Rzewna ballada o niespożytym Broniewskim

Mariusz Grabowski
Polsapresse/Archiwum
Jaki autor "Bagnetu na broń" właściwie był? Z tomu "Broniewski. Miłość, wódka, polityka" Mariusza Urbanka wynika, że był pełen sprzeczności: potomek powstańców, ale sympatyk bolszewizmu; redaktor czerwonego "Miesięcznika Literackiego", lecz chlubiący się Virtuti i czterema Krzyżami Walecznych zdobytymi pod Piłsudskim; rewolucyjny trybun, ale na bakier z partyjnymi talmudystami z KPP; żarliwy piewca Rosji sowieckiej, ale z zębami wybitymi na Zamarstynowie i na Łubiance, a potem żołnierz Andersa; po wojnie ikona poezji zaangażowanej, acz niechętny nowej władzy; wreszcie Sarmata, co to dumnie odmówił Bierutowi napisania nowego hymnu Polski, ale bez mrugnięcia okiem wysmarował haniebne "Słowo o Stalinie".

Poza polityką też podobnie: babiarz i dziwkarz, ale rozpaczający za kolejnymi żonami; życiowy szaławiła, choć nader czuły na punkcie honoru legionisty i polskiego oficera; obdarzony żelaznym zdrowiem tur, ale pijak, który wyżłopał w swoim życiu kilka cystern gorzały. Przy pijaństwie Broniewskiego warto się na chwilę zatrzymać: jeśli wierzyć świadkom, jeszcze pod koniec życia, gdy nie zasypiał już bez wypicia litra do poduszki, potrafił stanąć na rękach wyprostowany jak świeca. No i niech ktoś powie, że Broniewskiego nie nakręcały wewnętrzne sprzeczności?

Czytaj też:Jak pogodzić literaturę noir z socjalizmem?

Mają bowiem rację ci, dla których był przykładem bolszewickiego zaczadzenia, ale nie mylą się i dowodzący, że nie przekroczył granicy narodowego renegactwa, tak jak jego liczni ideowi kamraci spod znaku sierpa i młota. Taki na przykład Bruno Jasieński, choćby redaktorzy "Gazety Wyborczej" wylali jeszcze morze atramentu w jego obronie, zawsze będzie kanalią, która wyrzekła się ojczyzny w zamian za złudną wiarę w bolszewicką utopię. Broniewski nie posunął się tak daleko, choć grzechów mu nie brakowało: na przykład jego podpisu pod oświadczeniem popierającym przyłączenie Zachodniej Ukrainy do Ukrainy Radzieckiej w 1939 roku. Może był za głupi, za prostoduszny, może patriotyzm pojmował inaczej niż uczył Komintern, a może nieustannie pijany nie chciał rozstrzygać kwestii nie na swoją głowę. Skądinąd wyjątkowo mocną.

Czytaj też:Idę przez życie, sławiąc geniusz Houellebecqa

Pewnie tego całego jego komunizowania nie byłoby bez specyficznej atmosfery panującej w międzywojniu. Wtedy, podobnie zresztą jak dziś, inteligencja z lubością nurzała się w amoku lewicowości. Wyjątkowo zjednoczonym frontem, od poetów Skamandra począwszy, na komunistycznych kacykach uprawiających krecią robotę wśród ówczesnego proletariatu skończywszy. Nawet gen. Wieniawa-Długoszowski z sympatii przysyłał delikatesowe paczki uwięzionym komunistom. Ale co Broniewskiemu, było nie było kapitanowi Legionów, mogło imponować w znajomości z takim Standem czy Wandurskim - trudno dociec. Ten ostatni zresztą, nim wykończyli go towarzysze w Moskwie, zdążył jeszcze swojego byłego druha po rewolucyjnym piórze nieźle oszkalować i oskarżyć o ciągoty burżuazyjne. Co nie przeszkadzało potem Broniewskiemu wspominać go z nostalgią do końca życia. Naprawdę dziwny facet.

Mariusz Urbanek, "Broniewski. Miłość, wódka, polityka", wyd. Iskry. Warszawa 2011, cena 44 zł

Czytaj też:Pozostałe recenzje książkowe Mariusza Grabowskiego

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie