Sapkowski: Zdolność fantazjowania wcale nie jest sprzeczna z racjonalizmem

Redakcja
Andrzej Sapkowski
Andrzej Sapkowski FOT. PAWEL NOWAK / POLSKAPRESSE
W swoim imponującym literackim portfolio Andrzej Sapkowski ma sagę o wiedźminie, trylogię husycką i powieść o wojnie afgańskiej. Annie J. Dudek opowiada zaś o trudnej roli tłumaczy, serialach fantasy i łowieniu ryb.

Prawda to, że wiedźmin Geralt wróci w nowej książce?
Prawda.

Koledzy dziennikarze, kiedy dowiedzieli się, że przygotowuję się do wywiadu z Panem, zmrużyli oczy i z przekąsem powiedzieli: "Powodzenia". Dziennikarzom chętnie wykazuje Pan braki w wiedzy, w jednym z wywiadów wprost powiedział Pan do dziennikarza po jednym z pytań, że powinien zakończyć wywiad, a żurnalistę pogonić. Natomiast do czytelników ma Pan zupełnie inne, ciepłe wręcz podejście. To kwestia zadawnionych ans wobec dziennikarzy czy poczucia wyższości, wszak mało kto może się poszczycić IQ 200, jak Pan?
Ja nie mam żadnych ans do dziennikarzy, przeciwnie, lubię ich bardzo. Nie lubię natomiast aroganckich durniów, którym ubzdurało się, że są czwartą władzą. Nie lubię ignorantów, mniemających, że posiedli i sprawują rząd dusz. Nie lubię bezczelnych amatorów, pozujących na nowe wcielenia Larry'ego Kinga czy Oriany Fallaci, podczas gdy są co najwyżej klonami Rity Skeeter. Wiem, wiem, nie wszyscy dziennikarze są tacy. Ale to tak jak w tym starym dowcipie o taksówkarzu, który usłyszał, że 99 procent społeczeństwa popiera ustrój. Dlaczego, cholera, spytał, to ten jeden procent zawsze wsiada do mojej taksówki? Koledzy straszyli panią niepotrzebnie i na wyrost. Nie jestem groźny. Lem głupich dziennikarzy zrzucał ze schodów, raz wywalił na zbity pysk całą ekipę telewizji austriackiej. Ja, choć nieraz świerzbiały ręce, do czegoś takiego nigdy się nie posunąłem.

Nie każdy czytelnik jest w stanie wychwycić w Pańskich książkach wszystkie odniesienia, literackie figle, zawoalowane żarty, Pan zresztą bardzo jasno uprzedza, że "nie będzie się poddawał autokastracji tylko dlatego, że czytelnik może czegoś nie załapać". Czy pisząc, zaciera Pan ręce z radości, podsuwając czytelnikom nie tylko przygody bohaterów, ale też wymyślne piętrowe zagadki?
Sam nie wiem, jak mam walczyć z tym wizerunkiem złośliwca, w który mnie stroją. Zjadliwego dziada, który zaciera ręce w jakiejś wręcz demonicznej Schadenfreude, kiedy uda mu się komuś dokuczyć. Piszę tak, by mnie się podobało. Bawię się w metaliterackość, bo mnie samego ona bawi. Wklejane do tekstu metaliterackie figle i rebusy mają tekst uatrakcyjnić, mają dostarczyć czytelnikowi przyjemności z czytania, są wobec czytelnika hołdem i ukłonem. Ergo: nie złośliwość, lecz służebność. A to, że nie zamierzam równać w dół, do czyjegoś poziomu, ha, to też prawda.

Kiedy (jeśli) czyta Pan przekłady swoich książek, jest Pan zadowolony, że tłumaczowi udało się uchwycić lingwistyczny urok tekstu, czy raczej ma wrażenie, że książka zawsze traci w przekładzie?
Rację mają Włosi, autorzy powiedzonka "traduttore - tradittore, tłumacz - zdrajca". Dobry przekład to błogosławieństwo, zły książkę po prostu niszczy. Ja sam miałem - generalnie rzecz biorąc - raczej dużo szczęścia do tłumaczy, co nie znaczy, że zawsze byłem z ich pracy zadowolony. A przekomiczne lapsusy i błędy zdarzały się i tym najlepszym.

Po obejrzeniu filmu Jamesa Camerona "Avatar" część widzów wpadła w depresję. Powód? Chcieli być jak Na'vi, a żal wywoływało w nich to, że są "tylko" ludźmi. Skąd w ludziach ta - nienowa przecież - tęsknota za innym, baśniowym światem, za fantazją?
To głęboko ludzka potrzeba i tylko ludziom właściwa. Dzieci się jej nie wstydzą. Na podwórkach wcielają się w Winnetou, Janków Kosów, Anie Shirley i Hermiony Granger. Podwórko robi za Nowy Meksyk, rynsztok za Rio Pecos, trzepak za czołg Rudy, a schody za Avonlea albo Hogwart. A dorośli nazywają to eskapizmem. Ich własna wyobraźnia ich przeraża, żenują - miast cieszyć - tęsknoty i marzenia. Tymczasem - przytaczam za Tolkienem - zdolność do fantazjowania w najmniejszym stopniu nie jest w sprzeczności z racjonalizmem, przeciwnie, im rozum bardziej przenikliwy i otwarty, tym bogatsze fantazje zdolny jest wytwarzać.

Czytaj także:
* Harlan Coben wydaje nową książkę. "Po pierwsze, nigdy nie czytam swoich kryminałów"
* Sapkowski: Nowy "Wiedźmin" będzie o parostatkach
* Stasiuk: Niemiec nie jest bratem Polaka. Niech on będzie przewidywalnym sąsiadem

Kiedy HBO zaczęło realizację serialu "Gra o tron" na podstawie sagi George'a R.R. Martina, okazało się, że wszyscy kochają fantasy. Nawet ci, którzy przedtem nie podejrzewaliby się o takie upodobania. Sądzi Pan, że to kwestia świetnego pióra i licentia poetica Martina czy też raczej sprawnego marketingu wokół serialu?
Martin dysponuje imponującym warsztatem pisarskim, świetnie się go czyta, czy to "Pieśń...", czy cykl o Havilandzie Tufie, czy opowiadania i nowele. Kiedy jednak usłyszałem o zamierzonym przerabianiu "Pieśni..." na serial, tom się za głowę schwycił. Po pierwsze, zaczynają filmować cykl, który się jeszcze nie skończył. Po drugie, epickość, wielowątkowość i objętość cyklu wyklucza, zdawałoby się, bezstratne sfilmowanie. No ale pierwszy sezon obawy rozwiał, drugi zapowiada się nie gorzej. Cóż, HBO umie robić seriale. Ma też na to pieniądze i nie żałuje ich. Pierwszy sezon miał budżet wyżej 40 milionów dolarów - a przecież nie było w nim wielkich batalii, te dopiero nas w serialu czekają, jak choćby szturmowanie King's Landing przez Stannisa Baratheona czy atak Mance'a Raydera na Mur - oba skromnie wyceniam na kilkadziesiąt milionów każdy. Może się zdawać, że za dużo mówię o pieniądzach, ale to w nich jest właśnie sęk. To tandeta i niskie budżety klasy B zepsuły wizerunek filmowej fantasy, trzeba było czekać aż na "Władcę pierścieni" Jacksona, by zobaczyć, czym filmowa fantasy może być.

Odkąd pojawiły się iPady, specjaliści rozmaitej maści wieszczą koniec ery książki. Furorę w internecie zrobił film, którego bohaterką jest dwuletnia dziewczynka, która, bawiąc się ilustrowanym magazynem, traktuje go jak iPada i usiłuje paluszkiem przesuwać ikony. Czy rzeczywiście "digital natives" zagrażają bytowi tradycyjnych, papierowych książek?
Pamiętam, jak w latach pięćdziesiątych pojawiła się w Polsce telewizja. Pamiętam, jak wieszczono, że to zagraża bytowi kina, że kino wnet zniknie. Wieszczba okazała się mocno przesadzona. Teraz też tak będzie. Nie da się zahamować postępu, który niesie z sobą wygodę użytkowania. Komputery osobiste w mig odesłały w niebyt maszyny do pisania z wałkiem, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie przedkładał takiej maszyny nad komputer z edytorem tekstu. Zawsze jednak będą ludzie, którzy wolą książki papierowe i dla nich będą one drukowane, zawsze, po wieki wieków.

Zdarza się Panu słuchać książek na audiobookach, czytać na cyfrowych nośnikach?
Audiobooki raczej nie, jestem wzrokowcem. E-booki natomiast tak, zdecydowanie tak. Ostatnio czytam chyba tyleż e-booków, co książek papierowych. I będę to kontynuował, zamierzam pójść mocno w kolekcjonowanie e-booków. E-booki - rzecz ważna - nie zajmują miejsca i nie trzeba ich odkurzać.

Co jest w czytaniu (albo słuchaniu) u króla polskiej fantasy?
Ostatnie tygodnie? "Empire V" Wiktora Pielewina, "Rivers of London" i "Moon Over Soho" Bena Aaronovitcha, "Neuropath" R. Scotta Bakkera, zaczynam "The Strain" Guillerma del Toro i Chucka Hogana, otwierający cykl o tej samej nazwie. Aha, jeśli jeszcze raz nazwie mnie pani "królem", to spotkają panią represje.

Parafrazując Jaskra: czas mija, miejsca na łamach gazety mniej, niż byśmy sobie życzyli, a "wódka się kończy", odsuńmy zatem na chwilę literaturę i porozmawiajmy o pozaksiążkowych radościach. Przygodowy spinning czy romantyczny spławik?
Ani to, ani to. "Tertium datur", i też z przymiotnikiem: elitarna sztuczna muszka.

Podobno doskonale Pan gotuje. Przyrządza Pan złowione przez siebie ryby czy chodzi raczej o pokonanie marlina?
Przyrządzić podejmuję się nawet małego słonia, antylopę gnu albo - a co mi tam - kałamarnicę z gatunku Architeuthis. Ryby w kuchni nie mają dla mnie tajemnic, nawet te trudne w obróbce, jesiotrowate. Ale kupione, bowiem od lat uprawiam tylko C&R, catch and release, złowionym rybom dzikim zawsze zwracam wolność.

Wideo

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

A
Antoni Jazgarz Butrykowski
Panie Andrzeju, świat pańskich książek otworzył mi syn, jeżdżący do dziś na wszelkie Konwenty. I pozostałem do dziś pod urokiem zarówno pańskich, jak i innych autorów książek z tego segmentu literatury. Chapeau bas, dziś sobie już życia bez książek Pana autorstwa (ale też Pilipiuka, Ziemkiewicza czy innych) nie wyobrażam. Więc tak jak Zgul , czekam na jeszcze, jeszcze i jeszcze! Pozdrawiam serdecznie zawołaniem Wodom Cześć, tak się składa że też łowię, choć innymi metodami.
A
Administrator
To jest wątek dotyczący artykułu Sapkowski: Zdolność fantazjowania wcale nie jest sprzeczna z racjonalizmem
G
Gość
"Zgul" już właściwie wszystko napisał... dołączam się. Rzadko kiedy przy książce spędziłem tak miło czas, jak czytając pańskie... i, przyznam - wracam do nich. A mam już parę lat za sobą i sporo już przeczytałem, przeżyłem...
Ktoś powie - rzecz gustu, ot, takie fantazjowanie, wymyślone światy itp - ale nie zwróci uwagi, JAK, JAKIM JĘZYKIEM, z jaka swadą i zmysłem spostrzegawczości pan pisze... niewielu jest w Polsce tak pięknie posługujących się językiem ojczystym...
podziękowania składam.
Z
Zgul
panie Andrzeju. I dziękuję za te chwile, w których mogłem zanurzyć się w zupełnie inne światy. I czekam na jeszcze...
Dodaj ogłoszenie