Rzeź wołyńska. Krzesimir Dębski: Wciąż mamy jakieś...

    Rzeź wołyńska. Krzesimir Dębski: Wciąż mamy jakieś złudzenia, jeśli chodzi o Ukraińców [WYWIAD]

    Anita Czupryn

    Polska

    Polska

    Krzesimir Dębski: Zgłaszają się  Rosjanie, bym powiedział coś przeciw Ukraińcom. Ja wtedy mówię, że całe nieszczęście zaczęło się od okupacji sowiec

    Krzesimir Dębski: Zgłaszają się Rosjanie, bym powiedział coś przeciw Ukraińcom. Ja wtedy mówię, że całe nieszczęście zaczęło się od okupacji sowieckiej ©Fot. Marek Szawdyn

    - Oszukujemy się, że jak spotykają się dwaj prezydenci, to jest to znaczące. Ale kiedy przyleciał na Ukrainę prezydent Komorowski, to witał go wicegubernator. Prezydent Ukrainy nie przyjechał - mówi Krzesimir Dębski.
    Krzesimir Dębski: Zgłaszają się  Rosjanie, bym powiedział coś przeciw Ukraińcom. Ja wtedy mówię, że całe nieszczęście zaczęło się od okupacji sowiec

    Krzesimir Dębski: Zgłaszają się Rosjanie, bym powiedział coś przeciw Ukraińcom. Ja wtedy mówię, że całe nieszczęście zaczęło się od okupacji sowieckiej ©Fot. Marek Szawdyn

    Po filmie „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego, głośno teraz o Pana książce: „Nic nie jest w porządku. Wołyń. Moja rodzinna historia”.
    Rosjanie już się do mnie zgłaszają.

    ZOBACZ TEŻ | NABICI NA PAL, SPALENI W KOŚCIELE, ZARĄBANI SIEKIERAMI... SIEDEM RELACJI Z WOŁYNIA


    Krzesimir Dębski: "Nic nie jest w porządku. Wołyń – moja rodzinna historia"

    Źródło: polskatimes.pl/x-news


    Żeby tworzyć wrogą propagandę?
    No tak, żebym powiedział coś przeciw Ukraińcom. O mordach ukraińskich, o nacjonalizmie. A Ukraińcy sami się podkładają rosyjskiej propagandzie szerząc kult UPA. Ja wtedy mówię, że całe nieszczęście zaczęło się od okupacji sowieckiej. Że to Rosjanie antagonizowali narody i wspierali nacjonalistów, i właściwie w każdym oddziale UPA był instruktor sowiecki. Bo tak często było. Byli dezerterzy z armii sowieckiej, własowcy którzy uciekali do banderowców i robili za instruktorów, bo często byli oficerami, podoficerami. Jak słyszą to rosyjscy dziennikarze, to się zapowietrzają i mówią, że to będą musieli wyciąć. Staram się tak mówić, aby się nie dać zmanipulować.

    Jakiego rodzaju to był przymus, że musiał Pan tę książkę napisać?
    Pierwsza i najważniejsza sprawa to ta, że umarł mój ojciec. Przez całe życie starał się temat rzezi wołyńskiej, temat ukraińskiego nacjonalizmu, UPA, wprowadzić do świadomości Polaków. To był temat odrzucany. Wiadomo, do 1989 roku nie wolno było o tym w zasadzie mówić, bo to było naruszenie tabu. Czyli tabu Związku Radzieckiego i jego roli totalitarnego burzyciela porządku światowego. Ojciec przed śmiercią napisał o Wołyniu i wydał kilka książek. Po jego śmierci ja też, własnym sumptem, wydałem jego książki. Ale nie dało się zauważyć zmiany stosunku w Polsce. Media, dziennikarze nie dotykali tego problemu. Co roku obserwowałem, jakie informacje pojawiały się w lipcu. Oto 9 lipca na paskach w telewizyjnych programach informacyjnych, w gazetach informowano: „Rocznica mordu w Srebrenicy, 7 tysięcy muzułmanów zamordowanych”. Potem 10 lipca - Jedwabne. „Zamordowano żydów, spalono ich w stodole”. Oczywiście, wspaniale, że interesujemy się tymi tematami.
    Na Wołyniu dzieci grają w klipę, tylko zamiast patyków używają kości zamordowanych Żydów. Widziałem to na własne oczy
    A potem przychodzi 11 lipca i co?
    I cisza. Rozmawiałem ze znajomymi dziennikarzami, wiele razy mówiłem im: „Słuchajcie, żadnych informacji na temat rzezi wołyńskiej?” Wystarczy popatrzeć na proporcje - 60 tysięcy zabitych na samym Wołyniu. Zajmujemy się innymi zdarzeniami, czcimy pamięć, świętujemy, powstają na ten temat filmy, a taka tragedia, jaka wydarzyła się na Wołyniu nie zasługuje na żadną informację? Naprawdę, bardzo mnie to denerwowało. Całe szczęście, że mój ojciec jeszcze przed śmiercią zdążył wyznaczyć datę 11 lipca, jako dzień do obchodów pamięci o rzezi wołyńskiej. Oświęcim ma swoją datę - wyzwolenia obozu, albo założenia, czy pierwszych transportów. Wtedy się o tym mówi, wtedy czci się pamięć, ta data jest symbolem dla wszystkich. Mój ojciec, badając amatorsko historię wydarzeń na Wołyniu, ruchów partyzantki UPA (choć dla mnie byli to bandyci, bo walczyli z kobietami, dziećmi i starcami), opierając się na relacjach świadków, zauważył, że w kilkudziesięciu miejscowościach jednocześnie zaatakowano kościoły właśnie 11 lipca, i to w czasie sumy, kiedy Polaków w kościołach było najwięcej.

    WYWIAD | KS. ISAKOWICZ-ZALESKI: SMARZOWSKI ZACHOWAŁ PROPORCJE W FILMIE "WOŁYŃ". MÓGŁ ZROBIĆ KRWAWY, ANTYUKRAIŃSKI HORROR


    Teraz mówi się, że tych miejscowości było ponad 90.
    Niektórzy naukowcy doliczyli się ich nawet 100. Ta data jest więc rzeczywiście symbolem tamtego apogeum. No i wreszcie dzień 11 lipca jako centrum krwawych wydarzeń się przyjął. Właściwie wszystko to stało się w sposób niejako przypadkowy. Mimo uporczywych wysiłków, to paradoksalnie najbardziej tej sprawie pomogła inscenizacja w Radymnie. W 2013 roku w Radymnie grupa działaczy patriotycznych postanowiła zorganizować rekonstrukcję rzezi wołyńskiej. Pamiętamy, jakie wtedy zapanowało straszliwe oburzenie. Ja zresztą też czułem się nieco dziwnie: jak zrobić taką rekonstrukcję? To chyba nie za dobry pomysł. A potem dowiedziałem się, że Ukraińcy robili rekonstrukcję akcji „Wisła”. Od lat. Za państwowe pieniądze zresztą. I nikt nie protestował. W przypadku rekonstrukcji w Radymnie ukraińscy działacze nie mówili już o rzezi, tylko o niestosowności tej rekonstrukcji. Jeśli mówili o niestosowności rekonstrukcji, to znaczy, że te wydarzenia miały miejsce. I wtedy dopiero temat stał się głośny, zaczęto o tym pisać w gazetach, i sprawa stała się powszechna, jak również ta data - 11 lipca 1943 roku.
    « 1 3 »

    Czytaj treści premium w Polsce Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    W związku z ciszą wyborczą komentarze zostały wyłączone, zapraszamy z powrotem w niedzielę wieczorem.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Nie przegap

    Wideo