Rzeczywistość jest nudna, czyli skąd się wziął "Przepis na życie"

Redakcja
Agnieszka Pilaszewska - aktorka teatralna i telewizyjna. Znana m.in. z roli Jadzi w "Barwach szczęścia"
Agnieszka Pilaszewska - aktorka teatralna i telewizyjna. Znana m.in. z roli Jadzi w "Barwach szczęścia" Piotr Litwic/W-Impact/TVN
Moim celem było napisanie takiego serialu, który sama chętnie bym oglądała i w którym jako aktorka chętnie bym zagrała - w rozmowie z Katarzyną Żyszkiewicz opowiada Agnieszka Pilaszewska, twórczyni kasowego "Przepisu na życie"

Co jest dla Pani większym wyzwaniem jako artystki: pisanie scenariuszy czy gra aktorska?
Coraz bardziej uzmysławiam sobie, że aktorstwo jest co prawda uczestnictwem w wykreowanym świecie, ale wykreowanym przez autora dramatu scenicznego, później reżysera, a dopiero na końcu aktor znajduje w tym świat dla swojej postaci. I jest to niestety tylko jedna postać. Pisanie scenariuszy to kreowanie całego świata. Wypełnianie go bohaterami, stwarzanie dla nich rzeczywistości. I muszę przyznać, że staje się to dla mnie bardziej interesujące niż granie jednej postaci w jakimś przedstawieniu czy serialu.

Czytaj też:Najlepsze polskie seriale 2011 [ZDJĘCIA]

Aktorstwo Panią rozczarowało?
To jest raczej kwestia wieku i życiowego doświadczenia. Bardzo długo w swoim życiu zawodowym trzymałam się przekonania, że na rolę trzeba czekać w pokorze, że zadzwonią, jak będę potrzebna, to znajdą. Uważałam, że nie należy się narzucać, bo to nieeleganckie, a o aktorze mają świadczyć jego role! A nie na przykład kiecka od projektanta i buty za pięć tysięcy. W takim przeświadczeniu żyłam do chwili, kiedy zdałam sobie sprawę, że funkcjonuję w zupełnie spreparowanej rzeczywistości, że jest zupełnie odwrotnie. Właśnie ta kiecka i te buty za pięć tysięcy się liczą. Wtedy cię widać i tak naprawdę nie jest ważne, co grasz, a to, jak grasz, jest już zupełnie nieistotne. Ja się na to nie godzę. Zawód aktora jest zbyt zależny od innych, nie mogę kształtować swojej przyszłości tak, jak bym chciała i dlatego dobrze mi z pisaniem, niszy, w której mogę kontrolować to, co robię. Czuję powiew wolności.

Postanowiłam nie czekać, aż mój telefon zadzwoni z aktorskimi propozycjami, tylko wziąć życie za mordę. Teraz jestem szczęśliwa

Ale z gry w teatrze Pani nie zrezygnuje?
Na pewno nie. Ale może być tak, że to teatr porzuci mnie. Bo z aktorką w moim wieku jest trochę tak jak ze stewardesą w moim wieku. Wiesz, że istnieje, ale wolisz, żeby drinka podała ci ta młoda i uśmiechnięta od ucha do ucha. Prawda jest taka, że w teatrze na jedną rolę kobiecą przypada dziesięć męskich. Aktorek jest dużo, a mniej więcej w okolicach czterdziestki zaczyna się tak zwana smuga cienia. Na matki małych dzieci jestem za stara, na babki za młoda.

Czytaj też:Będzie kolejna seria "Przepisu na życie"

I dlatego zabrała się Pani za pisanie scenariuszy?
Jako aktorka zawsze byłam żywo zainteresowana graniem w projektach, które były dla mnie na tyle interesujące, satysfakcjonujące, by mogły mnie choć w pewnym stopniu uskrzydlić. Dlatego postanowiłam sprawdzić, czy potrafię stworzyć coś, co z kolei uskrzydliłoby moje koleżanki i kolegów aktorów.
Skąd pomysł "Przepisu na życie"?
Cóż, potrzeba jest matką wynalazku. Właśnie wtedy straciłam dwa projekty, na których bardzo mi zależało, które gwarantowały mi nie tylko życie na bezpiecznym poziomie, ale co najważniejsze, aktywność zawodową. Jestem pracoholiczką. Nienawidzę bezczynności i nie wyobrażałam sobie, że mogę siedzieć z założonymi rękoma w charakterze kolejnej bezrobotnej aktorki. Kilka takich momentów w życiu miałam, bo niestety tak właśnie wygląda życie aktora. Nie pracujemy, kiedy mamy na to ochotę, kiedy czujemy, że jesteśmy w stanie zdobywać szczyty, lecz gdy dostajemy propozycję. Jesteśmy podporządkowani innym. A ja czułam, że jestem, mówiąc peerelowskim językiem, w najbardziej produktywnym momencie swojego życia. Postanowiłam więc nie czekać, aż mój telefon zadzwoni z aktorskimi propozycjami, tylko wziąć życie za mordę, ot co! I jestem z tego powodu bardzo szczęśliwa.

Czytaj też:Najlepsze polskie seriale 2011 [ZDJĘCIA]

Akacja serialu osadzona została w świecie restauracji. Dlaczego zdecydowała się Pani stworzyć poniekąd kulinarny serial?
Dosyć długo się nad tym zastanawiałam. Miałam bohaterkę, jej charakter, sposób przeżywania osobistych perypetii, ale potrzebowałam do tego tła, świata, w którym byłaby zacumowana, a życie zawodowe byłoby równie interesujące co prywatne. Wystarczy wziąć do ręki pierwszy lepszy program telewizyjny i zobaczymy, że każda stacja ma przynajmniej jeden mocny program kulinarny. Sama z resztą miałam taki projekt w planach. Niestety straciłam go i zostałam z tym kulinarnym tematem zawieszona w próżni. Ostatecznie postanowiłam to upakować w serial i wyposażyć w to moją bohaterkę. Tym bardziej że w kuchni mogą się wydarzyć zarówno rzeczy cudowne, jak i zupełne katastrofy. Jak w życiu.

Zaskakująca jest postać głównej bohaterki Anki. Rozwódka z nastoletnią córką, a na dodatek w ciąży. Dotychczasowe produkcje telewizyjne przyzwyczaiły nas do czegoś zupełnie innego.
Właśnie taka kobieta jak Anka mnie interesuje. Wiem, że mogę o tej Ance pisać. O kobiecie, dla której więcej rzeczy jest w życiu prawdopodobnych, która ma większy bagaż doświadczeń. Jest to inny rodzaj odbioru rzeczywistości i daje mi inne możliwości jako osobie piszącej.

Czytaj też:Będzie kolejna seria "Przepisu na życie"

Niewątpliwie udało się Pani trafić w niszę na naszym serialowym rynku.
Moim celem było napisanie takiego serialu, który sama chętnie bym oglądała i w którym jako aktorka chętnie bym zagrała. Pełnym kolorowych postaci, z poczuciem humoru, żywym tempem… Odbiorcami tego typu produkcji są głównie kobiety. Sama lubię zanurkować na kanapie i najzwyczajniej zagapić się w ekran. Z lubością oglądam seriale. Śledzę, jak robi się je w Europie i na świecie, co pojawia się u nas. Ciągle jesteśmy w tyle, brakuje nam odwagi w opowiadaniu, wielowymiarowości, przekraczania granic i jazdy po bandzie. Muszę się jeszcze wiele uczyć!
Pisarze często mówią, że ich bohaterowie wzorowani są na autentycznych postaciach. U Pani również?
Moje postaci nie mają pierwowzorów w realu. Uważam, że nie ma nic bardziej nudnego niż kalkowanie rzeczywistości jeden do jednego, bo rzeczywistość jest nudna. Nie dzieje się w takim tempie, nie przynosi takiego nawarstwienia nowych zdarzeń. To jest po prostu niemożliwe. Nawet tak skonstruowana telenowela jest nudna jak flaki z olejem.

Czytaj też:Najlepsze polskie seriale 2011 [ZDJĘCIA]

Skąd więc czerpała Pani inspirację do stworzenia tak wielu barwnych postaci, szczególnie tych kobiecych, Pola, Irena, Mania?
Pisząc pierwszy odcinek, w ogóle nie myślałam o tym, że jakakolwiek stacja byłaby zainteresowana jego realizacją. Nie kierowałam się także chęcią sprawdzenia swoich możliwości w pisaniu, lecz jako aktorka tym, że ktoś kiedyś może to zagra. Role, w których sama byłam obsadzana, zawsze budziły we mnie pewien niedosyt. Czułam, że stać mnie, że mam energię na wiele, wiele więcej. Zależało mi więc, by stworzyć takie postaci, które byłyby interesujące dla moich koleżanek po fachu. By przyjmowały role nie dlatego, że muszą mieć jakieś stałe zatrudnienie, ale że jest fajna baba do zagrania. Można się popisać, pokazać swój warsztat, zaprezentować się widzowi z innej strony.

Miała Pani wpływ na dobór obsady?
Absolutnie nie. Tym zajmują się, ci którzy wykładają kasę.

Ale nie jest Pani rozczarowana?
Jestem zaszczycona, że zgodzili się zagrać w moim serialu. Gdy widzę tych wszystkich wspaniałych aktorów od Magdy Kumorek, Mai Ostaszewskiej, Iwony Bielskiej, Doroty Kolak, Edyty Olszówki począwszy, po Olę Radwańską i Dominikę Gwit czuję się przeszczęśliwa.

Czytaj też:Będzie kolejna seria "Przepisu na życie"

Wiele osób zaskoczyła humorystyczna rola Mai Ostaszewskiej.
Śmieszna jest ta łatwość do szufladkowania. Zobaczymy Piotrka Adamczyka w roli papieża i uważamy, że może grać już tylko świętych. Po znakomitych rolach dramatycznych Mai Ostaszewskiej sądzimy, że nadaje się jedynie do kreowania udręczonych, pokrzywdzonych, tragicznych postaci. Zapominamy, kim jest aktor, a jest, musi być, wszechstronny. Mogę panią zaskoczyć, ale i ja, i Edyta Olszówka i Maja Ostaszewska na bardzo dobrym poziomie potrafimy się fechtować. Oczywiście dziś w Polsce nikt nie da pieniędzy na film kostiumowy, co nie zmienia faktu, że każdy aktor to potrafi. Tak samo jak potrafi zatańczyć i bardzo przyzwoicie zaśpiewać. Tego uczymy się w szkole teatralnej. I komedii, i tragedii, groteski i farsy. To wszystko jest częścią naszego wyposażenia zawodowego. Jesteśmy zawodowcami. A media niestety strasznie to spłaszczają.
Pani serial okazał się niebywałym sukcesem. Od razu podniosły się głosy, że zostanie Pani kolejną królową polskich seriali. Co Pani na to?
Nie odbieram tego w kategorii niebywałego sukcesu, a w kategorii lekcji. Widzę swoje braki, wiem, co muszę poprawić, nad czym intensywnie pracować. Chcę pisać najlepiej, jak się da! Mam natomiast nadzieję, że w polskiej telewizji w ogóle nastąpi jakieś nowe otwarcie. Nie mówię, że dzięki mnie, ale może mój sukces ośmieli inne osoby, by wyjęły swoje prace z szuflad. Może trafią one do ludzi, którzy będą tak otwarci jak mój producent. Myślę, że w naszym kraju jest masa znakomitych scenarzystów, prawdopodobnie piszących o niebo lepiej niż ja i reszta tych działających na rynku. Kwestia tego, żeby mieli szansę wypłynąć ze swoimi pomysłami.

Czytaj też:Najlepsze polskie seriale 2011 [ZDJĘCIA]

Gdyby stacja była zainteresowana, jak długo zgodziłaby się Pani tworzyć "Przepis..."?
Z serialami jest tak, że ten drugi sezon zawsze podoba się mniej niż pierwszy. Nie ma już tego zaskoczenia, tej świeżości. Wydaje się, że znamy postaci, przewidujemy ich reakcje… Bo tak długo, jak poznajemy Jerzego Knappe, jest ciekawie, ale potem on traci swoją tajemnicę. Znamy już dobrze tę parę kochanków, więc wydaje się, że nic nas nie zaskoczy, a chcemy ciągle być zaskakiwani. Gdy odpada element zaskoczenia, wszystko szybciej się nuży. Pamiętam, jak razem z mężem namiętnie oglądaliśmy "Lostów". Ta gmatwanina w każdym kolejnym odcinku bardzo mnie wciągnęła, byłam zła, gdy musiałam iść do teatru na spektakl, gdy leciał ten serial. Ale już przy trzecim sezonie mogłam go oglądać z zamkniętymi oczami, powoli zaczynał mnie nużyć. Moim zdaniem percepcja widza kończy się właśnie przy trzeciej transzy, czwarta to już zupełne maksimum. Inaczej wygląda to w przypadku seriali takich jak "Doktor House" czy "Hotel 52". W "Housie" mamy stałą grupę bohaterów, śledzimy ich prywatne losy, ale w każdym odcinku dochodzą nowe przypadki medyczne. W "Hotelu 52" mamy z kolei wątki gości hotelowych. Zatem stale mamy pewien element zaskoczenia, tajemnicy i nowości. Gdybym więc chciała na siłę ciągnąć "Przepis...", czuła bym pewne oszustwo. Muszę mieć pewność, że kolejne pomysły dla moich bohaterów będą zaskakujące, uwodzące. Liczę, że tak właśnie będzie.

Czytaj też:Będzie kolejna seria "Przepisu na życie"

Ale na kolejne seriale spod Pani pióra możemy liczyć?
Ależ oczywiście. Cały czas mnie gonią pomysły, do dwóch seriali muszę nieustannie robić notatki, lubię je, kocham te postaci, z przyjemnością siądę do pisania. To wygląda na bezczelność z mojej strony, ale wierzę w nie! I na pewno napiszę. Mam nadzieję, że nie będą długo leżały w szufladzie, że mój producent znowu da im szansę. Ktoś powie, że wierzę w cuda, ale trzeba w nie wierzyć. Cuda się zdarzają!

Rozmawiała Katarzyna Żyszkiewicz

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie