Rozmowa z samym sobą

Paweł Zarzeczny
Paweł Zarzeczny
Paweł Zarzeczny Fot. Polskapresse

Czy nadal jest Pan najlepszy?
Tak jest!

A w czym Pan jest najlepszy?
We wszystkim.

Zatem jak to jest z tym byciem najlepszym?
Jestem najlepszy we wszystkim tym, czego się podejmuję. Wyjaśniłem to w mojej książce, gdzie napisałem, że gdyby wujek z Anglii zamiast książek o piłce nożnej przysyłał mi książki o samolotach, to polscy politycy nie musieliby latać tupolewami, bo byłbym konstruktorem samolotów. Co ciekawe - napisałem to na trzy miesiące przed katastrofą smoleńską, co chciałbym podkreślić. Nawet mój ulubiony piłkarz nazywał się George BEST...

A czy na horyzoncie pojawił się ktoś, kto mógłby Panu dorównać w byciu debeściakiem?
Kiedyś myślałem, że to będzie Krzysiek Stanowski, którego w jakiś tam sposób dziennikarsko ukształtowałem. Nauczyłem go dobrze pisać i - co ważniejsze - nauczyłem się odważnego wypowiadania się na różne tematy. Bez kalkulacji, czy to się opłaca, czy nie. Ale jest jedno "ale". I ja to Krzysiowi już wielokrotnie mówiłem. Jak on się z kimś zaprzyjaźnia, to o tym kimś nie napisze złego słowa. Pod tym względem jest moim zaprzeczeniem. Kiedy ja się z kimś zaprzyjaźniam, to chcę na temat tej osoby napisać coś więcej - coś, o czym wiem tylko ja. Myślę, że to mój obowiązek wobec czytelników. Ktoś może powiedzieć, że Zarzeczny jest głupi, gruby i pijany - OK. Ale przynajmniej jestem uczciwy.

Ma Pan swój prywatny ranking najlepszych dziennikarzy sportowych w Polsce?
Przyjmijmy teoretycznie, że mamy 100 dziennikarzy. Z tych 100 aż 99 to nudziarze. Ja to nazwałem kiedyś w odniesieniu do Adama Godlewskiego - zamiana słów na złotówki. Możemy napisać sto tysięcy banalnych słów i każde słowo wycenić na złotówkę. Wówczas uzbiera się 100 tys. zł. Fajna sumka, prawda? Dziennikarze w Polsce piszą tak banalnie i nudnie, że nie da się tego czytać.

Jestem szczęśliwy. Siedzę sobie na huśtawce, piję browarek, patrzę sobie na ogród, wokół mnie cisza i spokój. Mam być zły na dobrobyt?

Jednym z dziennikarzy, który wyrastał ponad przeciętność, był Janusz Atlas. Czasami łapię się na tym, że pamiętam jego całe zdania. I to nie te pisane, ale mówione. Dla mnie dużą satysfakcją jest, kiedy jego dorosły syn powtarza, że ja byłem od Janusza trzy razy lepszy. Niemniej jednak wielkość Atlasa polegała na tym, że on wiedział, iż jestem od niego lepszy. Mimo to starał się mnie jeszcze czegoś nauczyć i zachęcić. Oczywiście zachęcał też do tych złych rzeczy: wódki i spędzania nocy w towarzystwie kobiet. Trzeba szczerze powiedzieć, że Janusz Atlas był absolutnym liderem, jeśli chodzi o dziennikarstwo sportowe w Polsce. Po Atlasie ciężko mi już kogoś znaleźć. Natomiast jeśli mielibyśmy tak spojrzeć na tytuły gazet, to może byłoby mi łatwiej wymienić ludzi, których cenię i lubię. Zatem: w "Rzepie" nikogo. Jest tam dwóch młodych dziennikarzy - mam na myśli Wilkowicza i Kołodziejczyka. Nie pamiętam natomiast, kiedy ostatnio czytałem ich teksty, bo są one strasznie przesłodzone. A propos Kołodziejczyka… chyba jednak niespecjalnie go cenię, bo kiedyś napisał o mnie bardzo nieprzyjemny tekst. To był najgorszy artykuł, jaki kiedykolwiek ukazał się na mój temat. Był to wywiad z Tomaszem Hajtą. Tenże Hajto mówił, że Zarzeczny to chuj i stary pijak, który zabił człowieka samochodem, a jego uczeń - Stanowski - to już w ogóle dno. A ja w życiu nikogo samochodem nie zabiłem. Raz tylko motocyklista we mnie wjechał i się połamał. Ale przeżył. Kołodziejczyk spisał te brednie Hajty i kilka tygodni po ukazaniu się wywiadu Hajto zabił babcię na przejściu dla pieszych w Łodzi. Po tym zdarzeniu powiedziałem Kołodziejczykowi i Hajcie: "Pamiętajcie, chłopaki - nie oceniajcie zbyt pochopnie innych ludzi, bo nie wiadomo, co jutro was spotka…". Dla mnie tym bardziej była to przykra sprawa, bo wywiad ukazał się na całą stronę w "Przeglądzie Sportowym", w którym byłem szefem. Generalnie byłem zastępcą naczelnego, ale wiadomo, że naczelny zajmował się obliczaniem wierszówki, a rządziłem ja. Za moich czasów "Przegląd Sportowy" miał trzy razy wyższy nakład i nikt nigdy nie był zwolniony z pracy. Później z tej gazety wywalono 80 proc. ludzi, a nakład teraz wynosi 1/4 tego, co wtedy.

Ma Pan jakieś kompleksy?
Mam. Każdy ma.

Dużo?
Zawsze byłem fatalnym piłkarzem. Byłem przeraźliwie wolny i przez to nie mogłem zaspokoić swoich sportowych ambicji. Ale wielką frajdę mam z tego, że kiedyś byłem kierownikiem drużyny Orłów Górskiego. To była najlepsza drużyna w historii, bo sam ją zmontowałem. Grali w niej: Deyna, Gadocha, Lubański, Tomaszewski, Janas, Szarmach, Żmuda, Lato… Najlepsi z najlepszych. Zwerbowałem również trenera Kazimierza Górskiego, a jego asystentem został Strejlau. Byłem kierownikiem tej drużyny i jako jedyny władałem językami. Prowadziłem tych piłkarzy jak niewidome dzieci przez ulicę. To było fajne, że będąc powolnym i słabym, mogłem pograć sobie z nimi w piłkę. Janas zawsze mówił, że Zarzecznemu trzeba dawać dwie piłki, bo on gra pod siebie. W tym sensie byłem słaby, bo wówczas wokół mnie było tak dużo niesamowicie dobrych piłkarzy.

Megalomania towarzyszyła Panu od dzieciństwa?
Nie. Megalomania ma dwa zabarwienia: pozytywne i negatywne. Ja mam to pozytywne poczucie własnej wartości i myślę, że tego nikt nie powinien się wstydzić. Jeśli ktoś jest w czymś dobry, to ma obowiązek powiedzieć: tak, ja jestem w tym dobry. Dlaczego ja mam się wstydzić tego, że jestem mądrzejszy od innych? Dlaczego mam mówić, że jestem taki sam jak inni? Nie! Nie jestem taki sam! Mam o wiele sprawniejszą głowę. Chciałbym, żeby w Polsce było więcej megalomanów.

Ma Pan trudny charakter?
Dlaczego trudny? Przecież nigdy w życiu nikomu nie przylutowałem. Stanowski napisał kiedyś na swoim portalu, że ja zdominuję każdą grupę, w każdej sytuacji. No, ale to jest akurat oczywiste, że spycham w cień.

Zapytam wprost: czy nie czuje się Pan klaunem?
Porównanie do Wojewódzkiego nie jest oryginalne, bo od dłuższego czasu tak to właśnie niestety wygląda. Przy czym Wojewódzki gra pewną rolę w telewizji, bo prywatnie jest on zupełnie innym człowiekiem. Jest zciapciałym gościem. W swojej książce niepochlebnie się o nim wyraziłem. Ale ja mało o kim wyrażam się pochlebnie. A wiesz dlaczego? Bo ja nie mam autorytetów. Oprócz Boga. Powiedziałem sobie, że mogę o każdym napisać źle - poza papieżem. Aczkolwiek w jednym felietonie napisałem, że wszystkie sztuki, które napisał Jan Paweł II, były beznadziejne. W tym jednym przypadku złamałem tę zasadę. Wzięło się to stąd, że zadałem sobie trud i przeczytałem jego wszystkie sztuki. Naprawdę to była totalna porażka.

A czy jestem klaunem? Powiem tak: pracowałem praktycznie we wszystkich gazetach w tym kraju. We wszystkich tych gazetach mam kolegów i wszyscy ci moi koledzy wiedzą, że jestem od nich lepszy. Zdają sobie sprawę, że piszę od nich ciekawsze teksty i robię lepsze programy telewizyjne. Dajmy na to Canal Plus. Przecież od kiedy mnie tam nie ma, to jest jedno wielkie słodkie pierdzenie. Jeśli ja się wygłupiam, to robię to dla widza lub czytelnika. Nie wygłupiam się dla siebie. Ja nie chodzę po pokoju i nie śmieję się do siebie jak głupi do sera. Zdaję sobie sprawę, że jeśli ktoś kupuje gazetę lub dekoder, to chce mieć frajdę z tego, co czyta lub ogląda. Mam w Orange Sport kilka swoich programów. W tym sensie swoich, że szefowie kanału - w tym Janusz Basałaj, który od wielu wielu lat jest takim moim dobrym duchem - pozwalają mi na wiele. Zatem czy klaunowi można pozwolić na wiele? Tak czy nie? Raczej nie. Mało kto wie, że w dzienniku "Polska The Times" piszę wielki, na całą stronę felieton o polityce i kulturze. Te moje społeczne przemyślenia są mądrzejsze od wszystkich ludzi, którzy zajmują się pisaniem czegokolwiek na papierze. Jednocześnie są one pełne odpowiedzialności - mimo wulgarnego języka. Pracuję w dziennikarstwie 30 lat i nigdy nie miałem procesu sądowego i sprostowań.

Ma Pan opinię kobieciarza. Czy kobiety w Pana życiu są ważne? A może bardzo ważne...?
Bardzo ważne. Mam w domu cztery kobiety: dwie kotki, córkę i eksmałżonkę.

Nie bez powodu pytam o kobiety. W książce napisał Pan: "Rwałem kobiety jak wiśnie". Ponadto wyczytałem, że w liceum poderwał Pan swoją nauczycielkę, a kilka godzin po egzaminie maturalnym leżał Pan w łóżku z tą właśnie nauczycielką i czytał swoją pracę maturalną… Faktycznie tak było czy robi Pan sobie jaja?
No tak. Nawet mam z nią dziecko. Ale w czym problem? Czy to takie trudne poderwać nauczycielkę? Chodziłem do szkoły i byłem pełnoletni. A poderwałem najładniejszą laskę - nauczycielkę.

Niech Pan powie, jak to się robi? Powiedzmy to sobie wprost... Bradem Pittem Pan przecież nie jest...
Nigdy nim nie byłem i nigdy już nie będę. Natomiast byłem tak mądry, że zakochała się we mnie.

Teraz też Pan ma takie branie?
To zabrzmi jak mega megalomania... Generalnie jest tak, że jeśli zależy mi na jakiejś kobiecie, to jestem w stanie uwieść ją bardzo szybko.

Inteligencją?
No, domyślam się, że przecież nie kształtem nosa. No i nie wyciągając portfel na stół. Są kobiety, które lubią tancerzy, a są i takie, które lubią ludzi ponadprzeciętnie wyposażonych intelektualnie. Nie wiem... może to jest tak, że trafiam na kobiety, które przez cały czas siedzą w akademiku z jakimś zdunem ["zdun" to według Pawła Zarzecznego osoba niewykształcona, po prostu głupia - przyp. red.] i w końcu zadają sobie pytanie: ile ja jeszcze mogę się z tym zdunem tak pieprzyć? Chętnie poznałabym kogoś fajnego. I nagle pojawiam się ja.

Boi się Pan czegoś w życiu?
Niczego. No, może jednego: boję się nieszczęścia, które mogłoby spotkać moje dzieci.

A śmierci?
Śmierci? Absolutnie! Przeżyłem dziesięć żyć, więc przesadą byłoby twierdzić, że nie zdążyłem czegoś doznać. Nie boję się.

"Staram się nie kochać, bo prawdziwa miłość prowadzi do zdrady i wywołuje najgorsze ludzkie cechy" - to znowu cytat z Pana książki...
Prawdziwa miłość zawsze rani. Miłość powoduje w człowieku to, że bardziej nam zależy. Ale to tak samo jak z miłością do ukochanego klubu. Rzadko kiedy spotyka nas coś miłego, a częściej rzeczy przykre.

To można być szczęśliwym człowiekiem bez miłości? Bo Pan pisał w swojej książce, że jest Pan szczęśliwy.
Nie można być. To tak, jak nie może być ciepła bez zimna.

Czyli Pan nie jest do końca szczęśliwym człowiekiem.
Hm... Nie no... Jestem szczęśliwy.

Na pewno?
Tak. Wszystko, co miało mnie zranić, powodowało u mnie większe ambicje. Jak człowiek dostanie zdrowo po dupie, to bardziej chce się wybić. Generalnie jestem szczęśliwy. Siedzę sobie na huśtawce, piję browarek, patrzę sobie na ogród, wokół mnie cisza i spokój. Powiedz mi, z czego ja mam być niezadowolony? Mam być zły na swój dobrobyt? Spójrz na mój portfel, który wystaje z kieszeni. Wiesz, dlaczego tak wystaje? Bo jest pełny.

Ma Pan duży dom, fajny samochód i ładny ogród. Ale czy nie jest Panu tak zwyczajnie po ludzku przykro, że nie ma Pan swojej drugiej połowy?
Oczywiście. Ja bardzo zazdroszczę ludziom, którzy się kochają całe życie. Problem w tym, że nikogo takiego nie znam. W dawnych czasach miłość potrafiła przezwyciężyć trudne warunki życia. Dziś jest inaczej. Wielu młodych ludzi spotyka się w życiu z niedostatkiem i muszą pocieszać się tym, że miłość ich scementuje, bo przecież nie wspólne zakupy w Galerii Mokotów. Pytanie tylko, jak długo w tym niedostatku są w stanie wytrzymać? On zarabia 2500 zł, ona 1800 zł i wiadomo, że nawet nie uskładają na mieszkanie. W którymś momencie - zwłaszcza jak jest bieda - zaczynają się problemy. Przy bogactwie też są problemy. Ja też to przerobiłem. U mnie największe kłótnie były, kiedy pod domem stały moje cztery samochody.

Jakie jest Pana marzenie?
Chciałbym, żeby mój syn został premierem. Oczywiście premierem w przenośni - bo może być szefem największej firmy w Polsce. Myślę, że to się spełni. O! Wiem! Chciałbym tutaj, na tym moim Wembley (trawa w ogrodzie) zagrać z wnukiem w piłkę.

Ma Pan więcej wrogów czy przyjaciół?
Wydaje mi się, że nikt nie ma przyjaciół. Życie pokazuje, że te przyjaźnie są krótkotrwałe. Wrogów mam kilku lub kilkudziesięciu. Są to ludzie, którzy poczuli się w jakiś sposób przeze mnie dotknięci - czasami niesłusznie. Niemniej wydaje mi się, że większość osób odbiera mnie pozytywnie. Wielu ludzi mnie nie lubi za to, że ja mam odwagę o czymś powiedzieć, a oni nie. Mogę jutro napisać felieton w dzienniku "Polska The Times" i zatytułować go "Donald Tusk nadaje się tylko do wyrzucenia na śmietnik". I ta moja redakcja to wydrukuje. Zrobi to dlatego, bo pracujący tam ludzie uznają, że tym tytułem mam coś do przekazania. Ufają mi. Wiedzą, że jestem odpowiedzialny. To jest dla mnie największym osiągnięciem, iż zyskałem zaufanie wśród ludzi, którzy decydują o kształcie dzisiejszych mediów. Można powiedzieć, że jest to w pewnym sensie przyjaźń. Wczoraj trzy razy dzwonił do mnie Walter. Właściciel TVN nie dzwoni od tak sobie do wszystkich dziennikarzy. To mnie podbudowuje, bo widzę wtedy, że poważni ludzie traktują mnie poważnie.

Wideo

Komentarze 10

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

e
ed
No tak, Zarzeczny był taki dobry, że jak sam pisze, był zatrudniony, juz we wszystkich redakcjach najważniejszych gazet. był tak dobry, ze aż za dobry, i własnie dlatego, z każdej redakcji go wyrzucano haha. mojego ojca alkoholika też wyrzucano z każdej firmy - jak głosi legenda- bo był za dobry. Teraz jest tak dobry, że zaczyna stawac na nogi po tym jak uznał, ze faktycznie nie pomoze sobie sam. Do czego zmierzam. Zarzeczny za kilka lat nie bedzie miał juz redakcji która go przyjmie, bo widać już, że alkohol zżera go. Jest megalomanem, i sciemnia ile może. Te jego teksty, ze to niby motocyklista w niego wjechał... to czemu potem sam zjawił się po kilku dniach z adwokatem w komendzie? zamiast zwyczajnie zadzwonić po pogotowie? ten człowiek BYŁ dobrym felietonistą, teraz jest przykładem jak alkohol niszczy ludzi. Wybitnych ludzi.
!
uwielbiam Pańskie felietony mam tak samo jak Pan zapamiętuje całe zdania . . . "nie jestem byle kim chyba że dla byle kogo" mistrzostwo!
K
Krystyna R.
JA PANA LUBIĘ !!!
J
Jarucha
Zarzeczny mnie sie podoba, jest tak brzydki i spasiony i podstarzaly ze wszystko mu jedno, i dobrze, bo lubie czytac jego wypociny, posiada ogromna wiedze, zna cala elite w Polsce,
H
Ham
że nie pisze Pan felietonów codziennie. Są ciekawsze od naszej zakichanej polytyki.
f
facet z namitou
No i widzisz, Paweł, po co ci to pisanie o tej durnej piłce dla durnych kibiców, którzy mają piłki nożne zamiast głów? Co napiszesz jakiś mądry felieton, to od razu "kabotyn", "żenada", "pisz o piłce" itd. A jak napiszesz jakieś bzdety (rozumiem, w ramach zarobokowego bycia klaunem) o durnych piłkarzach, meczach czy tym podobnych durnotach dla głuptaków, to od razu tutaj w komentarzach ochy i achy i wielkie dyskusje pół- i ćwiercimózgów.
Więc po co ci to? Daj spokój z tym pisaniem o piłce, zmień ten tzw. target, a od razu telefony nie od takich walterów się posypią.
Tak swoją drogą, słyszałeś hasło z Gazety Polskiej? "Byłem anty, byłem alter, aż zadzwonił do mnie Walter". Głupie, nie? Ale oby nie okazało się prorocze w twoich przypadku
j
jhj
Znów był nachlany , kocha piłkę , euro się zbliża a on się użala nad sobą i chwali Bóg wie czym , Paweł ŻENADA
b
billyjoe
megaloman to zbyt pochlebne określenie Waści!epiej powiedzieć-KABOTYN I HOCHSZTAPLER!!taki mały baronek Munhausen!!!
A
Administrator
To jest wątek dotyczący artykułu Rozmowa z samym sobą
p
podpis: nieczytelny
Tak mi się to podoba, że przeczytam to jeszcze raz. Pozdrawiam.
c
czytelnik
dawano nie czytałem tak dobrego felietonu , jednak nr1 dalej pozostaje o udręce czyli byciu inteligentnym :D mistrzostwo .pozdrawiam
Dodaj ogłoszenie