Robokalipsa D.H. Wilsona, czyli Apokalipsa pod znakiem tranzystorów

Mariusz Grabowski
Polsapresse/Archiwum
Próbowałem zrobić sobie kawę w redakcyjnym ekspresie, wielkiej maszynie przypominającej kombajn. Ustrojstwo najpierw niebezpiecznie zawarczało, potem zatrzęsło się, puściło parę, a po kilkunastu sekundach - mrugając złowieszczo zielonym okienkiem - siknęło mizernym strumyczkiem mętnej brązowej cieczy. Ale to nie wszystko. Jako że niezrozumiałym dla mnie rozwiązaniem inżynierskim maszyneria pobiera mleko z kubka, w którym zanurzona jest plastikowa rurka przypominająca wenflon, zostałem na koniec złośliwie opryskany. Przez cały czas ekspres błyskał światełkami i łypał swoim zielonym okiem. A kawę zaparzył paskudną.

"Mógł zabić, a tylko dał w mordę" - mawiał jeden z bohaterów Bunina. Zabrałem więc czym prędzej kubek i wróciłem do redakcyjnego biurka kończyć "Robokalipsę" Daniela H. Wilsona, mrożącą krew opowieść o świecie, w którym roboty zbuntowały się przeciw ludziom. Oto pewnego dnia wszystkie maszyny i automaty, w których człowiek zainstalował nawet prymitywne układy elektroniczne, z podszeptu Archosa, obdarzonego świadomością komputerowego mózgu ukrytego na Alasce, zwróciły się przeciw swoim panom. Samochody rozjechały pieszych, kuchenne roboty wyrżnęły gospodynie domowe, windy zmiażdżyły mieszkańców domów, a czołgi urządziły jatkę pancerniakom. Ludzkość stanęła na krawędzi zagłady, a reszta pozostałych przy życiu przedstawicieli homo sapiens cofnęła się do epoki jaskiniowej.

Znakomity pomysł na powieść i brawa dla Wilsona za wykonanie. Nie wiem skąd przyszła mu do głowy taka przerażająca apokalipsa, ale podejrzewam, że też miał kłopoty z ekspresem do kawy albo któregoś dnia odmówił mu współpracy GPS w aucie, a może złośliwy automat do napojów nie wydał mu puszki coli. Poza tym jako doktor robotyki pewnie czytał w młodości Lema, bo gdzie buntują się roboty, tam musiał maczać pisarską rękę Lem. I nie ma co się dziwić, że do "Robokalipsy" już zabrał się Steven Spielberg, by nakręcić na jej podstawie hollywoodzką makabreskę. Bo i w Hollywood panuje dziś moda na roboty.

Bogiem a prawdą, Wilson wieszczy automatyczną insurekcję automatów od dawna. Już w 2005 roku wydał rozprawę "Jak przetrwać bunt robotów, czyli jak bronić się przed nadchodzącą rebelią". I co ciekawe, dzieło spotkało się z szyderczą repliką filozofów dowodzących, że maszyna nigdy nie zdoła myśleć abstrakcyjnie, a tym bardziej wyjść poza program wprowadzony w jego obwody. Tak? Jajogłowi mędrkowie zdziwią się kiedyś, jak przed ich drzwiami staną bezwzględne androidy i to wcale nie po to, by dostarczyć im codzienną prasę.

Kliknij, aby czytać pozostałe felietony Mariusza Grabowskiego

Można nawet przewidzieć, od czego zacznie się zadyma. Od człekokształtnego robota imieniem Robonaut 2, który aktualnie przebywa w ładowni Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Ma 30 procesorów, pół tony komputerowych bebechów i całą resztę roboczego oporządzenia. Kilka dni temu amerykańscy kontrolerzy włączyli mu zasilanie. Oficjalny komunikat NASA brzmiał: "R2 otworzył pięć par swoich oczu. Poruszył stawami ramion i jest gotowy do akcji". Strach się bać...


Daniel H. Wilson, "Robokalipsa",
wyd. Znak, Kraków 2011, cena 39,90 zł

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie