Schulz: Nie pozwolimy na budżet UE, w którym będą głębokie cięcia

Agaton Koziński
- Polityka to nie matematyka. Potęga silnie zintegrowanej Unii jest większa niż suma potęg poszczególnych państw Unii. Tak więc Unia za 10 lat będzie na pewno bardziej zintegrowana, choć Stanów Zjednoczonych Europy chyba nie stworzymy - mówi Martin Schulz, przewodniczący Parlamentu Europejskiego, w rozmowie z Agatonem Kozińskim.

W niedawnym przemówieniu w Berlinie ironicznie porównał Pan szczyty Rady Europejskiej do kongresu wiedeńskiego. Skąd to skojarzenie? Czy szczyt poświęcony budżetowi UE na lata 2014-2020 sprawi, że to porównanie będzie dalej aktualne?
Już w przemówieniu otwierającym moje przewodnictwo w Parlamencie Europejskim prawie rok temu wspomniałem Europę XIX w. i początku XX w., której symbolem był kongres wiedeński z 1815 r. Była to Europa narodowych rywalizacji, strachu, polityki równowagi sił i tajnych paktów. Była to Europa, w której silniejsze militarnie i gospodarczo państwa narzucały wolę słabszym. Takie postępowanie doprowadziło do pierwszej, a następnie drugiej wojny światowej, tych najbardziej krwawych konfliktów w dziejach świata. Utworzenie Unii Europejskiej było odpowiedzią na nieszczęścia wojenne. Unia jest oparta na wspólnych wartościach, takich jak demokracja, rządy prawa i przestrzeganie praw obywatelskich. W Unii tej wspólnego interesu bronią instytucje: Komisja Europejska i Parlament Europejski. Z niepokojem obserwuję, że ten model Unii jest obecnie podważany. Częściowo w odpowiedzi na kryzys odżywają egoizmy narodowe, tendencje separatystyczne, protekcjonizm gospodarczy, ksenofobia i populizm. Próbuje się odstawić na boczny tor instytucje europejskie i podejmować kluczowe decyzje w wąskim gronie najsilniejszych państw za zamkniętymi drzwiami. Ja oraz większość posłów w PE zdecydowanie się temu sprzeciwiamy. Szczyt poświęcony siedmioletniemu budżetowi to wielki test dla Unii, który pokaże, czy wciąż potrafi ona sprawnie działać i czy wciąż obowiązuje w niej zasada solidarności. Jedno jest pewne: PE będzie bronił tego budżetu. Na pewno sprzeciwimy się budżetowi, w którym cięcia będą tak wielkie, że zagrożą wypełnianiu przez UE jej zadań oraz nie pozwolą na realizację wielkiej strategii rozwoju gospodarczego Europa 2020. Wciąż mam nadzieję, że podjęte będą dobre decyzje w sposób przejrzysty, a nie według filozofii kongresu wiedeńskiego.

Jaki budżet uda się wynegocjować? Jak ułożą się proporcje między zwolennikami dużego budżetu, który wzmacniałby Europę, a państwami, które żądają cięć?
Trudno to obecnie przewidzieć. Jeśli jestem teraz pesymistą co do możliwości porozumienia, to ze względu na nieprzejednane stanowisko Wielkiej Brytanii, która domaga się tak wielkich cięć, że uniemożliwiłyby funkcjonowanie Unii. Pozostałe propozycje mieszczą się w przedziale między 1,0 proc. a 1,1 proc. dochodu narodowego brutto państw Unii. Myślę, że kompromis można jak zwykle znaleźć gdzieś po środku. W negocjacjach ilościową przewagę mają zwolennicy większego budżetu, czyli tzw. grupa przyjaciół kohezji, w której wiodącą rolę pełni Polska. Z kolei do grupy zwolenników cięć i innego, lepszego - jak twierdzą - wydawania pieniędzy, należą bogate państwa, płatnicy netto do budżetu, w tym Niemcy. W tej sytuacji bardzo ważny jest sojusz, który w negocjacjach budżetowych zawarły Polska i Francja podczas niedawnej wizyty w Warszawie prezydenta François Hollande'a. Oba kraje zgodziły się, że bronić będą takiego budżetu, który przeznacza na adekwatne środki na politykę rolną i politykę spójności, czyli pomocy dla biedniejszych regionów. To porozumienie jest nie do przecenienia, ponieważ Francja to ważny płatnik netto do budżetu. Mam nadzieję, że ten sojusz wytrzyma do końca negocjacji.

Sprzeciwia się Pan tzw. metodzie międzyrządowej, twierdząc, że w ten sposób Unia Europejska rozwija się w tempie kraju, który najwolniej dostosowuje się do zmian. Jak w tym kontekście ocenia Pan stosunek Wielkiej Brytanii do negocjacji budżetu UE, a także jej generalny sprzeciw wobec jakichkolwiek prób zacieśnienia integracji europejskiej?
Jak wspomniałem, metoda międzyrządowa jest nieprzejrzysta i uwzględnia głównie interesy największych państw. Jej istotą są polityczne targi na zasadzie coś za coś, uprawiane w zaciszu gabinetów. Dlatego jestem zwolennikiem tak zwanej metody wspólnotowej podejmowania decyzji, czyli takiej, w którą zaangażowane są instytucje europejskie, Komisja i Parlament. Pozwala ona bronić ogólnego interesu całej Unii i jej mniejszych państw członkowskich. Zaletą metody wspólnotowej, w tym udziału Parlamentu Europejskiego, jest jej przejrzystość - ludzie mogą obserwować nasze debaty i wyrażać swoją opinię w czasie procesu. Metoda międzyrządowa często umożliwia też jednemu krajowi blokowanie decyzji, które są popierane przez wszystkich innych. Boleję nad tym, że Wielka Brytania coraz częściej stosuje taką taktykę. Na przykład rok temu uniemożliwiła przyjęcie przez całą Unię paktu fiskalnego. Obecnie zaś grozi wetem dla budżetu wieloletniego. Bardzo mnie martwi, że Wielka Brytania przyjmuje coraz bardziej eurosceptyczną postawę. Zwracam uwagę, że w efekcie i tak państwa strefy euro uzgodniły niezbędne zmiany, tylko poza ramami UE i poza Wielką Brytanią. Głęboko wierzę, że jeden kraj nie zatrzyma pozostałych, które chcą wspólnie działać. Tą drogą Wielka Brytania może doprowadzić raczej do samoizolacji niż do blokady prac UE. W tym kontekście zupełnie inną, pozytywną rolę pełni Polska, która nawet nie będąc w strefie euro, stara się brać konstruktywny udział w pracach i walce z kryzysem.

Metoda wspólnotowa, której jest Pan zwolennikiem, spowalnia tempo działań, podczas gdy w czasach mocnego kryzysu potrzebne są szybkie reakcje. Jak w takim razie połączyć ogień z wodą, tempo działań z ich możliwie jak najszerszą legitymacją demokratyczną?
Kryzys wymaga oczywiście szybkich działań. Ale działania te muszą być jakoś legitymizowane demokratycznie. Nie możemy zgodzić się na to, by inwestorzy finansowi, często spekulanci, dyktowali rządom i państwom, co mają robić. Należy przywrócić polityce prymat nad rynkami finansowymi. To właśnie brak odpowiednich regulacji rynków finansowych spowodował obecny kryzys. Ale zgadzam się, że w obecnych czasach decyzje muszą zapadać szybko. W parlamencie rozważa się szybką ścieżkę legislacyjną dla aktów prawnych pomagających walczyć z kryzysem. Wspomniana metoda wspólnotowa może być tu szybsza niż międzyrządowa. Przy tej ostatniej potrzebna jest najczęściej zgoda wszystkich 27 parlamentów narodowych, a przy wspólnotowej - tylko Parlamentu Europejskiego. Mówiąc krótko, trzeba szybko podejmować decyzje, ale szybko - to znaczy mobilizację przywódców i instytucji do konkretnych działań, a nie uzgadnianie spraw pod stołem bez demokratycznej kontroli.

Ewidentnie widać, że Unia Europejska, jaką znamy, nie będzie dalej istnieć. Kryzys, z którym się zmagamy, sprawi, że albo ona się rozpadnie, albo silniej zintegruje pod względem gospodarczym i politycznym. Jak będzie wyglądała Unia za 5-10 lat? W jakim kierunku będzie ewoluować?
Parafrazując Marka Twaina, wiadomości o śmierci Unii uważam za przedwczesne. Sądzę, że Unia przetrwa obecny kryzys, a nawet wyjdzie z niego wzmocniona. Aby tak się stało, należy dokończyć budowę prawdziwej unii gospodarczej. Obecny kryzys długu publicznego w strefie euro wynika po części właśnie z tego, że wprowadzono wspólną walutę, nie dokonując prawdziwej integracji gospodarczej. Nie należy bać się takiej integracji, bo tylko dzięki niej Europa będzie mogła coś znaczyć na światowej scenie. Nawet tak wpływowy kraj jak Niemcy niewiele znaczy w konfrontacji z Chinami czy USA. Jednak razem Unia to 500 mln ludzi i produkt narodowy brutto większy od USA. Proszę policzyć, ile medali na olimpiadzie miały Chiny, USA, a ile Unia Europejska. Jednak w zestawieniach końcowych kwalifikacji interesowano się liczbą medali Niemiec czy Francji, a nie całej Unii. Dopóki nie stworzymy bardziej zintegrowanego organizmu, nie będziemy traktowani jako jednolita potęga. Polityka to nie matematyka. Potęga silnie zintegrowanej Unii jest większa niż suma potęg poszczególnych państw Unii. Tak więc Unia za 10 lat będzie na pewno bardziej zintegrowana, choć Stanów Zjednoczonych Europy chyba nie stworzymy. Istotne jest, aby przy dalszej integracji nie tworzyć Europy dwóch prędkości, to znaczy, aby nowe mechanizmy współpracy w strefie euro były otwarte dla wszystkich krajów, które chcą do niej przystąpić.

Za niecałe dwa lata czekają nas wybory do europarlamentu. Do tej pory każde kolejne wybory pokazywały w całej Europie spadek zainteresowania nimi, widać to było po malejącej frekwencji. Czy obecny kryzys będzie kolejnym gwoździem do trumny europejskiego demos?
Wręcz przeciwnie. Obecny kryzys jest katalizatorem europejskiego demos. To właśnie na skutek kryzysu ludzie zdają sobie sprawę coraz bardziej z tego, jak bardzo od siebie zależą, jak bardzo wydarzenia w jednym kraju wpływają na to, co się dzieje w innym. Rośnie świadomość tego, jak wiele jest wspólnych problemów, na przykład bezrobocie wśród młodzieży, które najlepiej jest rozwiązywać wspólnie. Dlatego jestem przekonany, że wybory do PE w 2014 r. odwrócą trend spadającej frekwencji. To my, eurodeputowani, decydujemy o przepisach, których potem muszą przestrzegać ludzie w Suwałkach czy Hamburgu, dobrze, żeby wybrali tych, do których mają zaufanie.

Pojawiają się koncepcje reformy sposobu wybierania europarlamentarzystów. Mówi się o wspólnej, europejskiej liście czy też o tym, by poszczególne europejskie partie zgłaszały przed wyborami swoich kandydatów na szefów Komisji Europejskiej. Czy któraś z tych zmian wejdzie w życie? Jakie zmiany Pan by proponował?
Pewne zmiany już nastąpiły. Na przykład po raz pierwszy w historii przewodniczącego Komisji Europejskiej wybierać będzie Parlament, a nie szefowie rządów. Zamiast politycznych targów za zamkniętymi drzwiami będziemy więc mieli procedurę przejrzystą i zrozumiałą dla obywateli. Zmiany powinny pójść dalej. Byłoby dobrze, żeby systemy wyborcze zostały zuniformizowane we wszystkich krajach Unii. Idea wspólnych list europejskich jest mi bliska, ale nie zostanie raczej ona wprowadzona w życie przed nadchodzącymi wyborami. Ja bardzo popieram pomysł, aby europejskie partie polityczne szły do tych wyborów ze swoimi kandydatami na szefa Komisji Europejskiej, aby partie miały jasno określonych liderów. Ludziom o wiele łatwiej będzie identyfikować się z partiami na poziomie europejskim, jeśli będą widzieli wyraźnie promowanych liderów tych partii, którzy będą kandydatami na kluczowe stanowiska w Unii.

Mieliśmy okazję rozmawiać dwa lata temu, zanim jeszcze objął Pan fotel przewodniczącego PE. Wówczas powiedział Pan, że wcale nie jest wykluczone, że w następnej kadencji Polak znów obejmie funkcję szefa europarlamentu. W polskich mediach spekuluje się, że takie stanowisko marzy się byłemu prezydentowi Aleksandrowi Kwaśniewskiemu. To realne?
Panie redaktorze, nie śpieszmy się aż tak bardzo, Aleksander Kwaśniewski jeszcze nawet nie został eurodeputowanym! Za wcześnie na spekulacje dotyczące obsady ważnych stanowisk po wyborach do PE. Zależeć ona będzie od wyników wyborów, od tego, ile głosów dostanie Europejska Partia Ludowa, czyli prawica, ile socjaliści, ile liberałowie, a ile zieloni. Aleksander Kwaśniewski to polityk bardzo sprawny i kompetentny, dysponujący wielkim doświadczeniem. Mam przyjemność współpracować z nim obecnie, gdyż jest on specjalnym wysłannikiem PE monitorującym przebieg procesów sądowych na Ukrainie polityków takich jak Julia Tymoszenko. Jedno już teraz jest pewne - kiedy mówimy o Polsce, to już coraz rzadziej słyszy się o nowych krajach UE, częściej słychać o stabilnej gospodarce i rosnącej roli Polski w unijnych debatach. Polska dobrze wykorzystuje swój czas w Europie.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

j
jureq
Głębokość w UE to różnica 6-8 krotnego poziomu życia pomiędzy nami a nimi. i zamiast zasypywać tą nierównowagę, to będzie pilnował, by tego jeszcze za dużo nie pogłębić. A nasi są bojowi i poświęceni jeżeli chodzi o pyskowanie na krajowym podwórku, tam jakoś spodnie opadają, miliard w tą czy tamtą? parę cukierków mniej?
Dodaj ogłoszenie