Samobójstwa i pojedynki: Między patosem a komizmem, między honorem a teatrem

Witold Głowacki
Generał Kazimierz Sosnkowski  próbował popełnić samobójstwo. Ale to nie przeszkodziło w jego karierze
Generał Kazimierz Sosnkowski próbował popełnić samobójstwo. Ale to nie przeszkodziło w jego karierze arhciwum
Już w latach 30. mało kto wierzył w tłumaczenie honorem podjęcia ostatecznej decyzji w nieostatecznych okolicznościach - pisze Witold Głowacki

Są takie środowiska, w których i dziś, w drugiej już dekadzie XXI wieku oficjalnie obowiązuje "Kodeks Honorowy" opublikowany w 1919 roku przez Władysława Boziewicza. Bynajmniej jednak nie należy do nich polska armia ani inne formacje mundurowe.

Pojedynki zdarzają się w nich tylko po alkoholu i niemal wyłącznie na pięści lub sztachety, choć warto wspomnieć, że 10 lat temu na jednej z misji zdarzyła się też ponoć między polskimi żołnierzami krwawa bójka z użyciem noża (broni nieuwzględnionej niestety przez Boziewicza jako honorowa). Na ogół jednak doniesienia o fizycznych konfrontacjach między mundurowymi ograniczają się do historii takich jak pobicie żołnierza przez wysoko postawionego policjanta w Nysie podczas zakrapianej imprezy towarzyskiej albo atak pijanego majora na grupę policjantów.

Czytaj też:Kiedy życie boli bardziej niż ogień

W Polsce lat 20. pojedynki na dobre zaczęły przypominać tani teatr. Nawet oficerowie jakoś rzadko trafiali w przeciwnika

Honorowe samobójstwo w obliczu infamii lub nierozwiązywalnego konfliktu między przysięgą a rozkazem w polskiej armii od lat zaś zastępuje z powodzeniem przejście na wcześniejszą emeryturę, względnie do dyspozycji kadrowej ministra obrony narodowej lub szefa Sztabu Generalnego. Jest to dość wyraźnie widoczne przy każdej krańcowej kompromitacji naszych wojskowych, od obiadu drawskiego i kolejnych buntów wysokich oficerów poczynając, na katastrofie smoleńskiej zaś kończąc.

Jedyną natomiast niszą - bo inaczej się tej sfery nazwać raczej nie da - życia społecznego, w której kodeks Boziewicza jest i dziś traktowany serio przynajmniej w sferze deklaracji, są korporacje studenckie. To specyficzne organizacje zrzeszające w Polsce najczęściej konserwatywnych adeptów historii, prawa i nauk politycznych, za którymi nie szaleją dziewczyny. I równie liczne jak grupy rekonstrukcyjne odtwarzające taktykę rzymskich legionistów. I tu jednak annały polskiej kryminalistyki nie odnotowały we współczesnych czasach przypadków pojedynków ani samobójstw honorowych.

Czytaj też:Honor z rapierem

Kodeks Boziewicza jest więc dziś dokumentem martwym. Nie sięgają po niego również środowiska przestępcze ani bojówki pseudokibiców, które do regulowania własnych porachunków ustaliły sobie własne dalece odmienne zbiory zasad. Nie zmienia to faktu, że spora część miłośników kawaleryjskiej fantazji, a zarazem sarmackiego etosu lubi od czasu do czasu uronić łzę nad upadkiem dawnych reguł. I westchnąć z żalem, że i dziś oficerowie na przykład 36. pułku lotniczego rozwiązanego z końcem roku mogliby zajrzeć do Boziewiczowego kodeksu niczym przedwojenni szwoleżerowie czy też ułani.

Tyle tylko, że i to odwołanie ma cokolwiek mityczny charakter. Wbrew wszelkim stereotypom, nawet praktykowane z lubością przez oficerów wczesnego międzywojnia, kojarzące się z ułańskim etosem kawalerzysty pojedynki zaczęły wychodzić wśród polskich wojskowych z mody już w latach 30. Świat zmieniał się zbyt szybko, a oficerowie potrafiący wówczas czytywać Gombrowicza czy Witkacego wcale nie chcieli stawać się postaciami rodem z groteski.

Czytaj też:Płk Przybył: Chciałem popełnić samobójstwo. Ktoś poruszył klamką...
"Moda, mania pojedynków minęła. Zdarzają się one dziś rzadko, tylko wyjątkowo; w większości tzw. zatargów honorowych sprawę likwidują bezkrwawo zastępcy, unikający roli sekundantów" pisał w 1937 roku "Kurier Polski". I nic chyba w tym dziwnego, że w czasach, gdy granat stał się znacznie praktyczniejszym uzbrojeniem niż szabla, w przededniu wojny totalnej, honorowy kodeks o średniowiecznym rodowodzie zaczynał tracić na znaczeniu.

Czytaj też:Kiedy życie boli bardziej niż ogień

Owszem, jeszcze 10 lat wcześniej zasady kodeksu Boziewicza praktykowane były w najlepsze. Pojedynkowali się oficerowie wszelkich rodzajów broni, politycy, prawnicy i dziennikarze. Ba - na szable stoczyli bój nawet ekscentryczny malarz, filozof i matematyk Leon Chwistek i jego kolega od pędzla Włodzimierz Borkowski. Chwistek niemal odciął wtedy Borkowskiemu ucho, na czym pojedynek się zakończył.

W samej armii dochodziło w latach 2o. do 500 pojedynków rocznie. Najczęstsze przyczyny stanowiły problemy miłosne, zniewagi oraz konflikty o charakterze zawodowym. Mogło to dotyczyć zarówno sporu oficerów o kompetencje, jak i odmowy zamieszczenia sprostowania przez dziennikarza. Na pistolety pojedynkował się o to na przykład publicysta i pisarz Adolf Nowaczyński z pułkownikiem Zbigniewem Dzwonkowskim (nazwanym przez Nowaczyńskiego w tekście Herr Hauptmannem w związku z jego służbą w niemieckiej armii w czasach zaborów). Ten pojedynek jest też doskonałym przykładem tego, jak krańcowo niebezpieczny w założeniu rytuał zamieniał się stopniowo w rodzaj bezbolesnego teatru. W tym wypadku obaj panowie zgodzili się na wybór zabytkowych pistoletów gładkich, pozbawionych przyrządów celowniczych. W efekcie obie kule poszybowały gdzieś w niebo.

Czytaj też:Honor z rapierem

Całkowicie bezkrwawo lub zupełnie symboliczną "pierwszą krwią" kończyła się zresztą większość honorowych starć, do których stawali przecież zawodowi wojskowi.
W dodatku w latach 20. za udział w pojedynku sprzeczny przecież z obowiązującym prawem i będący właściwie próbą zabójstwa, groziły zupełnie symboliczne kary. Oficerowi - najwyżej kilkunastodniowy areszt. W związku z tym szczegółowe opisy pojedynków z wymienianiem nazwisk uczestników zamieszczała wtedy często prasa. Kary za pojedynkowanie

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

b
bodzio
Gen. Kazimierz Sosnkowski w maju 1926 r. próbował popełnić samobójstwo strzelając sobie w serce, a nie w głowę. Poza tym nie jest prawdą, że odniósł "niezbyt grożne rany", bowiem walczył ze śmiercią długi czas, a do słuzby wrócił prawie po roku. Nie udało mu się zabić, choć kula przebiła osierdzie, ale o mimimetry minęla komorę serca.
Dodaj ogłoszenie