyjdzie na zdrowie?
Każda trudna sytuacja dla człowieka wierzącego powinna mu wyjść na zdrowie. Trzeba tylko uruchomić, jak mówił święty Jan Paweł II wyobraźnię miłosierdzia w stosunku do siebie, w stosunku do bliźnich. Fakt, że nie przystąpimy do komunii w Niedzielę Wielkanocną czy nie pójdziemy do spowiedzi przed Wielkanocą, to nie jest jeszcze koniec świata. Pan Bóg nie liczy nam ilości przyjętej komunii w czasach epidemii. Naprawdę, zachowajmy spokój i rozwagę i zajrzymy w głąb siebie.

Testy na Covid tańsze za granicą

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

E
Edyta

Warto słuchać mądrych ludzi.

Dodaj ogłoszenie