Robert Górski: Chciałem być piłkarzem, a zostałem premierem

Sylwia Arlak
Sławomir Seidler/Polskapresse
Dobrego władcę poznasz po tym, że pozwala swoim poddanym śmiać się nawet z siebie. No to się śmieję - mówi Robert Górski, bohater i współautor książki "Jak zostałem premierem", w rozmowie z Sylwią Arlak.

Niebawem czeka nas premiera książki "Jak zostałem premierem", czyli rozmów z Panem spisanych przez Mariusza Cieślika. To forma kaprysu czy może uważa Pan, że ma jeszcze coś ciekawego do przekazania ludziom? Coś, czego nie zawarł w skeczach?
Oczywiście wszystkiego nie da się zawrzeć w skeczach. Książka powstała tak naprawdę trochę niechcący. Nie sądziłem, że propozycja Mariusza dojdzie w ogóle do skutku. Jest tam parę anegdot, historii z mojego kabaretowego życia, które - być może - kogoś zainteresują. Ludzie przychodzą na przedstawienia, wiedzą, co się dzieje od strony widowni, a tu mają okazję zajrzeć za kulisy. Staraliśmy się, żeby forma książki była dostępna dla wszystkich. Tak żeby każdy znalazł dla siebie coś ciekawego. Nie ma tam żadnych głębokich przemyśleń na temat życia, bo takimi nie dysponuje mój umysł. Po prostu kilka zabawnych przygód, trochę wspomnień, parę anegdot.

W listopadzie nie tylko ujrzy światło dzienne wspomniana książka, ale także będzie można podziwiać Pana, i to w jednej z głównych ról, na deskach teatru Capitol w komedii "Szwedzki stół". Nie daje Pan o sobie zapomnieć.
Na szczęście zawsze jest możliwość przełączenia telewizji na inny kanał, wybrania innej książki, pójścia na inną sztukę i wybrania innego kabaretu. Jest możliwość zignorowania mnie w przestrzeni publicznej. Natomiast faktycznie tak się złożyło, że jestem aktywny na wielu polach. Uważam, że życie to muzeum z wieloma salami pełnymi fajnych obrazów i świetnie by było je tam wszystkie obejrzeć. Zamykają o 19 i być może nie uda się zobaczyć wszystkiego, więc działam trochę w przyśpieszonym tempie. No i jakoś się tak złożyło, że mam już 40 lat, a nie kupiłem sobie ani motoru, ani skórzanej kurtki motocyklowej. Może rekompensuję sobie te braki w ten sposób, że bywam w różnych miejscach? Chociaż motor faktycznie mógłby się przydać do przemieszczenia się między próbami a różnymi spotkaniami. Nie wykluczam więc kupna. Ale wspomniała pani o komedii, w której będę grał na zmianę z Andrzejem Andrzejewskim i razem z Anią Guzik, Mikołajem Cieślakiem, Arkadiuszem Janiczkiem. Napisał ją Marek Modzelewski, reżyserem jest Robert Talarczyk. Gorąco zapraszam do Capitolu. Premiera na początku listopada. Będzie co najmniej wesoło.

Wszystko przed Panem. Czuje się Pan, jak to określił Kuba Wojewódzki, najdowcipniejszym człowiekiem w Polsce?
Nie, nie czuję się tak. Po pierwsze, jestem bardzo, ale to bardzo skromny. Prawdopodobnie najskromniejszy na świecie i inni mogą mi, jeśli chodzi o skromność, buty lizać, a po drugie - być może naprawdę jest ktoś dowcipniejszy niż ja. Czuję się dosyć pracowitym człowiekiem, działam w wielu miejscach i piszę dużo rzeczy, być może stąd takie mylne wrażenie, że jestem zdolny. Ja po prostu swoją pracowitością zastępuję brak jakiegoś wybitnego talentu. Są ludzie, którzy dają się na to nabrać.

Myśli Pan, że Polacy mają w ogóle poczucie humoru?
Myślę, że tak. Przychodzą na nasze występy osoby w różnym wieku. A jest ich naprawdę dużo. Dzisiaj mamy komplety. Gdyby nie mieli poczucia humoru, to by raczej nie przychodzili. A jednak przychodzą, odwiedzają nas ponownie. W ogóle kabaret jako taki cieszy się dużą popularnością i ludzie lubią ten rodzaj rozrywki.

A poziom?
On jest oczywiście na różnym poziomie, ale na szczęście widzowie też są na różnym poziomie. Ludzie lubią się śmiać i, mimo wszystko, również z samych siebie. Wbrew pozorom mają do siebie wiele dystansu. Gdyby nie to, nasz kabaret czy kabaret w ogóle nie byłby możliwy. Tymczasem kabaret w Polsce jest jakimś fenomenem. Nie ma czegoś takiego w innych krajach, przynajmniej nie na taką skalę.

Jakie są dobre strony bycia kabareciarzem, poza tym, że nie trzeba wstawać codziennie na 8 rano?
Dobra strona jest taka, że oprócz tego, że nie trzeba wstawać o 8 rano, nie trzeba też kłaść się o 8 wieczorem. Często mogę spać wtedy, kiedy mi się podoba. OK, prawie. To jest cenne. Chociaż nie potrafię spać w trakcie dnia, więc nie mogę wykorzystać wszystkich zalet mojego zawodu. Ten zawód jest moją pasją, a kiedy człowiek robi to, co lubi, i jeszcze na tym zarabia, to jest najwspanialsze. Nawet gdyby mi za to nie płacili, też bym to robił. Może w mniejszej skali, bo musiałbym jednak gdzieś dorobić. W każdym razie, jest to bardzo przyjemny zawód, bo ciągle mam przed sobą uśmiechniętych ludzi. Jeździmy sobie po Polsce, poznajemy nowe miasta, nowych ludzi. Także nowe kraje, bo Polonia rozrzucona jest po całym świecie. Szczerze mówiąc, zależy nam na tym, żeby Polacy emigrowali w jak największej skali, bo im więcej ich wyjedzie, tym mamy więcej okazji, by wyjechać za granicę. A jak wyjeżdżamy poza kraj, to nie dość, że gramy, mamy jeszcze czas, żeby pozwiedzać. Tak więc, wyjeżdżający z kraju Polacy poszerzają moją wiedzę geograficzno-historyczną. Poza tym, jestem autorem skeczy, a pisanie to fajna zabawa. To rodzaj rozwiązywania zagadek pod tytułem, co zrobić, jak opisać, żeby ludzie się śmiali, albo dlaczego ten skecz nie działa, dlaczego się ludzie nie śmieją i jak to można naprawić. Kolejny plus? Przy okazji mogę wypić sobie kawę za darmo.
A te ujemne strony?
Minusem jest to, że weekendy muszę spędzać poza domem. Wtedy mój syn nie chodzi do szkoły, a mimo to nie mamy okazji się spotkać. Ja naprawdę lubię patrzeć, jak mu wyrastają nowe zęby albo giną stare mleczaki. Na naszej drodze są oczywiście pewne niebezpieczeństwa, jak np. alkohol. Jesteśmy jednak na tyle dorośli, że wiemy, jak sobie z tymi niebezpieczeństwami poradzić. Nie wyjeżdżamy z domu na tyle długo, żeby dać się wkręcić w alkoholizm. Poza tym, dzięki temu alkoholowi mamy okazję spotkać wielu interesujących ludzi. Nie tylko ze świata kabaretu, ale w ogóle ze świata. I też masę różnych popitek.

Czy popularność i etykietka człowieka kawalarza utrudnia życie? Poza kłopotliwą niekiedy rozpoznawalnością, oczywiście.
Utrudnia o tyle, że ciężko jest spędzić wakacje nad polskim morzem, bo wszyscy rozpoznają twarz. Wszyscy mają również teraz dostęp do telefonów komórkowych z opcją robienia zdjęć, więc bardzo chętnie korzystają z tej opcji. To nieco utrudnia dostęp do słońca i do swobodnego odpoczynku. Nie bez kozery wszyscy znani aktorzy, politycy wyjeżdżają za granicę. Tylko tam mogą tak naprawdę odpocząć. Sam zacząłem wyjeżdżać poza kraj, choć bardzo lubię polskie morze. Niestety, przez popularność zostałem pozbawiony dostępu do niego. To mnie najbardziej boli. Ale ta znana twarz, która utrudnia kontakt z morzem, ułatwia kontakt z urzędnikami i pewne rzeczy łatwiej przewalczyć. Często tak jest, że gramy występ, a na widowni oprócz ludzi, którzy kupili bilety, są też osoby, które kładą kafelki nam czy też malują mieszkania. Albo policjanci, którzy dają się ubłagać, żeby w ten sposób nie wlepić nam mandatu. Często wykorzystujemy więc naszą popularność w celach czysto interesownych.

Nikogo nie dziwi sytuacja, gdzie kabareciarze poruszają temat Kościoła, polityki - rzeczy kontrowersyjnych, ale też bardzo spłycanych. Celem skeczy jest umoralnianie czy obrażanie rzeczywistości?
Jest tak dużo kabaretów i każdy z nich ma swój własny pomysł na to, jak zabawić publiczność. Oczywiście najłatwiej jest sięgnąć po wulgaryzmy czy sferę seksualną. Albo też wprowadzić na scenę księdza, a potem zasugerować, że on ma dziecko. Wiadomo, że to ludzi rozbawi. Natomiast z wiekiem człowiek dojrzewa i myśli sobie, że celem kabaretu jest nie tylko wygłup, ale też fajnie by było, gdyby przy okazji dowcipu można było tam znaleźć jakąś treść. Wtedy te owoce rosnące najniżej nie pasują już do ręki. Trzeba sięgnąć wyżej. Nasz kabaret istnieje już od 15 lat i przechodziliśmy normalną drogę, jak każdy inny zespół. Na początku sięgaliśmy po najprostsze sposoby, za pomocą których chcieliśmy rozbawić publiczność i, jak to kabaret studencki, wystarczyło przebrać się w głupi dres, żeby było wesoło. Ale potem to przestało pasować, nawet do wieku, do naszych siwiejących skroni, więc siłą rzeczy trzeba było zacząć sięgać po inne treści.

Czy nie uważa Pan, że polski kabaret staje się coraz bardziej komercyjny, przez co wielu ludzi nie widzi tego, że kabareciarze naprawdę przekazują coś wartościowego?
Wszystko staje się coraz bardziej komercyjne. Widać to choćby podczas chodzenia po ulicach - reklama jest coraz bardziej krzykliwa, rzuca się w oczy i zdecydowanie dominuje w pejzażu miasta. Podobnie jak w mediach, w radiu, telewizji, gazetach. Hejnał mariacki już nie trąbi w cztery strony świata, ale w jedną, bo szkoda czasu, który można przeznaczyć na reklamę. Kabaret podlega tym samym prawom i staje się coraz bardziej krzykliwy, coraz bardziej pozbawiony treści. Myślę, że my, nasz kabaret, staramy się być światem równoległym, w tych czasach krzykliwych, rozwrzeszczanych, i jest to naszą misją. Bo naszą misją jest tak naprawdę to, by doprowadzić do tego, żeby świat był lepszy. Może od razu powiem, jakie są nasze przyszłe plany? Otóż, chcemy stworzyć metal lżejszy od powietrza i w ten sposób uszczęśliwić ludzkość. Kontynuujemy myśl szalonego wynalazcy z "Lalki" Prusa.

Błazen odwraca przyjęty porządek do góry nogami i wnosi kontrolowany chaos. Mistrzowsko potrafi wytknąć wady społeczeństwa, przypomnieć o ważnych rzeczach za pomocą humoru. Czy można Pana uznać za błazna XXI wieku?
Tak, oczywiście wolałabym, by na co dzień tak o mnie nie mówiono.

Nie w sensie obraźliwym, ale pozytywnym właśnie.
(śmiech) Oczywiście, że tak. Na tym w ogóle polega humor, żeby oswajać świat, by nie był taki straszny. Temu służył błazen na dworze królewskim, żeby w żartobliwy sposób, ryzykując niekiedy obcięciem głowy, zwracał królowi uwagę na to, że nie wszystko gra i jest jak należy. Przejmujemy te funkcje i zwracamy uwagę na rzeczy, które dla ludzi być może są normą i uważają, że tak powinno być. My twierdzimy, że może jednak niekoniecznie. Że może jest to jakiś błąd. Że nie są to rzeczy raz na zawsze przyjęte, a raczej będące efektem splotu różnych wypadków.

Myśli Pan, że wszystko zostało już obśmiane?
Ależ skąd. Rzeczywistość cały czas dostarcza nowych tematów, ponieważ cały czas się zmienia. Pojawiają się nowe wynalazki, nowi ludzie, idee, pomysły. I to wszystko jest godne obśmiania. Kabaret będzie istniał tak długo jak świat. A nawet dzień dłużej. Nie, kabaret będzie istniał dzień dłużej niż Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, która będzie istniała dzień dłużej niż koniec świata. W ostatnim skeczu obśmiejemy Orkiestrę, która nabija się z końca świata.

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

l
less
Nie wiem,kim chcial zostac Robert Gorski,ale wiem kim zostal.Zostal blaznem.Jego kabaretowe wypociny signely dna.Setki kabaretow w srednich szkolach,nie wsoiminajac studenckich o niebo prezentuja lepszy poziom pod kazdym wzgledem. Jestem przekonany,ze Gorski sadzi o sobie,ze jest artysta.
Panie Gorski nie sie Pan "haratnie" w swoj pusty leb.Pod warunkiem,ze nie zamienil Pan lba na inna czesc ciala.
p
paplanina
.......
Dodaj ogłoszenie