Roger Guerreiro: W reprezentacji Polski nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa

Sebastian Staszewski, Polsat Sport
Lukasz Kasprzak
WYWIADÓWKA STASZEWSKIEGO. - Chcę wrócić do Ekstraklasy. Czekam na oferty - mówi Roger Guerreiro, były reprezentant Polski.

Muszę przyznać, że bardzo się zdziwiłem, gdy spotkałem Pana w hotelu, w którym stacjonowała reprezentacja Polski. W naszym kraju nie był Pan przecież od lat. Co więc się stało, że Roger znów zawitał nad Wisłę?

Miesiąc temu skończył mi się kontrakt w brazylijskim Hercílio Luz. Nagle pojawiło się sporo wolnego czasu. A ostatni raz w Polsce faktycznie byłem dawno. Sześć albo siedem lat temu. Kilkukrotnie planowałem podróż, ale zawsze brakowało albo możliwości, albo czasu. Moi znajomi wciąż zapraszali mnie jednak do Warszawy, więc kiedy pojawiła się okazja, skorzystałem. Tęskniłem za ludźmi, tęskniłem za Warszawą, tęskniłem za Polską.

A Polska za Panem?

Kibice na pewno. Takie mam wrażenie. Kiedy się tu pojawiłem, na początku nie byli pewni, czy to ja. Ty zresztą też! Później poznawali mnie wszyscy. Długo mnie w Warszawie nie było, a oni ciągle pamiętają moją twarz.

Czuje się Pan Polakiem? Czy tylko Brazylijczykiem z polskim paszportem?

Sam nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Kilka lat temu powiedziałbym, że jestem Polakiem. Ale od dawna mnie tu nie ma, mieszkam w Brazylii. To jest dom. Chociaż z drugiej strony mój syn woli koszulkę reprezentacji Polski, niż brazylijską. Moje serce jest bardzo rozdarte…

Kto wymyślił Pana naturalizację?

Myślę, że Leo Beenhakker.

A kiedy po raz pierwszy dowiedział się Pan o tym pomyśle?

Powiedział mi o tym Jan Urban, trener Legii. Biegałem wokół boiska w trakcie treningu, a on do mnie dołączył i zaczął wypytywać o chęć gry dla Polski. Nie ukrywam, że byłem w szoku. Nie sądziłem, że to możliwe. Ale co miałem odpowiedzieć? Jasne, że chcę! Wtedy zaczęła się cała operacja. Wypełniałem formularze, spotkałem się z Beenhakeerem a na końcu prezydent Kaczyński wręczył mi paszport. Później dowiedziałem się, że Leo rozmawiał o mnie z Jackiem Bąkiem, kapitanem. Sondował, czy chłopaki mnie przyjmą.

I nie miał Pan dylematu moralnego? Był Pan przecież Brazylijczykiem.

Ale i profesjonalistą.

Nie sądzę, aby profesjonalizm i poczucie narodowości miały cokolwiek wspólnego.

Zawodowy piłkarz kwestie patriotyzmu postrzega trochę inaczej. Od lat żyłem poza Brazylią, w Legii czułem się jak w domu. Polskę była moją drugą ojczyzną. Skorzystałem z okazji.

Dziś zrobiłby Pan to samo?

Tak. Z zamkniętymi oczami. A w meczu Polski z Brazylią będę kibicował Polsce.

Pana pobyt w Polsce nie był jednak usłany różami. Zdarzały się nawet przejawy rasizmu.

Najbardziej zabolało mnie, gdy w 2006 roku w trakcie meczu z Widzewem Łódź kibice udawali małpy, gdy wykonywałem rzuty rożne. Kilkukrotnie nie mogłem też wejść do dyskoteki. Mówiłem, że mogę za to zapłacić, ale to nie była kwestia pieniędzy. Ochroniarzom nie pasował mój kolor skóry. Moją odpowiedzią na te zachowanie była dobra gra. Dzięki niej zdobyłem szacunek wielu ludzi.

Żałował Pan kiedyś transferu do Legii Warszawa?

Nigdy. Naprawdę nigdy. Wątpliwości miałem tylko na początku. Gdy usłyszałem o propozycji gry w Warszawie, nie miałem nawet pojęcia gdzie ona leży. Poprosiłem więc działaczy o trzy dni pobytu w Polsce. Chciałem zobaczyć co to za miasto, co to za klub. Już trzeciego dnia uznałem, że warto zaryzykować. Kontrakt podpisałem jeszcze przed powrotem do Brazylii.

Nie przeraził Pana nawet śnieg?

Bardziej Eltona, który trafił do Legii w tym samym okresie. Ja uznałem, że do wszystkiego da się przyzwyczaić. W mieszkaniu było ogrzewanie, w galeriach handlowych także. Chociaż wyobraź sobie co czułem, gdy na pierwszym zgrupowaniu w Mrągowie termometr pokazał -27 stopi Celsjusza…

Podobno nigdy nie spróbował Pan polskiej wódki. To prawda?

Zgadza się.

Jakim cudem? Był Pan w szatni Legii m.in. z Piotrem Włodarczykiem, Łukaszem Surmą czy Marcinem Burkhardtem. A to była grupa, która lubiła się zabawić.

Nie raz ze mnie szydzili. Pytali: „Jaki z ciebie Brazylijczyk, skoro nie pijesz caipirinhi?” [brazylijski koktajl - red]. Ale nie mieli mi tego za złe. Wiedzieli, że umiem bawić się bez alkoholu. Jedyny, jaki miałem w ustach, to piwo. Wziąłem łyka i wyplułem. Wolałem żurek w chlebie. Zresztą, mój początek w Polsce w ogóle był nietypowy. Niemal zawsze obcokrajowcy najpierw uczą się przekleństw. W was podstawa to kur… i ch… A ja na początku nauczyłem się piosenki. „Jak się masz, kochanie, jak się masz”. Tak śpiewałem dziewczynom. A na do widzenia mówiłem „buziak”.

Kto z tamtej Legii imponował Panu najbardziej?

Miro Radović i Dickson Choto. Poza tym, że to byli świetni piłkarze, bardzo dobrze się rozumieliśmy. Kiedy dziennikarze poprosili mnie o stworzenie jedenastki moich kolegów-piłkarzy, umieściłem tam i Rado, i Dixiego.

Gdyby miał Pan jeszcze jedną szansę, opuściłby Pan Polskę w 2009 roku?

Nie był to dobry wybór, ale wiem to dopiero teraz. Gdybym posiadał wiedzę o tym, co czeka mnie w Grecji, wolałbym przedłużyć umowę z Legią na kolejne pięć lat. Zarabiałbym mniej, ale żyłbym spokojniej. A tak grałem w Atenach cztery lata, a zapłacili mi tylko za dwa. Teraz o resztę walczę w sądzie. Dziś mogę powiedzieć o sobie: mądry Polak po szkodzie.

Komu wtedy bardziej zależało na transferze - Panu czy działaczom?

Miałem z Grecji naprawdę poważną ofertę, to były duże pieniądze. Nie mogłem odmówić, szczególnie, że Legia nie była zainteresowana negocjacjami. Dziś sądzę, że tamta współpraca się po prostu wypaliła.

Trafił Pan do poważnej firmy, jaką wówczas był AEK Ateny. Ale w kontekście transferu pojawiały się znacznie większe kluby. Były inne oferty?

Oficjalnych miałem mało. Właściwie tylko jedną, z AEK. Mówiło się, że po Euro obserwowało mnie Paris Saint-Germain, Borussia Dortmund i Ajax Amsterdam. Ale nigdy nie było konkretów. Takie zaoferowali dopiero Grecy, którzy zapłacili za mnie 250 tys. euro, plus bonus za awans do Ligi Europy.

Dziś znów szuka Pan klubu. Ekstraklasa to dla Pana interesujący kierunek?

W Brazylii skończyła się liga, a wraz z nią - mój kontrakt. Teraz jestem wolnym piłkarzem. Nigdy nie ukrywałem, że Polska w moim sercu ma wyjątkowe miejsce. Gdyby okazało się, że ktoś mnie tu chce - chętnie bym wrócił.

Od kilku lat wspominał Pan o chęci powrotu do Legii…

Oczywiście, dla mnie to naturalny kierunek. Zawsze dobrze się tam czułem. Jestem w pełni sił. Dobrze wyglądam fizycznie, straciłem tylko trochę włosów, ale to nie ma wpływu na grę. Jestem też profesjonalistą. A więc jeżeli pojawi się oferta z innego klubu, to na pewno ją rozpatrzę.

Dlaczego reprezentacji nie wyszło na mistrzostwach Europy w 2008 roku?

Na pewno nie zabrakło dobrej atmosfery. Byliśmy też nieźle przygotowani fizycznie. Przynajmniej ja. Mieliśmy potencjał na znacznie lepszy rezultat. Gdybyśmy wygrali z Austrią, mecz z Chorwacją potoczyłby się inaczej. O sile tamtej kadry niech świadczy fakt, że w obecnej wciąż grają Łukasz Fabiański, Artur Boruc, Łukasz Piszczek, Kuba Błaszczykowski…

I Robert Lewandowski.

W Brazylii udzieliłem dziesiątek wywiadów na jego temat. Kiedy Robert zdobywał bramki dla Bayernu, dziennikarze co chwilę dzwonili do mnie z pytaniami o „Lewego”. Jaki jest prywatnie? Co lubi? Jaki mieliśmy kontakt? Ktoś znalazł nagranie z meczu z San Marino, kiedy asystuję przy bramce Roberta. Więc ludzie sądzili, że znamy się, jak łyse konie.

Paradoksalnie w takim stwierdzeniu nie ma wielkiej przesady. Pierwszy raz spotkaliście się aż dziesięć lat temu, na Łazienkowskiej.

Robert był wtedy piłkarzem drugiej drużyny Legii, który czasem z nami trenował. Nie będę kłamał, że dobrze go pamiętam. Zapamiętałem tylko młodego chłopca, który zawsze był wycofany, nie był duszą towarzystwa. Miał błysk, ale na pewno nie zapowiadał się na piłkarza światowej klasy.

Co Brazylijczycy myślą o Lewandowskim?

U nas jest kochany. Ludzie zachwycają się Messim i Cristiano Ronaldo, bo są bardzo efektowni, ale doceniają także klasę Roberta, który - jak mawia mój były trener - w polu karnym jest „Ice Man”, człowiekiem z lodu. Nie czuje stresu, nerwów, emocji. Zawsze wybiera optymalne rozwiązanie. Wielokrotnie widziałem we Floriano-polis, gdzie mieszkam, dzieciaki w koszulkach Bayernu Monachium z nazwiskiem „Lewandowski” na plecach.

Pana reprezentacyjna kariera skończyła się szybciej, niż powinna?

Tak. Może na moją sytuacją wpłynął fakt, iż byłem postrzegany jako „dziecko” Beenhakkera? Gdy przyszedł Smuda, szybko pojawiły się głosy, że nie chce Rogera. Nie zapomnę mojej pierwszej rozmowy z tym trenerem. Zapytał mnie, ile biegam kilometrów. Nie o to, jaką mam technikę, nie o to jak ustawiam się na boisku, tylko ile kilometrów biegam. To była jego filozofia. A ja nigdy nie biegałem dużo, starałem się raczej grać mądrze. Dodatkowo doszły do tego moje problemy w AEK. Pewnie stąd ta przerwa…

Przerwa?

Tak to widzę. Myślę, że jeśli w przyszłym sezonie zacznę grać regularnie, to będę w stanie dać reprezentacji coś jeszcze. Niewiele osób w to wierzy, ale proszę, nie skreślajcie mnie.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie