"Sierpień" w Teatrze Studio. Dotkliwa diagnoza współczesności

Lidia Raś
Jakub Szczepankowski, Teatr Studio
"Sierpień" w Teatrze Studio jest gorący. Spektakl skrzy się błyskotliwymi dialogami Lettsa, wyrazistymi kreacjami aktorskich gwiazd, nieustannie zaskakuje, porusza skrajne emocje, balansuje pomiędzy tragedią a farsą. Widzowi, który przyszedł podejrzeć amerykański "portret rodzinny we wnętrzu", szybko uzmysławia, że w tym krzywym zwierciadle, może się przejrzeć każdy, bo to dotkliwa diagnoza współczesnego społeczeństwa.

Grzegorz Bral, reżyser spektaklu, wychowany na tradycyjnym dramacie amerykańskim, od dawna szukał tekstu, który pozwoliłby mu do niego powrócić. Kilka lat temu w Teatrze Pieśń Kozła wyreżyserował "Pożądanie w cieniu wiązów" Eugene O’Neilla. Teraz, w Teatrze Studio, sięgnął po "Sierpień", nagrodzony Pulitzerem dramaturgiczny i psychologiczny majstersztyk Tracy’ego Lettsa, spadkobiercy amerykańskich realistów.

Popularność tej sztuki w USA była ogromna. Trudno się zresztą dziwić: celna diagnoza społeczeństwa, wszelkie jego wady jak na dłoni, liczne odwołania do rodzimego dramatu realistycznego (Arthura Millera, Tennessee Williamsa, Eugene'a O'Neilla), świetne dialogi - to przyciągało tłumy. Letts, prawdziwe "zwierzę teatralne", dramaturg i aktor, doskonale czujący scenę, napisał sztukę idealną pod względem dramaturgicznym, ale co ważne, także głęboką psychologicznie. Jej bohaterami uczynił wielopokoleniową rodzinę Westonów, która spotyka się po samobójczej śmierci Beverly’ego, seniora rodu.

Okoliczności spotkania ani na moment nie przeszkadzają członkom rodziny przywoływać zadawnione urazy, wyciągać spod dywanu pilnie strzeżone tajemnice, obciążać odpowiedzialnością za własne problemy. I jeszcze do tego: alkoholizm, narkomania, zdrady, molestowanie… Można mnożyć listę chorób dotykających rodzinę Westonów. Na symultanicznej scenie, stworzonej przez Paulinę Czernek, rozgrywa się festiwal wzajemnych oskarżeń, ujawniają relacje jej członków. Oglądamy rodzinę, która z tradycyjnym wyobrażeniem nie ma już wiele wspólnego. Zdewaluowało się zresztą nie tylko to pojęcie, ale też miłość i prawda.

Do udziału w spektaklu Grzegorz Bral, zaprosił mistrzów polskiej sceny. Efekt współpracy widać w przemyślanym pod każdym względem i wypracowanym przez reżysera i zespół obrazie. Na scenie pojawiają się postaci o wyrazistych osobowościach, pogmatwane, nieprzewidywalne i niejednoznaczne. Raczej nie należy się przyzwyczajać do opinii na temat konkretnego bohatera, bo następne sceny zburzą ją w pył.

W spektaklu Brala prym wiodą kobiety. Po śmierci Beverly'ego (Jerzy Trela) na domowej arenie zostaje matka, Violet Weston (Teresa Budzisz-Krzyżanowska) i jej trzy córki (skojarzenie z Czechowem nieprzypadkowe). Trudno powiedzieć, że są silne. Raczej zostały zmuszone i starają się zastąpić mężczyzn, którzy w przypisanej im przez tradycję roli nie potrafią się odnaleźć. Teresa Budzisz-Krzyżanowska, to klasa sama w sobie, a Violet jest jej kolejną wspaniałą rolą. Z wyczuciem, a gdy trzeba dezynwolturą, gra lekomankę chorą na raka, która okazuje się być zdolną manipulatorką, żądającą od córek absolutnej uległości, uciekając się przy tym do szantażu emocjonalnego. Mimo nadużywania środków psychotropowych, wydaje się być wyjątkowo dobrze zorientowaną co się dzieje w rodzinie.

Kto widział Małgorzatę Rożniatowską w monodramie "Uwaga. Złe psy", ten zaskoczony nie będzie i tym razem. Jej Mattie Fae jest świetna jako toksyczna matka, choć w tej toksyczności nieco nietypowa. Nadopiekuńcza, jednocześnie sprawia wrażenie, że nienawidzi syna, który jest dowodem jej porażki. Mały Charles (Wojtek Zieliński) choć ma 38 lat, nie wyzwolił się z matczynych objęć, nie ma swojego zdania, pełen kompleksów dołącza do grona męskich nieudaczników w rodzinie.
Trzy córki Westonów tworzą ciekawe portrety psychologiczne, przy czym zdecydowanie dominuje wśród nich Ewa Błaszczyk jako Barbara. To wielka radość móc oglądać aktorkę w tak dobrej formie artystycznej i w roli na miarę jej talentu. Na scenie jest prawdziwym wulkanem energii. Jej Barbara wzrusza i śmieszy, budzi współczucie i niechęć, sprawia wrażenie twardej kobiety, by za moment przypominać małą dziewczynkę. To zdecydowanie najlepsza kobieca kreacja w tym spektaklu.

Zaskoczeniem, ale jak najbardziej pozytywnym, jest obsadzenie Joanny Trzepiecińskiej jako Ivy, wbrew tzw. "warunkom". Zakompleksiona, neurotyczna Ivy, uległa wobec matki, jest zdecydowanym przeciwieństwem najmłodszej z sióstr - Karen ( Edyta Jungowska). To duże dziecko za cel postawiło sobie być szczęśliwą i realizuje plan za wszelką cenę.

Spektakl Brala nie tylko nie pozostawia obojętnym, ale wręcz wywołuje swoiste katharsis. Zmusza do zastanowienia, w jakiej rzeczywistości żyjemy. Widz, który przyszedł do teatru podejrzeć amerykański "portret rodzinny we wnętrzu", szybko uzmysławia sobie, że w tym krzywym zwierciadle może się przejrzeć każdy, bo to nie tylko pamflet rodzinny, ale i dotkliwa diagnoza współczesnego społeczeństwa.

Dla Grzegorza Brala "Sierpień" to typowy palimpsest. Tak więc go czyta, analizując dokładnie tekst i docierając do tego co ledwie zasygnalizowane. W ten sposób pojawia się w spektaklu motyw poetów-samobójców, wielkich wykluczonych amerykańskiej literatury.

W prologu spektaklu Beverly (Jerzy Trela), niczym w mowie pożegnalnej, podsumowuje swe życie. W kapitalnym monologu pobrzmiewa sarkazm i ironia, które sprowadzają się jednak do konstatacji, że oto nadszedł kres jego świata. W przeszłość odeszły pewne wartości, a Beverly w takiej rzeczywistości żyć nie chciał. Udręczony życiem alkoholik, niespełniony poeta, niezrozumiany przez najbliższych, uwolnił się więc od życia. Podzielił los swoich ulubionych poetów: T.S. Eliota, Emily Dickinson, Johna Berrymana, którzy podobnie jak on oceniali kondycję świata i przeżywali dramat egzystencji. Być może, tak jak bohaterowie dramatu Lettsa, doświadczyli tajemniczego "Plains" - psychicznego rozbicia, niemocy, poczucia wszechogarniającej pustki.

Finałowa scena spektaklu nie pozostawia złudzeń. Oglądamy projekcję, na której widać pustą przestrzeń, bezkres, "Ziemię jałową". Taką tragiczną wizją przyszłości, wzmocnioną przejmującą muzyką Gaya Pearsona, zamyka się spektakl Grzegorza Brala.

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

B
Brawo Studio!
Kto nie widział Sierpnia, nie widział nic! Genialna obsada! WSZYSCY. Oczywiście i Budzisz-Krzyżanowska i Błaszczyk (rola pokazująca jej geniusz!), i Jungowska i Trzepiecińska (kompletne zaskoczenie jakie Ona ma możliwości!), i Zieliński wspaniały. Naprawdę, TO JEST TEATR jaki nie widziałam od lat! Przepraszam wszystkich zdegustowanych ochami i achami, ale scena polska dawno nie widziła czegoś równie przejmującego tak w swojej formie, jak i treści. To trzeba koniecznie zobaczyć! Wielkie brawa i podziekowanie dla wielkich polskich aktorów!
g
gość
Miałam okazję - trochę kulawy ten spektakl, ale pani Budzisz-Krzyżanowska po prostu rozsadza scenę. To wielka artystka i już. Minęły prawie trzy tygodnie, a wspomnienie jej gry wciąż we mnie żyje. I w ogóle, jakoś nie zauważyłam postaci - bardziej właśnie aktorów. Panią Jungowską, panów Bluszcza i Zielińskiego. Innych nie widziałam, a szkoda. Chętnie też zobaczyłabym tę sztukę w jakiejś wierniejszej i mniej odreżyserskiej wersji, bo miała być wybitna, chociaż o gustach się nie dyskutuje:-)
Aha, jeszcze znakomicie grało młode dziewczę - aż sprawdziłam, zdaje się, że to Agata Góral.
Pozdrawiam.
Dodaj ogłoszenie