Siła Bońka: upaść, aby powstać

Marian Kmita
Marian Kmita
Marian Kmita Fot. archiwum
Zadumałem się nad losem Zbyszka Bońka, kiedy zobaczyłem, jak z ulgą wypuszcza powietrze po wyborachw PZPN. W 56. roku swojego żywota Zibi po raz kolejny zagrał va banque, rzucając na szalę przyszłości wszystko, co ma w sobie najlepszego, cały majestat pomnika, na którym stoi za dawne zasługi. A mógłby przecież nie ruszać się już z Rzymu i grać w golfa lub oglądać wyścigi kłusaków. Więc po co mu nowe kłopoty, odpowiedzialność i ciężka harówa w tak niepewnej i zaniedbanej działce jak polska piłka?

Znam Zbyszka prawie 20 lat i wiedziałem wiele sytuacji, z których mógł wyjść obronną ręką, a wybierał inaczej, wstawiając głowę pomiędzy drzwi a futrynę. Był świetnym piłkarzem i przez wiele lat tęsknił za murawą. Nawet kiedy doskonale sprawdzał się w roli wiceprezesa PZPN ds. marketingu za kadencji Michała Listkiewicza, wciąż tęsknił za zapachem świeżo skoszonej trawy. Widziałem to z bliska latem 1999 r., przed meczem z Hiszpanią. W czasie treningu naszej kadry Zibi, obserwujący ćwiczenia w prochowcu i lakierkach, doskoczył do bezpańskiej piłki i dośrodkował w pole karne jak za najlepszych lat z ogniem i pasją w oczach.

Trzeba było dopiero gorzkiego doświadczenia w roli selekcjonera kadry w meczu z Łotwą, aby Zbyszek zrozumiał, że trenerka nie jest dla niego. Później, wielokrotnie, szczególnie za granicą, widziałem, jak Zbyszka poważają już nie tylko za jego dawne bramki, ale bardziej za jego wyjątkową medialną żywotność, nieprzeciętną osobowość i zupełnie niepiłkarski intelekt. Pewnie z tego powodu w galerii słynnych piłkarzy w nadmorskim pasażu w Monte Carlo, wśród 30 najlepszych graczy świata, odlano w brązie odciski stóp także naszego Zbigniewa. I kto by na to postawił w 1974 r., kiedy Zbyszek jako 18-letni gracz Zawiszy debiutował w reprezentacji juniorów? Po debiucie w kadrze Kazimierza Górskiego zimą 1976 r. i przykrej absencji na igrzyskach olimpijskich w Montrealu, Zbyszek zrobił wszystko, aby następna dekada polskiej piłki należała do niego. I tak się stało.

Więc może po każdym przykrym doświadczeniu, takim jak spektakularna przegrana cztery lata temu w wyścigu o fotel prezesa PZPN z Grzegorzem Latą, Zbyszek dokonuje analizy, weryfikuje cele i na końcu zwycięża. Zwycięża z pożytkiem dla siebie i w jakimś czasowym dystansie - okazuje się - dla nas wszystkich. No to w drogę Prezesie Zbyszku, do kolejnego zwycięstwa!

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie