Rodzice z dziewięciorgiem dzieci i dziesiątym w drodze. Nocą uciekli z Norwegii

Katarzyna Piojda

Wideo

Zobacz galerię (1 zdjęcie)
12 lat mieszkali w Norwegii. Uciekli z niej pewnej nocy, bo musieli. Wiodą zwyczajne życie w Bydgoszczy, chociaż są rodziną niezwyczajną. Mają dziewięcioro dzieci, a dziesiąte przybędzie.

- Kiedy ktoś słyszy, że mamy tyle dzieci, to najczęściej myśli sobie: ale patologia. Pewnie dzieci obdarte, głodne, zasmarkane chodzą, a rodzice z samych zasiłków żyją - zaczyna pani Barbara. A tak nie jest.

Pierworodny Wiktor ma 18 lat. Zawiesił naukę w szkole. Wstąpił do Zakonu Franciszkanów. Ma rok, aby zdecydować, czy tą drogą chce kroczyć, czy wystąpić z zakonu i prowadzić świeckie życie. Daniel to 14-latek. Po nim urodził się Dawid, teraz 11-latek. Najstarsza córka to Ewa, 9-latka. Dalej są 6-letnia Wiktoria, 5-letni Julian, 4-letni Aleksander i 3-letnia Oliwia. Najmłodsza jest Nina. Ma 1,5 roku, ale za chwilę najmłodsza już nie będzie. Pani Basia w listopadzie urodzi 10. dziecko. Syna.
- Fakt, jesteśmy liczną, ale jednocześnie normalną rodziną - podkreśla mama.

To Cię może też zainteresować

To, czego doświadczyli za granicą, normalne jednak nie było. Małżonkowie, pochodzący z Bydgoszczy, przez 12 lat mieszkali w Norwegii. Wynajmowali dom, a w tym domu wiedli spokojne życie. Pani Basia zajmowała się dziećmi, pan Łukasz pracował jako szklarz. Dobrze im się żyło.
Do czasu.

Pora kąpania

W marcu 2018 roku doszło do zdarzenia, które przesądziło o losie polskiej rodziny. Julian miał wtedy 3 latka. - Był wieczór, pora kąpania. Synek chciał wybiec z łazienki. Widziałam, że za chwilę uderzy w ścianę. Stałam obok. Instynktownie chwyciłam go za rękę, żeby zamortyzować upadek. Zareagowałam tak samo, jak instynktownie reagują rodzice, biegnący za dzieckiem na rowerku, widząc, że maluch na tym rowerku zaraz się przewróci – opowiada pani Basia.

Mały nie upadł, ale nie był w stanie wyprostować rączki. Rodzice spróbowali pomasować obolałe miejsce i myśleli, że dziecku przejdzie. Wszyscy poszli spać. W nocy jednak czekała ich pobudka. Julian płakał z bólu, zwłaszcza, gdy chciał zmienić pozycję w łóżku.

Mały żołnierz

- Zawsze żartujemy, że Julian to żołnierz. Jest niezniszczalny, jak żołnierz. Gdy bawi się i czasami przewróci czy uderzy, to wstaje i od razu wraca do zabawy. Tym razem wiedzieliśmy, że skoro płacze, to jest problem. Zdecydowaliśmy z mężem, że szybko ubieramy się i jedziemy z Julianem na pogotowie.

Pozostałą gromadką w domu zaopiekowała się babcia, która akurat u nich przebywała.
Po przekroczeniu progu pogotowia, rodzice zrobili złe wrażenie na personelu.

- Pielęgniarka miała pretensje, że niesiemy dziecko. Dla mnie i dla męża było naturalne, że niewyspane, obolałe, zestresowane dziecko trzeba przytulić. Pielęgniarka stwierdziła jednak, że skoro chłopiec ma zdrowe nogi, powinien sam iść.

Tylko pielęgniarka

Po wypełnieniu dokumentacji pracownice pogotowia chciały, zdaniem rodziców chłopca, ich spławić. Pielęgniarka nie zbadała synka, a lekarza nie było na miejscu. Kobieta chciała dać małemu paracetamol. Poleciła, że gdyby synkowi nie poprawiło się do rana, to rodzice mają zgłosić się z nim do lekarza pierwszego kontaktu.

Pan Łukasz zwrócił się do kobiety: - Pracuję i płacę podatki w Norwegii. Mam prawo do lekarza, a pani jest tylko pielęgniarką! Nie powinna pani stawiać diagnozy, że nic złego się nie dzieje, skoro dziecko wije się z bólu. Proszę więc zawołać lekarza.
Prawdopodobnie słowa „pani jest tylko pielęgniarką” ubodły ich adresatkę. Pielęgniarka zaczęła wymachiwać rękami i grozić. Krzyknęła do pana Łukasza: - Wyjdź w tej chwili! Już z tobą nie rozmawiam.

W poczekalni

Pani Basia, jej mąż i synek przeszli więc do poczekalni. Po chwili przyjęła ich inna pielęgniarka. Przeprosiła za niemiły incydent. - Zaprowadziła nas do pani doktor, a ta nastawiła Julianowi rękę. Okazało się, że kość wyskoczyła ze stawu. Synek prawie natychmiast przestał płakać. Sam chyba nie wierzył, że ręka powróciła do sprawności.

Czytaj także

Rodzice wrócili do domu, no i do prozy życia. Minął miesiąc. Pani Basia odebrała telefon od najstarszego syna. Był w szkole. Podczas lekcji wywołano go z sali i właśnie został przesłuchany przez urzędniczki z Barnevernet. To norweski Urząd Ochrony Praw Dziecka, odpowiednik naszego ośrodka pomocy społecznej, ale skupiony na nieletnich.

Złe emocje

Wśród Polaków budzi przede wszystkim negatywne emocje. Instytucja słynie z tego, że odbiera rodzinom dzieci. Z błahego powodu lub bez powodu. Krążą opinie, że opiera się nie na faktach, lecz domysłach. Przykładowo, urzędnicy zabrali Polce dziecko, bo zobaczyli na stole w jej domu szampana. W sylwestrową noc grupa chuliganów zaczepiła kobietę z dzieckiem. Matka wezwała więc policję. Interweniujący funkcjonariusze zobaczyli w domu kobiety i jej córki otwartą butelkę. Uznali, że kobieta pije, a skoro tak, to należy odizolować od niej córkę. Dziewczynka trafiła do pogotowia opiekuńczego. 3 lata trwały starania matki o powrót dziecka. Udało się.

Inna kobieta, psycholog zresztą, opisywała: - Widziałam dzieci, które urzędnicy Barnevernet odrywali od matki. Uczepiona jej szyi 6-letnia dziewczynka była siłą odciągana za nogi przez urzędników.

Kolejny przypadek: urzędnicy wtargnęli do polskiej rodziny i odebrali dziecko. Wyjaśnili rodzicom, że są podejrzani o pedofilię. Dziecko zabrano na oddział ginekologiczny. Poddano je narkozie, żeby przeprowadzić badanie. Z tej narkozy się nie wybudziło. Trzeba było przetransportować helikopterem do innego szpitala. Dziecko odratowano, ale rodzice otrzymali rachunek opiewający na kosmiczną kwotę. To za ratowanie dziecka przy użyciu respiratora. Zarzuty, stawiane matce i ojcu, nie potwierdziły się. Ani jeden.

Ujęcie statystyczne

Centralne Biuro Statystyczne w Norwegii podaje, że ciągu 5 lat wzrosła liczba osób, znajdujących się pod opieką Barnevernet. Prawie co trzecia taka rodzina to imigranci. Jednocześnie coraz więcej osób decyduje się powiadomić urzędników o swoich podejrzeniach. Na przestrzeni 10 lat liczba ta wzrosła o 10 procent. Jeszcze większy wzrost zanotowano wśród osób prywatnych, które kontaktują się z tym urzędem. Jest to liczba o niemal połowę większa w porównaniu z danymi z lat 90.

Według sondażu, przeprowadzonego na zlecenie Ministerstwa ds. Dzieci i Równego Traktowania, zrealizowanego na terenie Norwegii jedynie wśród imigrantów, to Polacy najsurowiej oceniają pracę Barnevernet. 68 procent, i to najwyższy wynik, ankietowanych z Bośni i Hercegowiny deklaruje, że w razie potrzeby skontaktowałoby się z instytucją, ponieważ jej ufa. Nieufni są natomiast Polacy. Według danych ministerstwa, procedury, stosowane przez urząd, popiera zaledwie 28 proc. imigrantów znad Wisły.

Barnevernet istnieje od 1896 roku. Wtedy norweski parlament ustanowił prawo do odbierania dzieci rodzinom patologicznym. Dzisiaj zadaniem urzędu jest dbać o najlepszy interes dziecka, przede wszystkim w jego rodzinie biologicznej. Wydziały urzędu są zlokalizowane w każdej gminie. Mniejsze zatrudniają po kilka osób. Większe, np. w Oslo czy Bergen, mają po kilkudziesięciu pracowników. - Stworzyliśmy system, który nie tylko zapobiega przemocy, ale też zdecydowanie wkracza w życie rodziny, jeżeli dzieje się w niej coś złego - przekonują przedstawiciele urzędu.

W Norwegii żyją rodziny z Polski, które wychowują łącznie 23 000 dzieci. W tej statystyce do niedawna znajdowała się rodzina z Bydgoszczy.

Gdy Wiktor zadzwonił do mamy, ta o mało nie zemdlała.

- Syn przekazał mi, że panie urzędniczki przeczytały mu protokół z naszej wizyty na pogotowiu przed miesiącem – kontynuuje bydgoszczanka. - Oprócz imienia synka i tego, że sprawa dotyczyła jego bolącej ręki, nic w opisie się nie zgadzało. W piśmie wskazano, że ja prawie się nie odzywałam, a skoro tak, to byłam zastraszona, wycofana, za to mój mąż to pieniacz, agresor. Nasz syn był niespokojny, płaczliwy, więc pewnie jest ofiarą przemocy domowej.

Potem wyszło na jaw, że urzędnicy gromadzili informacje na temat rodziny. Pokazali się w tym celu w szkole, przedszkolu, u sąsiadów i znajomych, w gminie, u szefa pana Łukasza. - Wszędzie uzyskaliś my bardzo dobre opinie o rodzinie. Odpytywani natomiast mieli zakaz informowania nas o tym, że zeznawali - mówi pani Barbara.

Chłopiec czy dziewczynka? Popularne imiona unisex - nazwiesz...

Wywiady środowiskowe

- Urzędnicy szukali na nas haka. Nawet, gdy przesłuchiwali Wiktora, wspomnianego dnia w szkole, zadawali mu podchwytliwe pytania, żeby wreszcie usłyszeć: tak, mama i tata nas biją. Nie doczekali się! Najstarszy syn opowiedział, że jesteśmy zwyczajną, ale szczęśliwą rodziną.
Inne starsze dzieci także musiały zeznawać. - Daniel najbardziej to przeżył. Nigdy nie widziałam go tak zdenerwowanego, jak po powrocie ze szkoły w dzień przesłuchania. Oczy miał opuchnięte, jakby cały dzień płakał.

Pani Barbara: - Nie chcieliśmy popadać w paranoję. Uspokajaliśmy siebie z mężem nawzajem, ale nie mogliśmy dłużej zwyczajnie funkcjonować. Zdawaliśmy sobie sprawę, że urzędnicy węszą.

- Tym bardziej byliśmy przestraszeni, że wcześniej słyszeliśmy o tym, jak Barnevernet odbiera dzieci.

Pan Łukasz znalazł w internecie namiary na Sławomira Kowalskiego, polskiego konsula w Norwegii. - Wahaliśmy się, czy sprawą, jak nasza, powinniśmy zainteresować konsula. Przecież żadnych dowodów urzędnicy na nas nie mieli. Zadzwoniliśmy i nie żałujemy.
Konsul cierpliwie wysłuchał małżonków, po czym powiedział: - Jeżeli kiedykolwiek myśleliście o powrocie do Polski, to teraz nadszedł odpowiedni moment.
Panią Basię i pana Łukasza zatkało. - Mieliśmy wybór: albo tracimy wszystko na miejscu, dorobek kilkunastu lat, i wyjeżdżamy szybko do Polski, albo zostajemy w Norwegii, lecz wtedy możemy stracić rodzinę – dopowiada matka.

Była środa. - Konsul poradził nam, żebyśmy z wylotem do Polski poczekali do piątku. Gdybyśmy jeszcze w środę uciekli, w czwartek rano urzędnikom z Barnevernet zapaliłaby się czerwona lampka w głowach. Błyskawicznie otrzymaliby informację, że nasze dzieci rano nie pokazały się w szkole oraz przedszkolu, więc przyszliby do nas.
Nawet, gdyby nie mieli żadnych dowodów, wyjaśnianie sprawy zajęłoby kilka miesięcy. W tym czasie dzieci byłyby odseparowane od rodziców. Taka procedura.

Bez słowa

Te dwa dni ciągnęły się niemiłosiernie. - Musieliśmy żyć w zmowie milczenia. Ani sąsiadom i przyjaciołom, ani szefowi Łukasza, ani nauczycielom w szkole i przedszkolu, nie mogliśmy wspomnieć o wyjeździe. O ucieczce powiedzieliśmy jedynie najstarszemu synowi. Młodszym dzieciom nie, bo mogłyby ujawnić naszą tajemnicę, a wówczas urząd by nas zniszczył.
Swoje plany zdradzili też przyjacielowi, który pod osłoną nocy zawiózł ich na lotnisko. Wtedy małżeństwo miało ósemkę dzieci. Mogło zdarzyć się tak, że rodzina, która zwraca na siebie uwagę przez to, że jest duża, zostanie zatrzymana przed wylotem. Na szczęście scenariusz się nie sprawdził.

W poniedziałek byli w Polsce. W Bydgoszczy. - Tuż przed wylotem z Norwegii powiadomiliśmy rodziców. Ucieszyli się, że wracamy, chociaż oczywiście byli bardzo zaskoczeni – zaznacza pani Basia.

Od ucieczki z Norwegii minęło 2,5 roku. Zagraniczni urzędnicy nie od razu zostawili uciekinierów w spokoju. Wydzwaniali, pisali. Sugerowali, że skoro rodzina uciekła, to ma coś na sumieniu, więc tym bardziej trzeba dokończyć sprawę. Nie mogą jednak nic zrobić, dopóki podejrzani nie wrócą do Norwegii.
Na pewno nie wrócimy - zarzeka się pani Basia.

Mieszkają w Fordonie. Codzienność w bloku nie oznacza, że żyją w ścisku. Mają dwa połączone mieszkania, łącznie grubo ponad 100 metrów kwadratowych. - To mieszkanie po rodzicach. Oni przeprowadzili się do mniejszego – tłumaczy ciężarna matka gromadki.

Kto ich widzi na ulicy i orientuje się, że to nie są przykładowo nauczyciele z wychowankami, lecz mama, tata i ich dzieci - czasem nawet przystaje, żeby popatrzeć. - Dla wielu widok tak dużej rodziny jest nieprzyjemny. Obcy ludzie wyrabiają sobie zdanie na nasz temat, że jesteśmy nieporadni życiowo, żyjemy z zasiłków. Nieprawda. Sami sobie radzimy. Nie korzystamy ze wsparcia opieki społecznej. Tyle, że dostajemy „500 plus”, ale przecież wszystkie polskie rodziny otrzymują te świadczenia.

Mąż jest szklarzem. Ma dobry fach. Ma też dumę. Według niego, kto założył dużą rodzinę, ten musi ją utrzymać.

Żona mówi dalej: - Biorąc ślub, marzyliśmy o wielkiej rodzinie. I to wielkie marzenie się spełniło. Ja wprawdzie mam tylko jedną siostrę, ale Łukasz ma siedmioro rodzeństwa.

Dr Adam Musielewicz, socjolog z Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy, podkreśla, że złe postrzeganie licznych rodzin to po części wina polityków. - Rząd akcentuje, że da wiele dużym rodzinom - mówi naukowiec. - Chodzi przede wszystkim o świadczenia, chociażby „500 plus”, na zakup wyprawki szkolnej czy na wakacje. Kto nie korzysta z tych form pomocy materialnej, ten oburza się, że nikt nie powinien dostawać niczego za darmo. Pyta: z jakiej racji duża rodzina dostaje cokolwiek za darmo tylko z tego tytułu, że jest liczna?

Samochód szwankuje

Bydgoska liczna rodzina przestała przejmować się niesłusznymi opiniami. Cieszy się tym, co ma i sobą nawzajem.
Bydgoszczanom do szczęścia potrzeba niewiele. - No, teraz przydałby się samochód. Nasze poczciwe 20-letnie auto odmawia posłuszeństwa. Ciężko się je odpala, ciężko otwiera drzwi. Jeśli uda nam się zaoszczędzić na nowy samochód- będzie super.
- A jak nie, to i tak sobie poradzimy. Jak zwykle - kończy pani Basia.

Te imiona nadali rodzice, a teraz żałują! Twoje jest na liśc...

Materiał oryginalny: Rodzice z dziewięciorgiem dzieci i dziesiątym w drodze. Nocą uciekli z Norwegii - Gazeta Pomorska

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

D
Dingo8
12 września, 14:23, Obserwator:

W niektórych krajach przestrzeganie praw dziecka traktowane jest poważnie. Niestety - polskie dzieci nie mają takiego szczęścia. Dopiero gdy maluch zostanie zakatowany na śmierć, to pojawia się policja, prokuratura, sąd i ewentualnie pomoc społeczna. Tylko że to już jest musztarda po obiedzie. W Norwegii wolą mieć na oku pato-rodziców, nie zbierać zmasakrowane zwłoki dzieciaków. Ot, różnice społeczne.

12 września, 15:12, Gosc:

"Obserwator" nadaje horrory ze swojej kuchni, do tego na pewno bezdzietny. Ogladaj mniej thrillerow, wyjdz na swieze POwietrze, POwroc do Pippi Langstrumpf. Jeden czy kilka przypadkow to o tyle za duzo, ale to nie Polska.

Obserwator dobrze ujmuje stan rzeczy.

D
Dingo8

Aż się zdziwiłem, że gazeta, której właścicielami są osoby z państwa słynacego z Jugendamtów puściła taki tekst. Europa jest chora. I choruje na antyrodzinną wściekliznę.

G
Gosc
12 września, 14:23, Obserwator:

W niektórych krajach przestrzeganie praw dziecka traktowane jest poważnie. Niestety - polskie dzieci nie mają takiego szczęścia. Dopiero gdy maluch zostanie zakatowany na śmierć, to pojawia się policja, prokuratura, sąd i ewentualnie pomoc społeczna. Tylko że to już jest musztarda po obiedzie. W Norwegii wolą mieć na oku pato-rodziców, nie zbierać zmasakrowane zwłoki dzieciaków. Ot, różnice społeczne.

"Obserwator" nadaje horrory ze swojej kuchni, do tego na pewno bezdzietny. Ogladaj mniej thrillerow, wyjdz na swieze POwietrze, POwroc do Pippi Langstrumpf. Jeden czy kilka przypadkow to o tyle za duzo, ale to nie Polska.

Dodaj ogłoszenie