Seremet: Trzymam na wodzy ludzką ciekawość

Dorota Kowalska
Andrzej Seremet
Andrzej Seremet fot. Marcin Obara
Udostępnij:
Prokurator generalny Andrzej Seremet rozmowie z "Polską" mówi, że w najbliższych dniach Rosjanie powinni wysłać nam pierwszą część materiału dowodowego, jaki zebrali.

Nie lepiej było zostać w Krakowie? Pewnie dzisiaj Pan żałuje, że stanął do walki o fotel prokuratora generalnego?
Powiem szczerze: miewam chwile zwątpienia. I to chyba ludzkie uczucie, bo nie wiem, który pisarz wymyśliłby taką fikcję, jaka w tym wypadku stała się rzeczywistością. Jednakże chcę podkreślić, że ilość zadań sprawia, że nie roztrząsam tych kwestii i skupiam się na pracy.

Katastrofa prezydenckiego tupolewa pod Smoleńskiem to chyba ósmy dzień Pana urzędowania?
Dziewiąty, na dobrą sprawę tydzień mojego urzędowania.

W jakich okolicznościach dowiedział się Pan o tej tragedii?

W sobotę rano zadzwonił do mnie minister sprawiedliwości Krzysztof Kwiatkowski.

I co Pan pomyślał? Zaklął pod nosem?
Minister był tak zmieszany, że nie wiedziałem, o co mu chodzi. Przeprosił, za chwilę zadzwonił jeszcze raz i wtedy powiedział, co się stało. Włączyłem telewizor i z przerażeniem wsłuchiwałem się w wiadomości. Pomyślałem, że to jakiś koszmar.

Miał Pan wtedy świadomość, co Pana czeka?

Nie.

Ale został Pan rzucony od razu na głęboką wodę. Najczęstszy zarzut, jaki kierowany jest pod Pana adresem, a raczej prokuratury, której Pan szefuje, to polityka informacyjna. Dzisiaj zdaje Pan sobie sprawę z błędów, jakie popełniliście?

Prokuratura nie jest idealna, ja nie jestem idealny, a ta katastrofa to wydarzenie bezprecedensowe, które, mam nadzieję, nigdy się już nie zdarzy. W takiej atmosferze trudno nie popełnić błędu.

Błędy, błędami, a stare przyzwyczajenia, to drugie. Nie uważa Pan, że polscy prokuratorzy mają mentalność, która każe im dla własnej wygody, zasłaniać się dobrem śledztwa?
Mają taką mentalność, nie przeczę. Ale to inny kaliber sprawy. Jako prokurator generalny nigdy nie zakładałem, że to śledztwo będzie się toczyć w tych samych ryzach, w jakich toczy się zwykłe śledztwo. Oczywiście materiały objęte tajemnicą muszą pozostać tajne, niemniej jednak założyłem, że o pozostałych ustaleniach śledztwa opinia publiczna będzie informowana na bieżąco. I proszę mi wierzyć, tak naprawdę jest. Poza taktycznymi zamierzeniami prokuratury, która musi przesłuchać w Polsce jeszcze pewnych świadków i nie może publicznie informować, o co chce ich pytać, jakie ma plany, to informujemy praktycznie o wszystkim, o czym wiemy. Owszem, jest jeszcze dość delikatna kwestia zapisów czarnych skrzynek. Jeden z prokuratorów uczestniczył w ich odsłuchu na terenie Rosji i jeśli nie wszystkich, to poważną część rozmów prowadzonych w kabinie pilotów zna. Polska prokuratura w momencie, kiedy otrzyma od rosyjskiej prokuratury czarne skrzynki wraz ze stenogramami, podejmie decyzję co do ich upublicznienia.

A Pan ich nie zna?

Nie.

Prokurator, który słuchał tych zapisów, nie opowiadał Panu, o czym rozmawiali piloci?
Nawet go o to nie pytałem. Opinii publicznej wydaje się, że prokurator generalny to taki dowódca armii, który wzywa do siebie sierżanta i mówi: "Siadajcie tutaj i gadajcie, co tam w aktach".

Do niedawna tak właśnie było.

Dzisiaj już tak nie jest. Ja nie nadzoruję tego śledztwa. Mogę od szefa prokuratury wojskowej oczekiwać informacji o jego postępie, ale w akta nie patrzę.

Ja bym tam z czystej ludzkiej ciekawości spojrzała.
A wtedy prokurator okręgowy napisze na mnie notatkę informującą, że oto prokurator generalny przekracza swoje uprawnienia. I zrobią mi postępowanie. Trzymam na wodzy ludzką ciekawość.

Więc nie wie Pan, czy to Mariusz Kazana, szef protokołu dyplomatycznego, wszedł do kabiny pilotów?
Nie wiem, czy to on.

A mówił Pan, że rozmowy pilotów tuż przed katastrofą są dramatyczne.
Nie. Mówiłem jedynie, że mogą być dramatyczne. Powiedziałem tylko tyle, że jeśli prokuratura będzie w posiadaniu tej części materiału dowodowego, to prokurator podejmie decyzję, czy go ujawnić. Nie miałbym nic przeciwko temu, może właśnie poza tymi elementami dramatycznymi, intymnymi. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że takie zastrzeżenie przyczynia się do wzrostu ciekawości, co też takiego te fragmenty zakazane zawierają. Ale myślę, że zanim stenogramy czy czarne skrzynki dotrą do nas, wcześniej ujawni je Międzynarodowa Komisja Lotnicza (MAK) działająca w Rosji.

Kto zadecyduje o tym, czy to komisja, czy wy, prokuratura, ujawnicie pierwsi te zapisy?
Jeśli prokuratura rosyjska prześle nam czarne skrzynki albo stenogramy, wtedy zadecydujemy, czy ujawnić ich treść. Ale skrzynki są teraz w posiadaniu Międzynarodowej Komisji Lotniczej i ona, jeśli uzna, że jej zapis może mieć charakter przestrogi, aspekt profilaktyczny, pewnie ujawni je jako pierwsza.

W praktyce, kiedy możemy poznać zapis czarnych skrzynek?
Kiedy ewentualnie zapisy te ujawni Międzynarodowa Komisja Lotnicza, tego nie wiem. Natomiast polska prokuratura podejmie decyzję o ujawnieniu tych zapisów niezwłocznie po ich otrzymaniu od strony rosyjskiej.

To dlaczego kilka dni po katastrofie powiedział Pan, że będą zapisy czarnych skrzynek? Wszyscy pomyśleli, że natychmiast, już. Minął miesiąc i czarnych skrzynek nie ma.

I tu biorę na siebie odpowiedzialność za, jak mi zarzuciła Monika Olejnik, wprowadzenie opinii publicznej w błąd. Ale miałem informacje, które wskazywały na to, że treść tych skrzynek w postaci stenogramów znajdzie się w rękach polskich prokuratorów, wobec czego będzie je można ujawnić. Okazało się, że miałem informacje nieprecyzyjne, ponieważ rosyjska prokuratura odesłała te skrzynki do badania przez tamtejszą Międzynarodową Komisję Lotniczą.

Już na pierwszej konferencji prasowej zaznaczył Pan, że to strona rosyjska jest gospodarzem postępowania, a my możemy jedynie słać wnioski i liczyć na dobrą wolę Rosjan. Jak się układa współpraca między polską a rosyjską prokuraturą?
Ja dotąd oceniam ją dobrze. Oczekujemy na realizację zapowiedzi, którą złożył publicznie prokurator Federacji Rosyjskiej Jurij Czajka a propos sukcesywnego przekazywania nam materiałów. Moje informacje są takie, że przygotowano do ekspedycji pierwszą partię tych materiałów i spodziewamy się, że lada dzień do nas dotrą. Jest także druga część dokumentów, która będzie nam niebawem przekazana, tam znajdą się informacje związane z identyfikacją, badaniami DNA. Pierwsza, to zeznania świadków, między innymi obsługi lotniska.

Spotkaliście się kiedyś z odmową przysłania jakichś materiałów dowodowych przez stronę rosyjską? Albo z sugestią, aby o jakiejś jej części nie informować polskiego społeczeństwa?
Nie. Mieliśmy tylko sygnały, aby, zanim rosyjska strona upubliczni pewne informacje, nie wychodzić z tym przed szereg. To było na początku śledztwa, w pierwszych dniach po katastrofie. Ale żeby było jasne, jeśli otrzymamy od strony rosyjskiej jakieś materiały nieopatrzone klauzulą tajności, nie musimy pytać Rosjan o to, czy możemy zapoznać z nimi opinię społeczną. To polska prokuratura zadecyduje wtedy, czy dany fakt ze śledztwa ujawniać, czy nie. Natomiast chciałbym wyjaśnić jeszcze jedną sprawę: pojawiły się głosy, że MAK jest przeciwna ujawnianiu przez nas treści zapisanych w czarnych skrzynkach. To nie tak. Reguły pracy tej komisji mówią, że działa ona w dyskrecji, ale upoważniony przez nią organ może w celu profilaktycznym zapobiegania katastrofom ujawnić zapisy czarnych skrzynek. My jako prokuratura nie jesteśmy objęci taką klauzulą, możemy robić ze swoimi dowodami, co zechcemy, oczywiście wszystko zgodnie z zasadą dobra śledztwa.

A wyjaśni Pan, jak to się stało, że jednego dnia mówi Pan, że godzina katastrofy jest jeszcze nieznana, a Edmund Klich dwie godziny później twierdzi, że Tu-154 rozbił się o 8.41 plus sześć minut? Może trzeba było wyznaczyć jednego człowieka, który przekazywałby społeczeństwu, powiedzmy, co dwa dni, informacje ze śledztwa?

Za wypowiedzi pana Edmunda Klicha nie ponoszę odpowiedzialności, to po pierwsze. Po drugie: i społeczeństwo, i dziennikarze nie rozumieją różnych płaszczyzn, na których prowadzi się postępowanie w tej sprawie. To, co robi prokuratura, ma się nijak do tego, co robią komisje, i rosyjskie, i polska. Nijak w tym znaczeniu, że prowadzimy niezależne postępowanie, którego pewnie częścią będzie raport podsumowujący prace komisji.

Kontaktuje się Pan w sprawie śledztwa z premierem ?

Oczywiście, że tak. Przecież żyjemy w jednym państwie, a ja się nie zamykam w wieży z kości słoniowej tylko dlatego, że jestem niezależnym prokuratorem. Jestem częścią tego społeczeństwa, jestem organem państwowym, więc cóż w tym dziwnego, że spotkam się z Donaldem Tuskiem.

Ile razy spotkał się Pan z premierem?
Trzy, może cztery.

Coś Panu sugerował?
Nie. Rozmawialiśmy, m.in. o polityce informacyjnej. Jedynym życzeniem Donalda Tuska było to, aby informacja płynąca z prokuratury była rzetelna i zgodna z ustaleniami śledztwa. Premier od początku widział potrzebę synchronizacji polityki informacyjnej. Ale widocznie są ludzie, którzy mniej się nią przejmują i przekazują pewne rzeczy w sposób mniej odpowiedzialny. Tego premier nie przewidział.

Ma Pan na myśli Edmunda Klicha?
Ja tego nie powiedziałem.

Kiedy poznamy pierwsze wyniki śledztwa, nie myślę tu o raporcie końcowym, ale przynajmniej o najbardziej prawdopodobnych przyczynach tej katastrofy?

Nie jest niczym odkrywczym, jeśli powiem, że koncepcja wybuchu jest praktycznie wykluczona. Ale w tym miejscu muszę wspomnieć o jeszcze jednej sprawie: zaczął się duży szum wokół kwestii spalania przez prokuraturę szczątków ubrań, które mają jakoby wskazywać na jej niewrażliwość czy wręcz arogancję. Otóż, materiał, o którym mowa, to np. kawałki mankietu, jakiś wycinek spodni koloru czarnego. Ślady biologiczne zmieszane z błotem i wodą zapoczątkowały w nim procesy gnilne. Chyba wszyscy rozumiemy, czym są procesy gnilne. Prokuratorzy trzymali te wszystkie dowody w magazynach, w odpowiednich warunkach, ale pewnych rzeczy nie da się powstrzymać. A te zwróciły uwagę wojskowych służb medycznych, które stwierdziły, że ten materiał w tym stanie stwarza zagrożenie epidemiologiczne. I wydały decyzję nakazującą utylizację tych materiałów. Prokurator zwrócił się więc do sądu, bo to dowód rzeczowy, z wnioskiem o zniszczenie tych szczątków z argumentacją, że stwarzają zagrożenie epidemiologiczne. Sąd stwierdził, że nie ma zagrożenia realnego, ale potencjalne, i wniosek oddalił. Prokurator rozważa wniesienie zażalenia. Tłumaczę: prokurator nie pozbywa się irracjonalnie albo ze złej woli tych dowodów, nie jest aż tak niemądry, co wielu próbowałoby sugerować. Prokuratorzy dysponują cała masą tego rodzaju materiału dowodowego poddawanego badaniom fizykochemicznym.

Ale wracając do hipotez, dlaczego prokuratura nie dementowała tej zakładającej atak terrorystyczny przeprowadzony np. przez Rosjan?
Takiej hipotezy nie było. Była ta o ataku terrorystycznym, bo przecież trzeba było brać go pod uwagę, zwłaszcza na początku śledztwa. Dopiero w trakcie badań strony rosyjskiej wykluczyliśmy tę hipotezę w oparciu o badania pirotechniczne i balistyczne.

A nie uważa Pan w takim razie, że prokuratura powinna jakoś zareagować na szerzące się w internecie spiskowe teorie dziejów?
Reagowaliśmy wielokrotnie. Ale przecież nie jestem w stanie zgasić płonących ognisk fantazji ludzkiej. Do dzisiaj lądowanie samolotu na rzece Hudson uznawane jest przez sporą część internautów za działanie jakiś sił kosmicznych, a 32 proc. Amerykanów wierzy, że atak na WTC był zainspirowanym przez Pentagon po to, aby wywołać wojnę Ameryki z Irakiem. Nie podejmuję się walki ze spiskowymi teoriami.

Pokusi się Pan o diagnozę tego, co stało się nad Smoleńskiem? Samolot był sprawny, więc co: błąd pilota?
Orzekałem w sprawach katastrof lotniczych i myślę, że często jest to kompilacja rozmaitych czynników.

Ale, jak Pan pewnie doskonale wie, najczęściej zawodzi czynnik ludzki i nie chodzi tylko o pilotów.
Wiem. Poczekajmy na wyniki końcowe śledztwa, myślę, że poznamy je za jakieś sześć miesięcy.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze 11

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

a
alien
Jeśli to prawda, to ... "Adam Macedoński, opozycjonista i założyciel
Instytutu Katyńskiego wspominał niedawno w „Gazecie Polskiej”, jak w
1979 roku chciał przekazać Michnikowi i Lityńskiemu komplet
materiałów wydawniczych na temat Katynia, w celu ich dalszego druku
i rozpowszechniania. Usłyszał wówczas od Lityńskiego, że KOR nie
jest za ujawnianiem sprawy Katynia: ”bo to pogłębi przepaść między
Rosjanami i Polakami”. Podobnie zareagował Michnik, stwierdzając,
że „to jest przeszłość, a KOR się nią nie interesuje”. Ten przykład –
stokroć lepiej, niż obszerne analizy powinien uświadomić, że
zakładnicy kłamstwa katyńskiego nadal decydują o polskiej historii."
Aleksander Ścios "Zakładnicy kłamstwa katyńskiego" cogito.salon24.pl
a
alien
"To była straszna tragedia. Błagam Boga, by nie okazała się zbrodnią
spowodowaną przez Rosjan, lecz katastrofą. Między naszymi narodami
było tyle bólu, tyle krwi, że gdyby ustalono, że wypadek pod
Smoleńskiem to wynik celowego działania – to ja nie wiem, jak
mógłbym żyć z takim ciężarem. Patrząc na liczne poszlaki, wiele
niestety wskazuje, że to jednak była zbrodnia.(...) W Rosji rządzą
przestępcy zdolni do każdej zbrodni. Nie mam dowodów na
potwierdzenie tezy, że samolot
strącili agenci rosyjskich służ specjalnych, ale jest rzeczą pewną,
że byliby do tego zdolni. (...) Sposób potraktowania przez władze
rosyjskie pola, na którym rozbił się samolot prezydencki, świadczy,
że władzom nie zależy na zabezpieczeniu
ewentualnych dowodów wskazujących na prawdziwe przyczyny
katastrofy." "W Rosji rządzą przestępcy". Wiktor Suworow
W
WP
EKSPERCI OD NAWIGACJI SATELITARNEJ: TO BYŁ ZAMACH

Marek Strassenburg Kleciak i Hans Dodel dla Niezależna.pl , 20-05-2010 11:34
POWRÓT
B20cd007f8742d731d0bdf7962b8d0fd
fot. Hiuppo/wikimedia commons

Informacja, że Tu-154 podchodził do lądowania prawie do końca na autopilocie, w 100 proc. potwierdza tezę, że załogę wprowadzono w błąd przy użyciu tzw. meaconingu – twierdzą Marek Strassenburg Kleciak, specjalista ds. systemów trójwymiarowej nawigacji, i Hans Dodel, ekspert od systemów nawigacji i wojny elektronicznej, autor książki „Satellitennavigation”.

Z raportu rosyjskiego Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego wynika (zauważyła to telewizja TVN24), że samolot prezydencki podchodził do lądowania na autopilocie, który sterował zarówno wysokością, ciągiem, jak i kursem rządowej maszyny. Wyłączenie autopilota nastąpiło 5,4 sekundy przed uderzeniem w pierwszą przeszkodę.

To bardzo ważna informacja. Autopilot jest urządzeniem do automatycznego sterowania samolotem, pobierającym do tego celu dane z GPS i innych wskazań przyrządów pokładowych. Dodajmy, że wyłącza się go jednym ruchem ręki, a więc w ciągu sekundy można – jeśli jest taka potrzeba – przejść na sterowanie „ręczne”.

Ostatni etap przed lądowaniem na autopilocie to przelot przez kolejne, blisko obok siebie leżące tzw. waypoints: 10 km przed pasem / wysokość 500 m, 8 km / 400 m, 6 km / 300 m, 4 km / 200 m, 2 km / 100 m – ten ostatni punkt to tzw punkt decyzji i wysokość decyzyjna: jesli pilot nie widzi tutaj pasu startowego, to MUSI zrezygnować z lądowania i polecieć na inne lotnisko. Tymczasem załoga polskiego samolotu (w tak trudnych warunkach pogodowych) wyłączyła pilota dopiero 5 sekund przed katastrofą, mimo że – jak już zaznaczyliśmy – można to zrobić w sekundę.

Dziennik “Fakt”, powołując się na rosyjskiego prokuratora, który słyszał rozmowy w kokpicie, napisał kilka dni temu, że parę sekund przed tragedią piloci – dotąd spokojni – zaczęli wołać: “Daj drugi… W drugą!” Musiał być to po prostu pierwszy moment, w którym załoga zorientowała się, że jest w złym miejscu i na złej wysokości – prawdopodobnie minęli wtedy znajdującą się tam antenę NDB.

Dlaczego piloci schodzili spokojnie do lądowania na autopilocie i dopiero kilka metrów nad ziemią zorientowali się, że samolot jest tak nisko? Wytłumaczenie jest tylko jedno: autopilot opierał się na błędnych danych satelitarnych.

To, że 10 kwietnia pod Smoleńskiem odbiór GPS w Tu-154 był zakłócony – co doprowadziło do błędu pozycji samolotu w pozycji horyzontalnej – jest oczywiste. Najprostszą metodą takiej agresji jest meaconing, polegający na nagraniu sygnału satelity i ponownym nadaniu
go (z niewielkim przesunięciem w czasie i z większą mocą) na tej samej częstotliwości w celu zmylenia załogi samolotu. W przypadku Tu-154, podchodzącego właśnie do lądowania, wystarczyłoby niewielkie przekłamanie sygnału, by doprowadzić do tragedii. Meaconing można “ustawić” z precyzją do 0,3 metra, a do zaburzenia prawidłowego działania może dojść ze źródła oddalonego nawet kilkadziesiąt kilometrów od samolotu. W podobny sposób można też zmylić wysokościomierz radiowy. Gdyby dodać do tego przekazanie nieprawdziwej wartości ciśnienia barometrycznego (Rosjanie nie poinformowali dotąd, jakie ciśnienie podali dowódcy Tupolewa), załoga samolotu była – nawet przy dużo lepszej widoczności niż ta, która panowała w Smoleńsku – bez szans. Charakterystyczne ukształtowanie terenu przed lotniskiem Smoleńsk-Siewiernyj – rozległa niecka – stanowiło dodatkową gwarancję powodzenia ataku.

Wskazania wysokości przez GPS nie były prawidłowe, ale mimo wszystko wystarczające, by uruchomić EGPWS (system ostrzegający pilotów o odległości samolotu od gruntu). System ten włącza się, gdy samolot schodzi poniżej 666 metrów nad ziemią. Piloci słusznie zignorowali ostrzeżenie EGPWS (jako że jego zadaniem jest ostrzegać przed zbliżającą się ziemią i robi on to za każdym razem, kiedy się laduje) i lecieli dalej, oczekując, że za jakiś czas zobaczą pas startowy. Problem w tym, że EGWPS także opiera się na pomiarach położenia uzyskanego z odbiornika GPS i wysokości z wysokościomierza radiowego: Tu-154 wkrótce znalazł się więc 5 metrów nad ziemią. Piloci nie zdążyli nawet poszukać wzrokiem pasa startowego… Jeszcze raz powtórzmy: skoro samolot leciał na włączonym autopilocie, to piloci wierzyli, że są znacznie wyżej i w innej pozycji.

Dla laików wątpiących w techniki rodem z Jamesa Bonda: od czasu lotniczych zamachów terrorystycznych w Nowym Jorku na World Trade Center w prawie wszystkich krajach świata używa się meaconingu do ochrony obiektów specjalnego znaczenia, takich jak np. elektrownie atomowe.

Atak na przyrządy nawigacyjne można stwierdzić po analizie czarnych skrzynek. Niestety, rejestratory lotu to nośniki magnetyczne i usunięcie śladów meaconingu – zwłaszcza dla służb znających od podszewkę budowę Tu-154 i jego przyrządów – nie jest trudnym zadaniem. Wystarczy, żeby nikt im w tym nie przeszkadzał.

Marek Strassenburg Kleciak
specjalista ds. systemów trójwymiarowej nawigacji
Hans Dodel

ekspert od systemów nawigacji i wojny elektronicznej, autor książki „Satellitennavigation”

Dokładna analiza opinii polskiego i niemieckiego eksperta na podstawie najnowszych danych już w następnym numerze “Gazety Polskiej”

——————————————————

Z dzisiejszego wydania portalu gazeta.pl. Fragmenty artykułu pt. „Piloci wściekli na rosyjski raport”:

[...] – Z raportu MAK wynika, że wojskowy pilot leciał na łeb na szyję, wbrew wszelkim zasadom bezpieczeństwa, narażając życie pasażerów i swoje – podkreśla oburzony pilot z 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego. – A naszej jednostce przypnie się łatkę wariatów. Arek [kpt. Arkadiusz Protasiuk, dowódca załogi Tu-154] był najspokojniejszym człowiekiem na świecie, wyważonym. Nigdy nie zrobił niczego przeciwko procedurom.

- Mieli prawo podjąć próbę podejścia do lądowania – dodaje jeden z oficerów 36. Pułku. – Zejść na wysokość decyzyjną, a wtedy, kiedy pilot przekonuje się, że nie wyląduje, odchodzi znów do góry. Byli poniżej tej wysokości, ale rosyjski raport wciąż nie odpowiada na pytanie: dlaczego. [...]
j
jurek
On nie ma wstydu za grosz!
o
ojak
------------
o
ojak
-----------
g
gość
Niech się Pan nie boi Rosjan. My wiemy co oni zrobili ze świadkami międzynarodowymi powołanymi przez Niemców podczas ekshumacji w Katyniu. Ale za Panem stoi 36mln tylko niech Pan nie kłamie
l
lol
Rzuć podanko, misiu. Jak będziesz grzeczny Rosjanie przekażą ci kopie, może nawet fotografie czarnych skrzynek. Nic więcej nie dostaniesz bo tak Rosjanie oceniają ciebie i twojego pryncypała
I
Inkwizytor
jak wyzej
a
alien
Temu panu już dziękujemy! Kompletnie bezwolny urzędas, który trzęsie się, bo nie wie co jeszcze wyjdzie na jaw...bo pytań coraz więcej! Całkowite nieporozumienie na stanowisku prokuratora generalnego. Myślal, że dostał prestiżową i ciepłą posadkę, a tu katastrofa, w której ginie część polskiej elity. Co za pech! Seremet, jeśli miałby honor podałby się do dymisji i uchrniłby się od przerostu nadnerczy ze strachu...Tylko ślepy i głuchy nie widzi kompromitujących zaniechań polskiej prokuratury i totalnej dezinformacji strony rosyjskiej. W coraz bardziej podejrzanych okolicznościach zginął Prezydent Polski, a Seremet powściąga swoją ciekawość. ŻENUA! Podpisuje się oburącz pod opinią Wł.Cimoszewicza.
n
norma
Co nam będę jeszcze wciskać? Przecież to dziecko widzi do czego oni zmierzają... kto jeszcze był poza śp. gen. Błasikiem? Śp. gen. Gągor i pozostali? Tam leciało 96 osób, w tym urzędujący Prezydent RP i kto zabezpieczał delegację ?! 2 BOR-owców na miejscu? Czyli polskie służby i ochrona delegacji to 2 BOR-owców, super! Oni naprawdę myślą, że my jesteśmy idiotami!
Więcej informacji na stronie głównej PolskaTimes
Dodaj ogłoszenie