Robert Gliński: Kibole w Teatrze Powszechnym? To piękne. Tylko czy oni przyjdą?

Lidia Raś
Robert Gliński
Robert Gliński Mat. pras. Teatr Powszechny
- Przecież to piękne! Kibole w teatrze! Tylko czy oni przyjdą? Uważam, że budowanie ołtarzy sztuki dla snobistycznych elit jest absurdem w dzisiejszych czasach. Każda instytucja artystyczna musi wychodzić na zewnątrz, do ludzi. Dziwi mnie więc, że niektórzy krytycy tak ostro odnieśli się do tego pomysłu - mówi Robert Gliński, od obecnego sezonu dyrektor warszawskiego Teatru Powszechnego.

Lidia Raś: Może Pan o sobie powiedzieć, że jest "zwierzęciem teatralnym", które tchnie ducha w Teatr Powszechny? Wiele lat temu miał Pan przygodę teatralną w Ateneum, w Teatrze Polonia przygotował Pan ostatnio spektakl "Po co są matki", ale kojarzy się Pan głównie z filmem, czy to jako reżyser, m. in. "Cześć Tereska", czy jako rektor łódzkiej "Filmówki".
Robert Gliński: Nie wiem, czy jestem zwierzęciem, ale w Ateneum nie miałem przygody. Zrobiłem tam cztery przedstawienia i zanosiło się na więcej. Te dwa światy, o których Pani mówi, filmowy i teatralny zawsze w moim przypadku się przenikały. Nawet "Filmówka" czyli Szkoła Filmowa w Łodzi ma w swojej oficjalnej nazwie również słowo "teatralna". Jej patron Leon Schiller uważał, że film jest motorem postępu w teatrze. Że zmiany, które następują w teatrze zawdzięczamy filmowi, który przyzwyczaja widza do nowego sposobu i rytmu opowiadania. Kino tak jak teatr wymaga kontaktu z drugim człowiekiem. I rozmowy na ważne tematy. Starałem się robić takie filmy, taki będziemy robić teatr.

Domyśla się Pan dlaczego pytam o te filmowe korzenie. Jest Pan kolejnym dyrektorem stołecznego teatru, który objął to stanowisko nie w drodze konkursu, ale wskazany przez Biuro Teatru. Natychmiast po nominacji można było wysłuchać głosów krytyki, nie tylko z powodu trybu wyborów, ale i pod Pana adresem. A główny zarzut to brak doświadczenia teatralnego.
Wyreżyserowałem kiedyś w Ateneum sztukę Taboriego "Mein Kampf". Aleksander Bardini powiedział mi wtedy po premierze: "Powinien pan się rozwieść z żoną, a pojąć za żonę kochankę". Metaforycznie sugerował mi ożenek z teatrem. Potem dyrektor Warmiński chciał mnie na stałe z Ateneum związać. Uciekłem. Wracałem kilkakrotnie, ale na krótko. Te romanse trwają od dwudziestu kilku lat. Może pora zalegalizować ten związek. Pracowałem w dziewięciu teatrach w Polsce. Znam kulisy życia teatralnego aż za dobrze. Z drugiej strony jestem niezależny, nie należę do żadnej koterii teatralnej, nie uwiodła mnie żadna moda.

Jednak gdy się czyta Pana wypowiedź z maja br.: "Moje ostatnie lata filmowe nie były najlepsze. Zmiana wyjdzie mi tylko na dobre" to trochę skóra cierpnie.
Dlaczego cierpnie? Nie mówiłem o filmach, ale o latach. Nie były najlepsze, bo nie udało mi się zrobić wielu projektów, które zamierzałem. Skóra cierpnie, bo nie zrobiłem kilku ważnych filmów? Bo nie mam już miejsca w szufladach na niezrealizowane scenariusze? Czy dlatego, że przyszedłem do Powszechnego? Znam ten teatr od czterdziestu lat, byłem świadkiem jego wzlotów i upadków.

Dlaczego właściwie zgodził się Pan przyjąć stanowisko dyrektora Teatru Powszechnego?
To miejsce osobne, szczególne w tej części Warszawy jaką jest Praga. To teatr tam jedyny i dlatego wyjątkowy. Niestety w ostatnich latach stracił osobowość. Odeszło od niego wielu świetnych aktorów. Chciałbym odbudować tożsamość teatru i stworzyć dobry zespół. Przyciągnąć do teatru widzów.

Biuro Teatru uzasadniało Pana wybór: "Jego koncepcja artystyczna, doświadczenie i bliski kontakt z młodymi, zdolnymi twórcami dają nadzieję na atrakcyjny repertuar i rozwój praskiego teatru". Proszę zdradzić jaka to koncepcja artystyczna i jakiego repertuaru możemy się spodziewać?
Wspomniany wyżej Schiller chciał zawsze uprawiać Zeittheater. Czyli teatr, który prowadził rozmowę z widzem o współczesności. O tym co nas boli, dręczy, fascynuje. O tym co dzieje się "za oknem". Taki teatr robił Zygmunt Hubner. To był prawdziwy teatr powszechny, czyli dostępny myślowo i zrozumiały dla widza. Rozmawiający na ważne tematy. Taki będzie teraz.

Wie Pan, że w tym miejscu stał przed wojną kinoteatr Popularny?
Powszechny nie znaczy popularny. Nie będę szukał masowej widowni za wszelką cenę. Tu muszą się pojawić ciekawe myślowo pozycje, oparte na doskonałej literaturze - polskiej i powszechnej. Sposób pokazania jej na scenie też ma być "powszechny" czyli zrozumiały. Zakładam, że teatr to miejsce, do którego przychodzi widz i trzeba dać mu szansę, by odczytał sensy tego, co się dzieje na scenie. Teatr nie może zamykać się na świat, który istnieje w nas i obok nas. A ponadto teatr musi być też związany z miejscem, w którym funkcjonuje. Polska, Warszawa, Praga! W teatrze muszą się pojawić spektakle o nas, o naszych czasach, o tym jak się zmieniamy. Dramaty Szekspira, Dostojewskiego czy Czechowa albo polskich autorów: Różewicz, Mrożek, Gombrowicz o tym mówią.

Szekspir jest w Powszechnym od czerwca. Jak się Panu podoba "Koriolan"?

Nie chciałbym oceniać spektakli, które zostały zrobione za czasów mojego poprzednika. "Koriolan" to interesująca propozycja. Dyskurs polityczny, nieco zimny emocjonalnie. Ambitny myślowo. Ale klasę dyskursu politycznego ma.

Przez ostatnie lata Teatr Powszechny tracił charakter. Za Hübnera był potęgą repertuarową, potem za Rudzińskiego teatrem gwiazdorskim, ale w ostatnich latach gwiazdy odeszły. Teatrowi brakuje nazwisk.
Teatr musi mieć dobrych aktorów. Będę się starał ich tu ściągnąć. Jesteśmy w trakcie rozmów.

Rozumiem, że nie może Pan zdradzić o kogo chodzi?

Nie mogę… Generalnie uważam, że zespół aktorski trzeba wzmocnić. Teraz liczy mniej niż 30 osób. Nigdy nie był tak mały. Jest tu też kilkoro utalentowanych, młodych aktorów, ale na to, by ich nazwiska stały się mocne w sensie artystycznym, trzeba czasu i dobrych spektakli, w których zaistnieją.

Na jakie premiery możemy liczyć w sezonie 2011/2012?
Ten sezon będzie poświęcony konsolidacji zespołu i zmianom. Mimo, że za organizowanie repertuaru zabrałem się dość późno, to zakładam, że przygotujemy kilka ciekawych przedstawień. Na pierwszy ogień Dostojewski "Zbrodnia i kara". Potem Czechow. W grudniu planujemy premierę spektaklu opartego na tekstach ks. Tischnera. Chciałbym też zrobić kilka przedstawień poetyckich, skoro mamy fantastycznych poetów. Myślę o Szymborskiej, Świetlickim, Miłoszu czy Białoszewskim. Pracujemy nad scenariuszami. W planach jest też cykl spektakli muzycznych, które będą opowiadać o nas, o naszej historii, a także o współczesności.

Dobrze, że Pan to mówi, bo nieco przeraziła mnie zapowiedź: "Moim marzeniem jest, żeby do Powszechnego przychodzili kibole po meczu. Właśnie do teatru, zamiast robić zadymy na ulicach".
Przecież to piękne! Kibole w teatrze! Tylko czy oni przyjdą? Uważam, że budowanie ołtarzy sztuki dla snobistycznych elit jest absurdem w dzisiejszych czasach. Każda instytucja artystyczna musi wychodzić na zewnątrz, do ludzi. Dziwi mnie więc, że niektórzy krytycy tak ostro odnieśli się do tego pomysłu. Zerknijmy na teatry niemieckie. Mają programy socjalne, społeczno-edukacyjne. Większa część ich działalności to praca z ludźmi, warsztaty, dyskusje, szkolenia.

Stąd pomysł na "Sen nocy letniej" na Stadionie Narodowym?

Tak. Już kilku reżyserów się zgłosiło i chcą to robić. Naigrawanie się przez niektóre media z tego, że to jacyś kibole ze stadionu mają oglądać Szekspira jest dla mnie dziwne. O sile wspomnianego już niemieckiego teatru stanowią właśnie działania wychowawcze, bo przyciągają tzw. wykluczonych z kultury. A tak naprawdę, to może uda się z tych moich planów programu społecznego zrobić 10 proc., bo fundusze mamy mocno ograniczone.

Wspominał Pan o planach na scenę dla młodych, dla debiutantów. Ale dodaje Pan od razu "Wiem, że dużo ryzykuję. Oni reprezentują zupełnie nowe, inaczej myślące pokolenie, zbuntowane zarówno przeciwko Jarockiemu, jak i Warlikowskiemu czy Klacie".
To prawda. I to jest fantastyczne, że młode pokolenie niesie w sobie nowy stosunek do teatru. Rozmawiam z młodszymi kolegami, którzy kończą studia i widzę, że oni mają już swoją "osobność". Dlatego często rozmawiam z nimi na temat repertuaru. Bo współpraca z młodymi nie jest ryzykiem artystycznym, ale repertuarowym. Nie mam pewności, czy ich spektakle przyciągną widzów. Rodzi się więc pytanie, czy ponosić to ryzyko. Uznałem, że tak i dlatego będę szukał dodatkowych funduszy na ten cel.

Co uzna Pan za sukces, a co za
porażkę? Bierze pan pod uwagę, że się Panu nie uda w Powszechnym? Izabela Cywińska odeszła z Ateneum, bo - jak mówiła - "wygryzła ją garderoba".

Prowadzenie teatru to nie konkurs tańca, na który patrzy się w kontekście sukcesu lub porażki. To długotrwały proces. Jeśli ludzie będą przychodzili do teatru, jeśli powstanie grupa stałych widzów, których teraz teatrowi brakuje, to będzie dla mnie sukces. Wartością są dla mnie widzowie, aktorzy i spektakle. Nie mam zamiaru robić tu rewolucji, ale chcę żeglować w stronę teatru, który myśli i rozmawia ze swoimi widzami na ważne, współczesne tematy. Można by oczywiście zwolnić wszystkich teatrze, tylko po co? Czy to nowe będzie lepsze? Nie sądzę. Było kilku takich w dziejach świata, którzy chcieli budować nowe na zgliszczach. Nie przyjęli się… A co do zespołu, to tak, chciał mnie w Powszechnym.

Kiedy widzowie dostrzegą
zmiany w teatrze?

Mam nadzieję, że za rok będę mógł powiedzieć więcej o repertuarze, zapowiadającym istotną zmianę. W sumie trzy lata powinny mi wystarczyć, a ostatni rok zapewne będzie najbardziej dojrzały. Jeśli przez 3 lata nic ciekawego się nie wydarzy, nie zmieni się zasadniczo oblicze Powszechnego, to odejdę.

Wywiad autoryzowany

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

N
NJZjwcqtVXzbQ

Jestesmy arakut w koncowej fazie ksztaltowania sie sceny politycznej. Po 20 latach dzielenia i laczenia dobijamy w koncu do powszechnego na swiecie podzialu na dwie silne partie, z ktorych jedna jest bardziej liberalna, a druga bardziej socjalna. Jedna bardziej konserwatywna, a druga bardziej postepowa, etc...IMHO potrzeba jeszcze przynajmniej jednej kadencji (tej co bedzie), aby uklad okrzepl na tyle, aby do wszystkich dotarlo, ze ani PiS PO, ani PO PiS'u w ziemie nie wdepcza. To powinno zakonczyc okres wojny totalnej. Spadnie wowczas popyt na fighterow, a wzrosnie na sprawnych profesjonalistow.

Dodaj ogłoszenie