Rząd ma już pomysł na spadek bezrobocia

Joanna Ćwiek, Tomasz Ł.Rożek
Minister pracy Jolanta Fedak wie, jak zapobiec bezrobociu
Minister pracy Jolanta Fedak wie, jak zapobiec bezrobociu Wojciech Barczyński/POLSKA
Udostępnij:
Wszystkie propozycje rządu, które mają zahamować wzrost bezrobocia, zostały zaakceptowane przez organizacje pracodawców.

Omawiano je podczas wczorajszego posiedzenia komisji trójstronnej. Natomiast związki zawodowe byłyby w stanie je zaakceptować, gdyby w przygotowanym pakiecie znalazły się także ich żądania.

Rząd proponuje dwie zmiany w kodeksie pracy. Po pierwsze szefowie firm mieliby swobodę w układaniu grafiku pracy w zależności od bieżących potrzeb. Czyli jednego dnia pracownik mógłby pracować np. 6 godzin, a drugiego - 10. Ważne, żeby w ostatecznym rozrachunku wychodziło nie więcej niż 40 godzin tygodniowo.

Druga, ważniejsza propozycja, to możliwość obniżania wynagrodzenia, jeśli firma ma przestoje. W ten sposób pracodawca nie musiałby zwalniać ludzi, jeśli ma przejściowe kłopoty. - To doskonałe rozwiązania - chwali rządowe propozycje dr Andrzej Rzońca z Forum Obywatelskiego Rozwoju. - Pracodawcy najłatwiej oszczędzić na zatrudnieniu, bo przecież nie jest w stanie obniżyć np. ceny energii.

Związkowcy chcą jednak, aby równocześnie ze zmniejszeniem pensji pracownik dostawał wyrównanie np. z funduszu pracy. - I jest to szkodliwy, nieżyciowy i utopijny pomysł. Jestem pewien, że natychmiast znalazłoby się wiele firm, które zaczęłyby wyłudzać pieniądze - mówi Rzońca.

Protest związkowców nie oznacza jednak, że plan resortu pracy zostanie odrzucony. Jeśli przyjmie go rząd, projekt trafi pod obrady Sejmu.
Plan ratowania rynku pracy to niejedyne działanie antykryzysowe podjęte przez gabinet Donalda Tuska. Swój plan ratowania gospodarki ogłosił w ubiegłym tygodniu minister gospodarki Waldemar Pawlak.

Ma on pomóc polskim firmom, które mają dziś kłopot z pozyskaniem nowych kredytów, a dodatkowo są skrępowane nieżyciowymi przepisami. Plan Pawlaka zakłada wprowadzenie podatkowych ulg inwestycyjnych do 100 tys. euro. Dziś pułap ten wynosi 50 tys. euro.

Całkowicie zwolnione z podatku dochodowego byłyby natomiast inwestycje w czternastu specjalnych strefach ekonomicznych. W ten sposób resort gospodarki chce zachęcić zagraniczne firmy. Planuje się też skrócenie procedur związanych z importem i eksportem do 10 dni i zmniejszenie ich kosztów o połowę.

To są jednak na razie luźne pomysły i nie wiadomo, kiedy przerodzą się w akty prawne. - Odciążenie przedsiębiorstw od płacenia dużych podatków jest dobrym rozwiązaniem - komentuje Janusz Steinhoff, były minister gospodarki.

Bardziej chwalone są przez ekspertów pomysły ministra finansów Jacka Rostowskiego. Weszła już w życie ustawa podwyższająca gwarancje dla depozytów w bankach do 200 tys. zł, a najpóźniej od kwietnia wejdą w życie trzy ustawy usprawniające udzielanie kredytów bankowych dla firm i wprowadzające państwowe poręczenia i gwarancje dla kredytów bankowych.

Ale zdaniem prof. Stanisława Gomułki, głównego ekonomisty BCC, przedsiębiorcy powinni wiedzieć, w jaki sposób mogą skorzystać z gwarancji państwa, bo na razie na ten temat niewiele wiadomo.

Ekonomiści podkreślają, że nawet najlepsze programy nie przyniosą oczekiwanych skutków, jeśli rząd będzie ich zwlekał ich wprowadzeniem. - W obecnej sytuacji nawet niedopracowane ustawy są lepsze niż żadne - twierdzi Rzońca. - Rząd musi skończyć gadać o nowych programach, bo kiedy je wreszcie wprowadzi, to może być za późno.

Wideo

Komentarze 9

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

A
ABW
Nie wiem czy wszyscy pamiętają, że jednym z haseł wyborczych PO było przyjazne państwo.
Urzędnik polski to jeden z niewielu zawodów, gdzie nie ponosi się odpowiedzialności za swoje błędy; ani finansowej, ani moralnej. Tu radosna twórczość, dowolna interpretacja przepisów i pomiatanie petentem jest codziennością. Przykłady? Proszę bardzo!
Urząd źle informował
Oto nasz państwowy gigant ubezpieczeniowy ZUS żąda zwrotu rzekomo niezapłaconych składek, od matek prowadzących działalność gospodarczą. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że parę lat wcześniej urzędnik tegoż ZUS-u poinformował zgłaszające działalność kobiety (tylko nauczycielki mogą być tak naiwne), które chciały zrobić kokosy na korepetycjach, że tego rodzaju składki płacić nie muszą. W międzyczasie wiele z nich otrzymało od ZUS-u zaświadczenia o nie zaleganiu w płatnościach. Teraz jednak urzędnicy doszli do wniosku, że zrobili błąd i zażądali pieniędzy od bogu ducha winnych klientek, łaskawie rezygnując z odsetek za zwłokę. Troska o klienta czy zwykła bezczelność?
Państwo - dobry wujek cudzym kosztem
Następny przykład - w 2005 roku wprowadzono możliwość wykupu mieszkań spółdzielczych na preferencyjnych warunkach dla tych, którzy z tym wykupem się nie śpieszyli, bo i po co, przecież na bruk ich nikt w Polsce nie wyeksmituje (wystarczy wezwać telewizję i głośno krzyczeć). Ci, co wykupili wcześniej, zostali wystrychnięci na dudka, bo wierząc w autorytet prawa polskiego, stawali na głowie, żeby swoje mieszkania spłacić, oszczędzając i biorąc kredyty, a okazało się, że gdyby trochę poczekali, dostaliby je za jedna czwartą wartości. Obecnie Trybunał Konstytucyjny uznał wspomniany przepis z 2005 roku za niedopuszczalną ingerencję państwa w prawo spółdzielcze, ponieważ daje przywileje małej grupie spółdzielców kosztem pozostałych.
No i słusznie! - ktoś powie. Pewnie! Tylko, że z tego wyroku nic nie wynika, bo nasz premier stwierdził, że jeśli ktoś już nabył to mieszkanie za pół darmo, to niech je zatrzyma, a orzeczenie trybunału będzie respektowane w bliżej nieokreślonej przyszłości. To tak, jakby zmuszono mnie do sprzedaży sąsiadowi auta za 50 zł, a sąd, do którego złożyłam skargę stwierdził, że nie była to może uczciwa transakcja, ale jak mu je sprzedałam, to niech sąsiad sobie nim jeździ dalej albo je sprzeda - ale teraz już po cenie rynkowej oczywiście, tak jak ma zamiar zrobić wielu uprzywilejowanych ceną spółdzielców.
Niech płaci ten, co ma
Idźmy dalej. NFZ pobiera podwójną składkę od ludzi zatrudnionych na dwóch etatach, nie gwarantując im podwójnych świadczeń zdrowotnych. Jeśli ktoś mówi, że ci, co więcej zarabiają, muszą więcej płacić składek i podatków, to nie rozumie, że procentowe naliczanie tych płatności od zarobków właśnie temu służy. Ale populizm u nas ciągle modny, więc i takie hasła są chwytliwe. A co w takim razie ze świadczeniami zdrowotnymi dla rolników, którzy płacą 0% składki zdrowotnej? Czy zauważyliście, że temat KRUS-u jest poruszany w mediach tylko po to, żeby upuścić trochę pary w gwizdek? Niech sobie ZUS-owcy ulżą i podyskutują, to będą potem spokojniejsi.
A co z podwójnym opodatkowaniem Polaków pracujących legalnie za granicą, które było dla naszego kandydata na premiera bardzo ważnym problemem, dopóki nie został premierem? Gdzie te tłumy wracających młodych ludzi witanych przez stęsknionych polskich urzędników, którzy uprościli dla nich procedury zakładania firmy, płacenia podatków i budowy domu?
Wolny wybór dostawcy w warunkach monopolu
Kolejnym żartem naszego państwa z obywateli jest zapowiadane uwolnienie cen prądu, tak jakbyśmy mieli jakiś wybór. Nawet ci, którzy chcą i mają warunki, żeby sami produkować energię, są ubezwłasnowolnieni. Postawienie własnej elektrowni wiatrowej jest nie tyle kosztowne, co bardzo skomplikowane proceduralnie. Najpierw trzeba zebrać wszystkie pozwolenia, min. (o ironio!) - od zakładu energetycznego, potem postawić wiatrak, wyprodukować prąd, sprzedać go energetyce po to, żeby od niej potem go odkupić. Przyłączając prąd do nowego domu trzeba to zrobić na własny koszt, a potem poprosić zakład energetyczny, żeby przejął na własność zbudowaną przez nas linię. Gdzie jest w tym wszystkim miejsce na ekologię, której pełne usta mają nasi decydenci? Gdzie prawdziwe ułatwienia dla powstawania alternatywnych źródeł energii?
Pismo, jakie w ostatnim czasie otrzymałam (jak większość Polaków) od Zakładu Energetycznego z informacją o kolejnej podwyżce i jednocześnie możliwości wypowiedzenia umowy w ciągu 7 dni, odebrałam jako drwinę monopolisty z szarego odbiorcy.
Dobijanie oświaty
Obecna minister edukacji przechodzi w reformowaniu oświaty samą siebie i ludzkie pojęcie jednocześnie. Od blisko 2 lat słyszymy, że 6latki mają pójść do szkoły, ale niekoniecznie i tak w ogóle to mają prawo, ale nie muszą. Od tych sprzecznych informacji nauczyciele z 30-letnim stażem pracy dostają schizofrenii, bo zerówki dla 6-latków funkcjonują już w Polsce od 20 lat z dobrym skutkiem i nie bardzo wiadomo, jakich dzieci dotyczą radykalnie odważne zmiany pani minister Hall. Do jej sukcesów można również zaliczyć niesamowicie odważną decyzję o zniesieniu mundurków, choć w zasadzie to nie jest ona „przeciw" i nawet „za" strojami szkolnymi. Od znajomych nauczycieli słyszałam, że najlepiej byłoby wysłać obecne MEN na długie wakacje na Islandię, bo pożytek z niego żaden, a przynajmniej tam nikogo by nie denerwowali. Mimo swej indolencji i braku konkretnych działań, obecna pani minister cieszy się niewspółmierną sympatią mediów, w przeciwieństwie do ministra Giertycha, który zanim jeszcze zdążył powiedzieć zdanie, był zakrzyczany przez protestujących studentów, których ministrem nie był.
Nieodwzajemniona miłość obywatela
Nasi urzędnicy będący przedstawicielami państwa drwią sobie z obywateli na każdym kroku. Wydają masę bzdurnych zarządzeń, w których sami się gubią, wyznaczają terminy, których sami nie dotrzymują. Żyjąc już trochę lat i będąc człowiekiem szanującym władzę dochodzę do wniosku, że głupi jest ten, który stara się spełnić wszystkie nierealne urzędnicze wymysły. Wyznaczony ostateczny termin zostaje wydłużany kilkakrotnie, niegospodarne szpitale są oddłużane po raz któryś z kolei, zapłacone podatki są oddawane, a niesłusznie naliczane kary są egzekwowane. Wydane przez RP bezterminowo dokumenty, np.dowody osobiste, prawa jazdy są unieważniane jednym beztroskim zarządzeniem. Żyjemy w państwie paranoi urzędniczej. Jedynym osiągnięciem komisji Palikota jest świętowanie 100 dni jej działania i pajacowata sława jej szefa, bo żaden przepis jak do tej pory nie został uproszczony.
Obecna propaganda sukcesu wmawia nam poprzez media, że rząd stara się coś zmienić, ale, że... tylko poprzestaje na staraniu - tego już nikt nie dodaje. Rzucono hasło o likwidacji naboru nowych roczników do wojska, nie robiąc nic w kierunku tworzenia armii zawodowej. Zostajemy więc bez żołnierzy poborowych, z pustymi koszarami, pilnowanymi przez dobrze opłacane z budżetu MON agencje ochroniarskie, tworzone przez emerytowanych - po 15 latach pracy - wojskowych.
NFZ nie podpisał większości umów na 2009 z ZOZ-ami, bo nie jest w stanie przerobić ton dokumentów, które kazał sobie dostarczyć, a w telewizji jego przedstawiciele zapewniają, że nikt nie powinien zostać bez opieki lekarskiej.
Kryzys światowy oczywiście nam nie grozi, bo mamy doskonałą gospodarkę i nie pozwolimy na wyprowadzanie kapitału z polskich filii bankowych do jednostek macierzystych.
Stocznię Gdańsk i hutę Częstochowa sprzedano po cichu Donbasowi, złoża gazu w Wielkopolsce są własnością Anglików, stocznia szczecińska jest dofinansowywana z budżetu tuż przed prywatyzacją, polskie banki można policzyć na palcach jednej ręki, a media zajmują się tematem in vitro dotyczącym garstki dobrze sytuowanych Polaków, bo ci biedni z rodzeniem dzieci problemu nie mają.
Mają rację ci, co mówią: kto ma media, ten ma władzę.
Żyjmy sobie więc spokojnie i nie martwmy się o przyszłość. „..Niech na całych świecie wojna, byle polska wieś spokojna".
Jest super, a będzie jeszcze lepiej, jeśli tylko rządowi uda się przejąć programy Polskiego Radia i telewizję publiczną w całości.
P
PRACOWNIK
NIE ZAPOMINAJCIE ,ŻE W POLSCY SĄ LUDZIE BIEDNI JUŻ TERAZ , A ZMIANA TAKIEGO PRAWA JESZCZE POGORSZY TĄ SYTUACJĘ I TYLKO STRZELIĆ SOBIE W ŁEB POZOSTANIE . NO BO Z CZEGO ŻYĆ -PYTAM NASZ RZĄD ,ALE ONI ROBIĄ SOBIE PODWYŻKI O 400 ZŁ .BO IM BRAKUJE.
z
zibi
TO TAKI LUKSUS NAM OBIECYWAŁ TUSK ,ŻE TERAZ CHCE PRACOWNIKOM PENSJE OBNIŻAĆ . TO MY JUŻ TYLKO SUCHY CHLEB BĘDZIEMY JEŚĆ, BO TERAZ JESZCZE TYLKO MA MASŁO STARCZA . LUDZIE COŚ MUSIMY Z TYM ZROBIĆ ,BO TO NIC INNEGO JAK TYLKO TYRANIZM NAM MASZ '''' KOCHANY '''' PREMIER SZYKUJE I OŚWIĘCIM BO PRACODAWCY TYLKO MA TO CZEKAJĄ ,ABY MOGLI ROBIĆ CO ŻYWCEM CHCĄ Z PRACOWNIKAMI I TO ZA POMOCĄ PRAWA DEMOKRACJI . MOŻE WYJDZIEMY NA ULICE W WARSZAWIE I BĘDZIEMY PROTESTOWAĆ .
f
fulwia
Pomysł ministra finansów J. Rostowskiego jest w interesie lobby bankowego, to jego pomysł, bo umacnia banki i to banki prywatne, które dorywają się do naszej kasy. Poręczenia i gwarancje kredytów bankowych uwalniaja banki od ryzyka kredytowego i przenoszą go na rząd, który NIE JEST właścicielem tych banków. Jaki jest cel rzadu by się tak podkładać? Pompowanie forsy do prywatnej sfery. Rząd nie ma żadnych gwarancji, że bank uczciwie udzieli kredytów, bo w jego interesie to nie będzie. W jego interesie bedzie doprowadzić klienta do plajty by przejąć majątek za bezcen i to z gwarancją rządu, czyli w majestacie prawa. Lepiej dać gwarancje i poręczenia WYŁĄCZNIE bankom PAŃSTWOWYM. Forsa nie wycieknie do prywatnej sfery, bo cyniczna chciwość jest obecnie jej zasadą działania.
T
TREW
Post usunięty ze względu na złamanie regulaminu forum.
T
TREW
Post usunięty ze względu na złamanie regulaminu forum.
K
KL.ROB.
Łamanie praw pracowniczych jest zjawiskiem tak powszechnym, że ludzie, którzy trafili do firm wypłacających w miarę terminowo pensje, uważają się za szczęśliwców. Nienormowany czas pracy na stanowiskach średniego i wyższego szczebla jest normą, podobnie jak fałszowanie zapisów o nadgodzinach w przypadku pracowników niższego szczebla. Tymczasem przedsiębiorcy nie zasypiają gruszek w popiele i próbują obrabować pracowników z ich czasu oraz praw również tak, żeby nikt się nie zorientował.
Pół etatu
Jak wszystkim wiadomo, na wolnym rynku zamówienia raz są, raz ich nie ma. Pracodawca najchętniej zrzuciłby całe związane z rynkiem ryzyko na pracowników i płacił im tylko wtedy, kiedy jest coś do zrobienia. Umowy o pracę to dla pracodawcy istny krzyż pański. Czy jest robota, czy nie – trzeba płacić. Na szczęście kodeks pracy przewiduje coś takiego jak pół lub trzy czwarte etatu z możliwością przepracowania dodatkowych godzin. Witz polega na tym, że godziny przepracowane ponad wymienione w umowie pół etatu, a nie przekraczające całego etatu, nie liczą się jako nadgodziny i są opłacane według zwykłej stawki. Podobnie z umową na trzy czwarte.
Dzięki temu zabiegowi dyspozycyjność pracownika rośnie, a koszty pracy nieznacznie maleją. Zacznijmy od kosztów pracy. Składki ZUS i ubezpieczenia zdrowotnego liczą się od wysokości dochodu, a więc tu pracownik nie traci. Inaczej wygląda już jednak sprawa urlopu. Urlop należy się tylko za pół etatu, choć w rzeczywistości przepracowano cały etat.
Gwarantowany dochód pracownika jest niski, rzeczywisty zaś – niestabilny. Pracownik nigdy nie wie, ile w danym miesiącu zarobi, ani jak długo będzie pracował. Jeżeli pensja na pełnym etacie wynosi 1.100 złotych, może być pewien tylko 550. W ten sposób nigdy nie wie, czy w przyszłym miesiącu zapłaci czynsz czy tylko elektryczność, czy będzie jadł tylko zwyczajną, czy może w niedzielę będzie podwawelska. Nawet jeżeli akurat jest zajęcie, pracuje dużo i lepiej zarabia, bank, do którego zwróci się o kredyt weźmie pod uwagę tylko jego pensję etatową, a tym samym kredyt będzie dla niego właściwie nieosiągalny. Co ważniejsze, praca ponad przewidziane pół etatu staje się przywilejem. Kierownik może nagradzać pracowników dodatkową pracą, za którą nie musi płacić wyższej stawki, albo karać, ograniczając ich miesięczny dochód.
Przy takiej organizacji zatrudnienia korzyści pracodawcy są tym większe, im dłuższy jest okres rozliczeniowy. Jeśli przepracowane ponad pół etatu godziny rozlicza się raz na trzy miesiące, menedżer może niemal dowolnie zarządzać czasem pracowników. Gdy w ciągu okresu rozliczeniowego trafi się na przykład dwutygodniowy przestój, zaoszczędzone godziny można wykorzystać później, a pracownicy będą wtedy pracować więcej niż osiem godzin dziennie bez konieczności płacenia wyższej stawki za nadgodziny.
Żadnych zbędnych ruchów
Kiedy menedżerowie mówią o zwiększeniu efektywności pracy, pracownicy powinni mieć się na baczności. Wiele metod pomiaru efektywności jest tak pomyślana, żeby zrzucić na pracownika odpowiedzialność za wszelkie zakłócenia procedur wykonywanych na stanowisku pracy.
Lean management to sposób na odchudzenie etatów (lean to po angielsku „szczupły”, „chudy”). Spece od zarządzania doszli do wniosku, że praca składa się z powtarzalnych czynności, z których każda zajmuje określony czas. Policzono czynności i zmierzono, ile czasu potrzeba na każdą z nich. Policzono też, ile razy trzeba wykonać każdą czynność. Przemyślni menedżerowie obejrzeli miejsce pracy zastanawiając się, jak je zaplanować, żeby ograniczyć niepotrzebne gesty i czynności. Poprzestawiano półki z przyborami potrzebnymi do pracy, żeby po nie niepotrzebnie nie chodzić i żeby wszystko było pod ręką. Czasy potrzebne na konieczne czynności pododawano do siebie i okazało się, że zatrudnia się niepotrzebnie zbyt wielu ludzi. Konsekwencja jest jasna: trzeba obciąć etaty.
Ci, którzy zostali, nie mogli oczywiście z niczym nadążyć. Byli przeciążeni pracą. Faktyczna korzyść z wprowadzenia lean management nie polega bowiem na tym, że pracownik wykonuje czynność szybciej, ale na tym, że pracodawca z zestandaryzowanym opisem pracy w ręku, może teraz ignorować czynności nieprzewidziane albo rzadkie. A skoro ich nie zauważa, to i nie płaci. W modelu lean płaci się bowiem tylko za czas potrzebny na wykonanie konkretnych, ściśle obliczonych procedur. Czy wśród procedur znalazło się szkolenie nowych pracowników, czy zarezerwowano na nie czas? Raczej nie. Czy uwzględniono awarie sprzętu? Zapewne nie. A inne nieprzewidziane okoliczności, jak choćby choroba kogoś z zespołu, niezadowolony klient, szef, który potrzebuje akurat kilka osób do pilnej roboty gdzie indziej? Odpowiedzialność za wszelkie tego rodzaju zdarzenia, nawet te spowodowane przez samego pracodawcę, ponosi teraz pracownik. To on musi zwijać się jak w ukropie i być w kilku miejscach na raz.
Sam zarządzasz swoim czasem
Pracownik zatrudniony na etat ma z reguły wykonywać polecenia szefa. To szef organizuje mu pracę. Nowoczesne zarządzanie stawia jednak na samodzielność. Menedżer ogranicza się do wyznaczania zadań i pozostawia podwładnym wolną rękę. Korzysta na tym przede wszystkim pracodawca. Szef przestaje interesować się czasem potrzebnym na wykonanie zadania. Chcesz wyjść wcześniej? Proszę bardzo. Sam organizujesz sobie czas, grunt, żeby wszystko było zrobione. W praktyce zadań jest tyle, że trudno z nimi nadążyć. Kiedy pracownik pyta, czy może już iść do domu, w odpowiedzi usłyszy, że sam musi zdecydować. Sam przecież organizuje sobie czas, musi być tylko odpowiedzialny. Kiedy pyta o urlop, usłyszy to samo.
Pracownika skłania się do tego, by sam ze smutkiem przyznał, że z urlopu na razie nici, wziął robotę do domu i przesiedział nad nią cały wieczór. I tak w imię samodzielności i odpowiedzialności pracownik staje się sam dla siebie najgorszym szefem. Samokontrola jest znacznie skuteczniejsza niż nadzór szefa. Pracownik przyjmuje perspektywę menedżera, patrzy na swój czas, a w końcu i na własne życie, tak jak patrzy szef – staje się narzędziem do wykonywania zleceń firmy. Nie potrzebuje już zewnętrznego nadzorcy, nadzoruje się sam. Wystarczy rozliczać go z wykonania zadań.
Dzięki temu pracodawca zyskuje nierejestrowane nadgodziny. Nikt ich nie zapisuje, bo przecież nikt do nich nie zmusza. Pracownik z własnej woli zostaje, żeby dokończyć projekt. A dlaczego musi zostawać? Naturalnie dlatego, że nie dość efektywnie pracuje. Źle się zabrał do pracy. Zwykle takiej właśnie odpowiedzi udziela sobie sam zainteresowany. Nawet, jeśli nie do końca w nią wierzy i czuje, że coś tu śmierdzi, nie pójdzie z pytaniem do szefa. Sytuacja tak zwanego „trudnego pracownika” nigdy nie jest komfortowa.
R
Rafal
Post powtórzony.
t
tc73
Co to za pomysł. Pracodawca obetnie nam pensje i tak jedną z najniższych w UE, a my w zamian będziemy musieli pracować tak samo jak dotychczas i do tego za mniejsze pieniądze, przy ciągle rosnących cenach. Jeśli ten pomysł przejdzie , mam nadzieję, że posłowie jako pierwsi będą mnieli zmniejszone uposażenie!!!
Dodaj ogłoszenie