Robert Korzeniowski: Igrzysk olimpijskich nie można się nauczyć w domu

Anita Czupryn
Anita Czupryn
Robert Korzeniowski: Miałem wielkie szczęście, że stałem na stadionach, kiedy grano mi Mazurka Dąbrowskiego, a na trybunach było po 70-90 tysięcy ludzi
Robert Korzeniowski: Miałem wielkie szczęście, że stałem na stadionach, kiedy grano mi Mazurka Dąbrowskiego, a na trybunach było po 70-90 tysięcy ludzi Sylwia Dąbrowa/Polska Press
Żaden mistrz olimpijski nie liczy na to, że jadąc na igrzyska, będzie inaczej traktowany, ponieważ swoją walkę o tytuł zaczyna od początku; ma pewien dorobek, doświadczenie, ale to wcale nie znaczy, że siedzi w wyższym rzędzie w parku olimpijskim – mówi czterokrotny mistrz olimpijski Robert Korzeniowski, ekspert Eurosportu.

Czym się różnią igrzyska olimpijskie w Tokio od tych olimpiad, w których Pan startował i wygrywał?

To, co jest najbardziej oczywiste na tych igrzyskach, to brak publiczności. Co prawda publiczność była na wyścigach kolarskich, które odbywały się w innym dystrykcie niż Tokio i prawdopodobnie publiczność będzie też w Sapporo, gdzie odbędzie się olimpijska rywalizacja w maratonie i chodzie sportowym. Ale to jest jednak ta główna różnica. Z informacji, które do mnie dochodzą widzę, że nie ma na olimpiadzie elementu spontaniczności, bratania się z innymi, spotykania na mieście, z fanami w parku olimpijskim. Tak czy inaczej igrzyska wcześniej traciły ów charakter otwartości ze względu na ataki terrorystyczne, jakie miały miejsce dawno temu czy to w Monachium, czy w Atlancie. Mimo wszystko potem jeszcze trochę tego luzu było. Teraz mam wrażenie, że igrzyska, które kojarzą się z zabawą, ze świętem, są mniej świąteczne i mniej zabawowe niż kiedykolwiek.

Czy izolacja, którą wymusza pandemia koronawirusa oraz to, że olimpiada została odłożona, bo przecież miała się odbyć w 2020 roku – pomogło sportowcom, bo mieli na przykład więcej czasu na trenowanie? Czy jest dla nich stresujące?

Trudno generalizować, bo każdy ma inną konstrukcję psychiczną. Jedni sportowcy traktują start jako nagrodę i formę zwycięstwa nad ograniczeniami i lockdownem i cieszą się, że jednak są na olimpiadzie. Inni, którzy na przykład planowali rok temu zakończenie kariery sportowej i musieli przeciągnąć swoje przygotowania, mówią, że nie tak sobie wyobrażali koniec swojej przygody ze sportem wyczynowym olimpijskim. Co człowiek, to inny pogląd. Na pewno wielkim zwycięstwem świata sportu jest to, że te igrzyska w ogóle się odbywają. Gdyby zapytać wszystkich sportowców, czy powinny one odbyć się nawet w takich warunkach, przy takich ograniczeniach, to sto procent sportowców odpowie: „Tak”. Ponieważ to jest ich życie, ich świat. Oni tych igrzysk potrzebują. Potrzebują ich również kibice. Proszę zwrócić uwagę, jak ogromne jest zainteresowanie igrzyskami.

Jak wygląda życie sportowców na igrzyskach? Jak żyją w wiosce olimpijskiej?

Wioska olimpijska w istocie odwzorowuje nasze codzienne życie. Jest niecodzienna, bo jest olimpijska, ale kiedy sportowcy przybywają do wioski olimpijskiej, to jedzą, robią pranie, żartują między sobą, spotykają się na skwerkach, trenują. To jest jeden wielki obóz sportowy; różnica polega na tym, że spotykają się różne dyscypliny i ludzie z różnych krajów w jednym miejscu. Życie w wiosce składa się z dwóch części: jedna to czas wyczekiwania na zawody i przygotowania do kolejnych etapów, jeśli są to zawody etapowe. Druga to czas po zawodach. To zupełnie odmienne tryby życia, bo kiedy jest czas przygotowania, to wiadomo, że jest skupienie i zawodnik chodzi własnymi ścieżkami, unika sytuacji, które mogą być dla niego trudne, budzące niepotrzebne emocje. A kiedy jest po zawodach, to obojętnie, czy te zawody są wygrane czy przegrane, dobrych emocji jest więcej lub mniej, ale one wychodzą i jest to czas na spotkania z innymi. Wtedy może być miejsce na – bale to za dużo powiedziane – ale na małe party, posiedzenia przy fontannie nawet do rana, co i mnie się zdarzało, na przykład w Atlancie. Teraz, w tych igrzyskach, zawodnicy mają wszystko wyliczone co do godziny, jeśli chodzi o przyjazd do wioski, o przebywanie w niej. Potem mają 48 godzin na jej opuszczenie. Trudno tu mówić o cyganerii sportowej, o turystyce ludzi kochających sport i o tym, żeby przebywali w wiosce po 2 czy 3 tygodnie, bo i tak bywało.

Jak bywało z Panem?

Kiedy byłem już mocno zaawansowanym zawodnikiem, starałem się wioski unikać. Wioska mnie rozpraszała. Nie była miejscem, w którym mogłem się skupić na starcie. Zarówno do igrzysk w Sydney jak i w Atenach przygotowywałem się poza wioską. Przed igrzyskami w Atlancie miałem bardzo dobry rekonesans przedolimpijski i wiedziałem, że przed moim startem na 20 kilometrów, a to był mój pierwszy start, przyjadę do wioski na niespełna dwa dni i to wystarczyło. Potem, między jednym a drugim startem, spędziłem w wiosce aż tydzień i było to jednak sporo. W Sydney tego uniknąłem; zamieszkałem w domu u przyjaciela na przedmieściach miasta i między jednym a drugim startem regenerowałem siły fizyczne i psychiczne. Nie mówię, że wioski trzeba unikać, że to jest coś złego; to czas, który warto przeżyć. Były też i sytuacje komiczne, o których niejednokrotnie wspominałem, jak to, że musiałem zabrać pościel z pokoju i zarezerwować sobie miejsce do spania w garażu, żeby móc się wyspać przed zawodami na 50 kilometrów. To już było pod koniec igrzysk i już się wtedy za dużo działo w naszych domkach. Krótko mówiąc, trzeba sobie umieć radzić, jak w akademiku. Żyłem w akademiku, więc mam z tym mniejszy problem. Ci, którzy akademika nie przeżyli, albo uprawiają tak zwane dyscypliny luksusowe, gdy zawodnicy jeżdżą do hoteli 4 i 5-gwiazdkowych, mogą mieć trudności z odnalezieniem się na igrzyskach, w wiosce olimpijskiej.

Standard w wiosce olimpijskiej jest niższy niż w hotelu?

Trudno powiedzieć, czy to gorszy standard. Jest podstawowy, zbliżony do tego, co jest w akademiku, albo to są wręcz akademiki, jak to było w Atlancie. Albo są domki – i taki jest ostatnio kierunek, że dla sportowców przeznacza się domki deweloperskie, ale nie jest to deweloperka na najwyższym poziomie, tylko są to konstrukcje bazowe, skromnie wyposażone. Ulubione miejsca sportowców w wiosce olimpijskiej to okolice stołówki. To miejsce, gdzie chodzi się po kawę, po owoce. Są też kawiarenki. Za moich czasów bywały czytelnie, również czytelnie audio-video. Są miejsca praktyk religijnych. W Barcelonie, pamiętam, było centrum Abrahama, które miało łączyć trzy wielkie religie, czyli judaizm, islam i chrześcijaństwo, i tam odbywały się nabożeństwa. Są punkty do posiedzenia, jak parki, altany, ławeczki.

Zawodnik startujący w olimpiadzie, nie ma obowiązku mieszkania w wiosce olimpijskiej?

Są takie wskazania, że z wioski trzeba wyruszać na zawody. Ale to też jest umowne, bo są reprezentacje, które mieszkają na zewnątrz. Zawodnicy wówczas są poza systemem olimpijskiego transportu, obiegu informacji i to może być dla nich trudne. Po doświadczeniach w Barcelonie, która sportowo była dla mnie bardzo trudna, bo zostałem zatrzymany przez sędziów 400 metrów przed metą, a szedłem po srebrny medal…

… wszyscy to pamiętamy. Dla kibiców w Polsce też to był trudny moment.

Czułem się wtedy uprzedmiotowiony, jeśli chodzi o moje przebywanie w wiosce. Panowały tam bardzo trudne warunki; nasze pomieszczenia były nieklimatyzowane. Wilgoć była ogromna i naprawdę było ciężko. Ale już wiedziałem, czego mogę unikać. Jeżeli była tylko szansa na to, by tak zaplanować swoje działania, żeby do wioski trafić jak najpóźniej, to tak należało zrobić. W Sydney udało mi się wynegocjować z Komitetem Olimpijskim, że mogłem z wioski wyjść i być poza nią, podając tylko informacje do służby antydopingowej, gdzie przebywam. Chętnie z tego korzystałem. Ogromną rolę przed olimpiadą w Atenach odegrał trener Jacek Gmoch, który był naszym olimpijskim attaché. Jemu zawdzięczam to, że na prawie dwa tygodnie przed startem nie musiałem mieszkać w wiosce olimpijskiej, tylko w świetnym miejscu, w eleganckim domu pewnego magnata.

Greckiego milionera, jak to podawały media.

Tak jest. To był dom Minosa Kyriakou, 200 kilometrow od Aten. Do wioski olimpijskiej przyjechałem dosłownie w ostatnim momencie przed startem. Uważam, że każdy powinien się kierować własnymi doświadczeniami albo też potrzebami. Moją potrzebą było to, żeby się trochę izolować, tworzyć własny świat; to było dla mnie dobre i tego trzymałem się do samego końca.

Która z olimpiad, w jakich Pan brał udział, jeżeli chodzi i warunki, przygotowanie do przyjęcia zawodników była na najwyższym poziomie?

Najbardziej i bez wahania to mówię, ceniłem sobie Sydney. Były dobre warunki bytowe, choć, co prawda spałem w garażu. Ale był świetny park olimpijski, znakomicie rozwiązany transport; tysiące mówiących wieloma językami wolontariuszy. To były igrzyska uśmiechnięte, z luzem. Działo się to rok przed atakami na World Trade Center. Miałem wtedy wrażenie, że jako sportowiec jestem oczekiwany przez Australijczyków i że wszystko tam naprawdę działa; nie mogę znaleźć ani jednego słabego punktu. A jeśliby się zastanowić nad innymi igrzyskami, to zawsze coś gdzieś nie zadziałało. Sydney w mojej pamięci zostanie jako najlepsze igrzyska. Również najszczęśliwsze dla mnie sportowo.

Ateny również były dla Pana sportowo szczęśliwe.

Oczywiście! Ale jeśli chodzi o Ateny, to te igrzyska wykluwały się niejako w bólu, do ostatniej chwili nie było wiadomo, jak Grecy poradzą sobie choćby z malowaniem linii na stadionie. Wioska olimpijska została oddana do użytku na przysłowiowe pięć minut przed rozpoczęciem igrzysk. Pewnie, że igrzyska były dla mnie miłe, ale już sama wioska została zbudowana na byłym śmietnisku, miejscu po trzęsieniu ziemi, które tam zostało wygospodarowane, otoczona dość depresyjnym drutem kolczastym. Tam nie było bliskości parku olimpijskiego. Owszem, sami Grecy w mieście – bo przechadzałem się po Atenach – byli uroczy. Ale będąc w wiosce, nie miałem wrażenia, że jestem blisko sportowych obiektów, a w Sydney tak było, czuło się, gdzie biło serce igrzysk. Dla mnie igrzyska w Atenach były cudowne, bo wygrałem. Pamiętam, dzień później wszedłem na Akropol, a następnie właściciel sklepiku pod Akropolem obdarował mnie fantami olimpijskimi wartości 500 euro. Najpierw zrobiłem zakupy, z myślą, że po powrocie porozdaję zakupione pamiątki rodzinie i przyjaciołom, ale właściciel skojarzył, że jestem mistrzem olimpijskim i to wszystko mi podarował. Jak więc nie kochać Aten i ateńczyków?

Co jest ważne, jeśli chodzi o przygotowanie do igrzysk? Nie mam tu na myśli przygotowania sportowego, ale tego, o czym warto pamiętać, co ze sobą zabrać, jak się zachowywać? Gdzie chodzić, a czego unikać? Na co zawsze dobrze jest być przygotowanym?

Na pewno zawsze dobrze jest na rok albo kilka miesięcy przed startem przyjechać do miejsca, w którym się będzie rywalizować. To pomaga w budowaniu wizji tego, co się będzie działo; pomaga też w rozumieniu kultury, klimatu. Zwykle bywałem rok przed w miejscach, w których miałem rywalizować i dzięki temu mogłem odwzorować sytuację w moich przygotowaniach. Na pewno warto na początku obserwować starszych i bardziej doświadczonych. Igrzysk olimpijskich nie można się nauczyć w domu. Dlatego nieraz mówi się o frycowym, jakie się płaci za pierwszy start. To coś, czego nie uczy żaden udział w mistrzostwach świata, czy kontynentalnych. Dlatego, kiedy już zawodnik mierzy się z zawodami olimpijskimi, warto słuchać kolegów, którzy na olimpiadzie byli, albo chodzić za nimi krok w krok w wiosce, jeżeli jest się po raz pierwszy i uczyć się tych igrzysk, niezależnie od tego, jak bardzo sportowo jest się do nich przygotowanym. Tutaj nie ma przywilejów dla kogoś, kto reprezentuje dyscyplinę bardziej spektakularną czy poważaną. Wszyscy mają takie same warunki, wszyscy dojeżdżają na start takimi samymi autobusami i medal każdego sportowca liczy się dokładnie tak samo. Potrzebną i ważną umiejętnością jest też zdolność do życia stadnego. A jednocześnie biegłość w znalezieniu w owym stadnym życiu swojej przestrzeni, która pozwoli nam przełożyć to bycie na igrzyskach na własny, indywidualny wynik. Jest to bardzo skomplikowane, dlatego tak często zdarza się, że zawodnicy na pierwszych igrzyskach nie odnoszą sukcesów, tylko się uczą. Ale z drugiej strony zawsze zachęcam tych, którzy są decydentami w związkach sportowych i układają kadry, aby tak je układali, by rzeczywiście jak najmłodsi zawodnicy wyjeżdżali na igrzyska, nawet jeśli nie mają szans na wygraną, bo już na kolejnych igrzyskach z pewnością będą wiedzieli i umieli więcej. Niestety, jest to rodzaj wiedzy tajemnej.

Kiedy Pan przyjeżdżał na igrzyska, jako medalowy olimpijczyk, to odczuwał, że utytułowane osoby traktowane są inaczej, z większą atencją?

Absolutnie nie odczuwałem takiej różnicy. Co najwyżej, jeśli chodzi o młodszych kolegów z reprezentacji, to oni byli tymi, którzy chodzili a mną i przyglądali się, co robię i mówię. Na igrzyskach, tak naprawdę, nie ma miejsc dla gwiazdorów. Przed startem. Każdy może liczyć na to, że będzie potraktowany równo. Jeżeli ktoś ma inne potrzeby traktowania, to właściwie jest poza systemem i tak też bywało w przypadku wielu sportowców. Czy to byli tenisiści, czy amerykańscy sprinterzy. Myślę jednak, że to są przypadki odosobnione. Żaden mistrz olimpijski nie liczy na to, że jadąc na igrzyska, będzie inaczej traktowany, ponieważ swoją walkę o tytuł zaczyna od początku; ma pewien dorobek, doświadczenie, ale to wcale nie znaczy, że siedzi w wyższym rzędzie w parku olimpijskim.

Wspomniał Pan już Barcelonę, tak dla Pana nieszczęśliwą. To był 1992 rok. Po latach nadal uważa Pan, że to, co się wtedy stało, było dla Pana z gruntu niesprawiedliwe?

Tak uważam i nie zmieniłem swojego zdania., Było to z gruntu niesprawiedliwe, jeżeli chodzi o samo zachowanie sędziowskie. Cały czas panowie sędziowie obiecy6wali mi, że kiedyś mi wyjaśnią, jak to się stało, jak do tego doszło i jakie były powody, o których nie mogli mi przez wiele lat powiedzieć. Co nie zmienia faktu, że uważam, iż nie byłem do tych igrzysk przygotowany mentalnie. Nie miałem doświadczenia, nie wiedziałem za bardzo, w czym uczestniczę. Były to oczywiście wielkie dla mnie zawody, ale nie miałem wrażenia, że to jest coś nadzwyczajnego. Może i dobrze, bo dzięki temu mniej się stresowałem, ale mimo wszystko to pokazuje, jak bardzo inna jest rywalizacja na igrzyskach olimpijskich od innych rywalizacji, na innych imprezach. Ja tych igrzysk musiałem się nauczyć. Musiałem też zrozumieć, kiedy przygotowywałem się do igrzysk w Atlancie, do czego się przygotowuję, jak wysoka jest stawka, na co mnie naprawdę stać, czego mogę wymagać od mojego otoczenia, a czego nie. Trzy lata później, po Barcelonie byłem już na rekonesansie olimpijskim w Atlancie i naprawdę bardzo pilnie odrabiałem lekcję, która miała mnie doprowadzić do mistrza olimpijskiego. Tam nie było żadnego przypadku, że coś mi się w Atlancie udało. Wszystko sobie wypracowałem i byłem przygotowany strategicznie do tych igrzysk. Doskonale wiedziałem, na jakim etapie życia jestem i jak podejść do tego mentalnie. Barcelona była moją porażką sportową, jedną z wielu, które się zdarzają, ale była też dla mnie wielką lekcją życia, która kazała mi wdrożyć tryb pokornego przygotowywania się do kolejnych imprez i odrabiania pracy domowej, szlifowania dosłownie każdego detalu, bo to detale potem decydują o tym, czy wygrywamy, czy też jesteśmy tylko w gronie finalistów.

Jest Pan przykładem dla sportowców, jeśli chodzi o to, jak się podnieść z porażki, ale też, jeśli chodzi o wiarę w zwycięstwo, którą trzeba mieć do końca, nawet wtedy, kiedy już się zawodnikowi wydaje, że na mecie będzie drugi. Bo może się okazać, że ten pierwszy zostanie zdyskwalifikowany. Tak też się Panu przydarzyło.

Zgadza się. Nawet jeżeli pomylimy się 99 razy, to być może dla tego 1 razu warto było ryzykować i doczekać się sprawiedliwej oceny, tak jak to miało miejsce w Sydney, kiedy rzeczywiście finiszowałem na drugiej pozycji, poruszony atakiem nie fair mojego rywala Bernardo Segury. Dobrze, że się nie dałem wytrącić z równowagi; byłem już na tyle dojrzały, że nie dałem się sprowokować.

Nie przyjął Pan jego zasad gry.

Dokładnie, bo wtedy źle by się to skończyło nie tylko dla niego, ale i dla mnie. Ale, wie pani… Do tego wszystkiego trzeba dojrzeć. Miałem to szczęście, że na pierwszych igrzyskach miałem 24 lata, a na ostatnich – 36 lat. To jest kawał życia. Byłem tym samym człowiekiem, ale nie takim samym. Całe szczęście, że szedłem w kierunku rozwoju i bycia coraz lepszym, a nie odcinania kuponów po byłych zawodach.

Mógł się Pan po Barcelonie załamać. Rzucić ten sport.

To było za wcześnie. Jeśli mamy w życiu dokonać czegoś dużego, to trzeba policzyć siły, sprawdzić własne aktywa. Jeżeli uznajemy, że mamy w życiu tylko jedną próbę, to chyba nie jesteśmy gotowi na zmierzenie się z sukcesem. Jeśli ktoś chce sięgnąć po sukces, to musi być gotowy na to, że po drodze może się poobijać i jakaś porażka go spotka. Sam musiałem sobie policzyć, na ile mnie stać, jakie są moje przewagi. Barcelonę potraktowałem jako bardzo bolesny etap w życiu, ale też przede wszystkim jako dowód na to, że stać mnie na sięganie po medale olimpijskie. Jest tylu sportowców, którzy trenują i z różnych powodów nie dostali się na igrzyska, albo też nie mieli dość odwagi, żeby położyć wszystko na jedną szalę i nawet nie odkryli, że są w strefie medalowej. Ja widziałem, gdzie jest brama stadionu, jak wygląda wejście złotego medalisty, srebrnego, medalisty na stadion i tego nikt mi nie zabrał. W związku z tym wykorzystałem tę wiedzę i przekonanie, że stać mnie na to, aby zdobyć medal w rzeczywistości.

Jakich rad udzieliłby Pan sportowcom, którzy teraz walczą w Tokio, jak i przyszłym olimpijczykom?

Kiedy sam wyjeżdżałem na igrzyska, miałem bardzo bazowe porady. Klimatyzacja wówczas nie była u nas powszechna. Przestrzegano mnie, żeby się nie przeziębiać w miejscach chłodzenia olimpijskiego, a różnie było z nastawianiem klimatyzatorów. To praktyczna porada. I druga – żeby się nie przejadać na stołówce. Stołówka olimpijska może dla niektórych stać się małym rajem kulinarnym i łatwo można przesadzić.

Mazurek Dąbrowskiego grany dla Pana to najważniejszym momentem na igrzyskach olimpijskich? Nasz hymn uskrzydlająco działał również na innych członków polskiej reprezentacji, którzy go słyszeli.

Legenda mówi, że Mazurek Dąbrowskiego grany dla mnie sprawił, że Kamila Skolimowska rzuciła młotem na miarę złotego medalu. Mazurek Dąbrowskiego jest symbolem, kropką nad i, jest aktem światowego uznania. To niebywale ważne. Czuję olbrzymie przywiązanie do mojego kraju, do mojego pochodzenia; to jest dla mnie niezwykle istotne. Ale sam akt olimpijski składa się z dwóch etapów: jeden to sportowe wykrzyczenie zwycięstwa, tryumfu i eksplozji radości, która zawiera się w rundzie honorowej z flagą. Dopiero potem przychodzi ten drugi etap – dekoracji medalem i wtedy grany jest hymn. Uważam, że to są nieporównywalne emocje. Nie chciałbym, aby ktokolwiek był pozbawiony którejkolwiek z nich. To, co dziś brakuje sportowcom, to na pewno tego sportowego szału z kibicami na stadionie. To jest coś takiego, co niesie potem, na zasadzie dobrej energii, przez resztę życia. Wejście na podium, hymn, to jest akt dostojny; bardzo ważny, do którego odnosimy się historycznie. Dreszcz powoduje myśl: „Jak ja strasznie lubię wygrywać”. Ale wygrywanie jest wygrywaniem. Dekoracja zwycięzców i hymn to jest namaszczenie. Trudno to rozdzielić, a jednocześnie wszystko musi wybrzmieć we właściwym czasie. Miałem wielkie szczęście, że stałem na stadionach, kiedy grano mi hymn, a na trybunach było po 70-90 tysięcy ludzi. To robiło ogromne wrażenie. Ale też proszę mi wierzyć, w tym momencie byłem bardzo sam na sam ze sobą. Z tym, co mnie łączyło z sukcesem, z tym, co mnie zmuszało do myślenia o tym, co dalej, ze świadomością, jak bardzo jest to ważne dla tych Polaków, którzy mnie teraz obserwują i co to może zmienić w ich życiu. To przywilej sportowca, że może coś takiego przeżyć. A jednocześnie jest to chwila, w której ma jednoznacznie określoną misję życiową: swój kraj w najwyższych standardach mamy reprezentować do końca życia.

Kryzys klimatyczny, kryzys demograficzny?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie